123

Warszawa musiała wprowadzić darmową komunikację miejską, by ludzie dowiedzieli się, że zabija ich smog…

Wbijam oczy w ekran komputera i nie wierzę, po prostu nie wierzę. Rzesze Polaków dowiedziały się dzisiaj (wczoraj), że Warszawa, a wraz z nią reszta Polski, ma problem ze smogiem. Stolica musiała na jeden dzień znieść opłaty za komunikację miejską, by lud przystanął i zaczął zdawać sobie sprawę z tego, dlaczego ciężko się oddycha, a rzeczywistość taka szara. O smrodzie dławiącym od rana do wieczora nie ma nawet sensu wspominać...

Nie ukrywam, że cała sytuacja trochę mnie bawi. To śmiech przez łzy, ale jest w tym coś komicznego. O smogu pisze i mówi się od lat, sam poruszam ten temat od dawna, lecz na dobrą sprawę niewiele osób zwraca na to uwagę. Co więcej – rzesza ludzi bagatelizouje temat. Gdy wspominałem o brudnych paliwach, o trujących dieslach, o Dzikim Zachodzie, jaki sami sobie fundujemy, pojawiali się „specjaliści”, którzy przekonywali, że to brednie. Ekoterroryzm! Nie damy sobie wciskać tych banialuków, będziemy palić w domowych piecach czym chcemy, bo to nasze domy! A jak będę chciał pojechać dwudziestoletnim dieslem, to pojadę. Niech wariaci jeżdżą sobie rowerami, niech wyrzucają kasę na OZE, niech kupują sobie elektryki, ale nas w to nie mieszajcie!

Dzisiaj sytuacja jest taka, że Warszawa radzi ludziom przesiąść się do darmowej komunikacji miejskiej. Prosi o wstrzymanie się z paleniem w kominkach, przestrzega, by osoby starsze czy chore pozostały w domach. I alarm na cały kraj. Należy jednak zadać pytanie: zmaga się z tym tylko Warszawa i jest to dla niej jakieś novum? Nie – smog zabija ludzi w całej Polsce. Tak, zabija – rocznie kilkadziesiąt tysiecy osób. Kraków od dawna oferuje darmową komunikację miejską, gdy normy zanieczyszczeń zostaną przekroczone. I wierzcie mi – muszą być naprawdę srogo przekroczone, by miasto powiedziało ok, można jeździć za darmo (o ile ma się dowód rejestracyjny pojazdu).

Wielu osobom wydaje się, że to jakiś świeży problem, ale tak nie jest – po prostu dopiero teraz zaczyna się badać poziom zanieczyszczeń i głośniej o tym mówić. Nie robią tego jednak urzędnicy, przynajmniej nie z własnej woli – działają głównie społecznicy, którym nie jest wszystko jedno, którzy nie chcą, by ich dzieci oddychały tym… nie będę używał wulgarnych słów, ale wierzcie mi – do naszego układu oddechowego trafia coś strasznego.

Pojawi się oczywiście pytanie: kogo winić? Odpowiedź jest prosta: wszystkich. Siebie. Poruszacie się komunikacją miejską albo rowerem? Rozmawiacie z sąsiadami, którzy palą śmieci albo paliwo bardzo niskiej jakości (mam nadzieję, że nie robicie tego sami), naciskacie na urzędników, by robili coś w tym temacie? Takich pytań jest więcej, zazwyczaj odpowiedź brzmi nie. Bo nie mam czasu, bo nie interesuje mnie to, bo ja nie zanieczyszczam. I nie jestem donosicielem, nie będę szeryfem, który zrobi porządek z sąsiadami. Myślicie, że to jest cool? Nie, nie jest.

Zdaję sobie sprawę z tego, że ten kij ma dwa końce. Sam w trakcie remontu wymieniłem piece węglowe na instalację gazową. Udało się nawet dostać dofinansowanie z miasta. Ale nie pokryło ono całej inwestycji. Większym problemem są jednak obecne rachunki – znacznie wyższe w przypadku gazu. Jestem w stanie je płacić. Tego samego nie może jednak powiedzieć moja 80-letnia sąsiadka, która wydawałaby sporą część skromnej emerytury na rachunki za gaz. O wymianie instalacji nie ma sensu wspominać. Łatwo powiedzieć „pani X truje, bo pali węglem w centrum miasta”. Tylko jak rozwiazać jej problem? Właśnie nad tym trzeba się zastanawiać. Nakłaniać władze centralne i lokalne, wspólnotę, by nie trwały w apatii.

Pani X to jeden przypadek – poważnym problemem są ci, którzy mogą płacić wyższe rachunki, ale nie chcą tego robić. Jadą do supermarketu budowlanego, kupują najtańszy piec, który nie zostałby sprzedany w cywilizowanym kraju i palą śmieciami. Bo mogą. Bo nikt im nic nie zrobi. Bo państwo na to pozwala. Bo sąsiad zrobił to samo. Może problem smogu w Warszawie obudzi ludzi na Wiejskiej, którzy udają, że nic się nie dzieje? Może gdy sami poczują coś nieprzyjemnego w gardle i na języku, zaczną się nad tym zastanawiać?

Pozytywnym zjawiskiem w tym wszystkim jest to, że ludzie biorą sprawy w swoje ręce. Mamy Alarmy Smogowe, mamy ekipę Miasto Jest Nasze i podobne jej przedsięwzięcia. Mamy wreszcie zespół stojący za smogathonem, o którym sporo pisałem kilka tygodni temu. Byłem, widziałem, głośno biję brawo, bo dzieje się coś ciekawego. Wierzcie mi – to działa na decydentów, muszą reagować i nie mogą udawać, że nic się nie dzieje. Takich inicjatyw potrzeba jednak więcej i to w całej Polsce. Potrzeba też edukacji. Zakrojonej na bardzo szeroką skalę: od szkół podstawowych, po kluby seniora. Niech każdy w tym kraju usłyszy, że oddychamy truciznami. I co roku z tego powodu znika Sieradz czy Ciechanów – wypadki samochodowe to przy tym pestka…