Felietony

Satelity, smartfony, kamery przemysłowe, social media. Świat Wojny 24

Krzysztof Kurdyła
16

Wojna to słowo, które przez lata traktowano w Europie jako relikt zamierzchłych czasów. Niby wiedziano, że gdzieś tam jakieś konflikty trwają, ale nawet pojedyncze akty terroryzmu nikogo nie obudziły. Teraz wojna dotarła niestety do naszych sąsiadów, a Wojna 24 do wszystkich.

Nowa kronika filmowa

To nie jest oczywiści tak, że ludzie wcześniej nie śledzili konfliktów wojskowych. W czasie wojen w kinach oglądało się kroniki filmowe, później nastała era telewizji i dziennikarzy wojennych. Wszędzie otrzymywaliśmy jednak obraz przetrawiony już przynajmniej przez kilka osób, kamerzystę, dziennikarza-reżysera, montażystę. Nawet jeśli pokazywane były sceny drastyczne, to w odpowiednio dobranej dawce.

Teraz widzimy żołnierzy odreagowujących stres po walce i wrzucających tańce z granatnikami na Instagrama. Filmy z cywilami cieszącymi się z podprowadzenia pojazdu pancernego okupantowi staje się w momencie viralem. Tikotokerka z tipsami uczy zresztą, jak taki wóz odpalić i odjechać.

Jednocześnie przez social media przelatują tysiące ujęć ostrzeliwanych budynków cywilnych, efektów ostrzału, często bardzo drastycznych, widzimy uderzenia ppk w czołgi, sfilmowane przez kamery na skrzyżowaniach strzelaniny. Śmierć nie jest tam wycinana ani nawet blurowana. Muszę przyznać, że ten miks ma trochę z ponurej groteski.

Ciekaw jestem, jak to wszystko wpłynie na społeczeństwo, a szczególnie na dzieci. Widzę, że ludzie nie wiedzą co im pokazać, powiedzieć, a co nie. Sam też mam z tym trochę problemów, z egzotycznymi wojnami było prościej.  Z drugiej strony, nasze problemy to betka przy tym, co odczuwają dzieci, które siedzą w oglądanych przez nas budynkach czy pojazdach

Wojna 24 i wiedza

Wojna 24 ma też bardziej „zimny”, analityczny wymiar. Ilość danych, które nowoczesne technologie via Wojna 24 dostarczają zwykłym ludziom jest wręcz nieprawdopodobna. Kiedyś, mapy z działań wojennych, bardzo uproszczone dodajmy, można było znaleźć w gazetach. Oczywiście podawane były przez biura prasowe armii, po sprawdzeniu przez kontrwywiad.

Dziś na stronach prywatnych firm satelitarnych, takich jak choćby Maxar możemy obejrzeć zdjęcia w wysokiej rozdzielczości z przygotowanymi do wyruszenia w pole jednostkami. Jeśli ktoś się zna na sprzęcie, może w domu oszacować wielkość danego zgrupowania. Obserwujemy ujęcia z dronów uderzeniowych, nagrania z bitew i zdjęcia pozwalające analizować skuteczność danej broni.

Dziesiątki osób, zawodowców jak i hobbystów, zbiera te dane tworząc całkiem zaawansowane, choć nie zawsze precyzyjnie oddające położenie wojsk mapy sytuacyjne. Większość ludzi, przykutych dziś do ekranów, nie zdaje sobie sprawy, że ma dziś często dokładniejsze dane na temat tego co się dzieje, niż generałowie na polach bitew jeszcze kilkadziesiąt lat temu.

Ciekawe jest też obserwować reakcje ludzi, którzy pisali o podobnych wydarzeniach z przeszłości, często wydając bardzo ostre sądy. Czy odczucie na własnej skórze, jak działa drabina eskalacyjna wpłynie na ich przyszłą twórczość? Sam zamierzam powrócić do lektury paru książek, żeby sprawdzić czy moje wnioski zmienią się czy nie.

Co dalej?

Czy do obecności tego „kanału” trzeba będzie się przyzwyczaić? Mam nadzieję że nie, że producent tego programu dostanie jednak w końcu tę herbatkę z polonem. Jeśli to nie nastąpi, co niestety bardziej prawdopodobne, ważne żeby nie pozwolono tylko jednej stronie na grzebanie przy układaniu ramówki.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu