Sprawdź jaki laptop Intel Evo jest najlepszy dla Ciebie Więcej
Netflix

Santa Clarita Diet - Netflix dostarczył serial, który naprawdę mnie rozśmieszył

MS
Maciej Sikorski
18

Tematyka zombi niektórym pewnie się już przejadła, od kilku lat ten motyw jest naprawdę mocno eksploatowany w filmach, serialach oraz grach. Czy po takim "maratonie nieumarłych" można jeszcze zainteresować widza/gracza krwiożerczymi bohaterami? Można. Doskonałym przykładem Santa Clarita Diet, serial, który kilka tygodni temu udostępnił u siebie Netflix. Przyznam, że po niektórych scenach śmiałem się głośno do monitora. A to rzadko się zdarza.

Netflix jakiś czas temu wciągnął Pawła serialem The OA, kolega pisał, że to niepokojąca, tajemnicza produkcja, która na dłużej zostaje z człowiekiem. Zgadzam się - po niektórych odcinkach włączałem kolejne mimo bardzo późnej godziny, a gdy historia dobiegła końca, długo próbowałem to przetrawić. Wybitne dzieło? Nie, ale zdecydowanie warto obejrzeć - poruszająca opowieść pełna niedomówień. Czy podobnie jest z Santa Clarita Diet? To zupełnie inna bajka: amerykański serwis VoD serwuje nam tu czarną komedię pełną absurdów.

Słowo "absurd" najlepiej pasuje do tego krótkiego serialu. Przychodziło mi do głowy niejednokrotnie podczas oglądania, pojawiło się, gdy zakończyłem przygodę z obrazem, wraca i teraz. Oto bowiem dostajemy kolejną historię zombi, ale nie mamy tu hord wygłodniałych potworów, grupki ludzi, która stawia im czoła, epidemii rozprzestrzeniającej się w zawrotnym tempie. Jest zwyczajna rodzina i kalifornijskie miasto, w którym niewiele się zmienia podczas trwania serialu. Nie ma kataklizmu, nie ma wojny z nieumarłymi, nie ma starcia dobra ze złem i bohatera zbawiającego ludzkość. Jest głodna Drew Barrymore...

Grana przez nią Sheila Hammond któregoś dnia po prostu wymiotuje w spektakularny sposób, umiera i staje się zombi. Zwyczajnie, bez fajerwerków. Chwilę później widzimy, jak zjada surowe mięso z paczki (póki co zwierzęce), by ostatecznie przerzucić się na kanibalizm. Bohaterka nie traci swojej osobowości, nie staje się bezrozumną istotą, ale ulega przemianie: wzrasta pewność siebie, przebojowość, apetyt na seks i... mięso. Szczególnie to ludzkie. Tylko skąd je brać? Pomysły są różne, lecz ostatecznie trzeba będzie zabijać. Mamy gotowy przepis na film.

Pojęcia "film" użyłem nie przez przypadek, bo serial liczy 10 odcinków po pół godziny. Łącznie daje to czas, który nie poraża, gdy mówimy o serialu. Wszystko można obejrzeć w jedno popołudnie czy jeden wieczór. Długi, ale jednak. Zwłaszcza, że ciągle obserwujemy jedną historię, nie ma tu osobnych opowiastek w każdym odcinku. Spotkałem się z zarzutami, że Santa Clarita Diet jest zbyt krótkie i rzeczywiście pojawia się żal do twórców, bo rozbawiony widz chciałby więcej. Jednak moim zdaniem te 300 minut sprawdziło się idealnie: nie ma dłużyzn, niepotrzebnych wątków, rozwodzenia się nad zombi, śmiercią i mordowaniem. Jest czysta zabawa.

Wiem, brzmi to dziwnie, piszę o zabawie w kontekście mordowania i zjadani ludzi, ale taki już urok czarnych komedii. Zwłaszcza tych absurdalnych. Większość z nas byłaby pewnie przerażona lub zniesmaczona, gdyby serial w poważny sposób pokazywał konsumpcję ludzkich kończyn. Tu mamy jednak oderwane od rzeczywistości robienie smoothie z uszu do porannego joggingu. A na przegryzkę są paluszki, tyle, że zamordowanego człowieka ukrywanego w zamrażarce za lodami. Niektóre sceny i dialogi można odtwarzać wielokrotnie, bo nie nudzą się i bawiłyby nawet przy dziesiątej powtórce.

Oglądając Santa Clarita Diet przypominałem sobie "Gotowe na wszystko" (Desperate Housewives). Tam mieliśmy amerykańskie przedmieście w krzywym zwierciadle, tu zabieg powtórzono i podkręcono. Zdrady, intrygi i morderstwa w pięknych kolorach, z radosną muzyką, uśmiechami (fałszywymi) i krótko przyciętymi trawnikami, a do tego jeszcze sąsiadka konsumująca ofiarę w przydomowym ogródku. Przecież to musi bawić.

Mamy w serialu i wątek teorii spiskowych reprezentowany m.in. przez młodego nerda-naukowca oraz jego znajomych, mamy złego gliniarza, który węszy oraz dobrego gliniarza, który pali trawkę, po środku agentkę ubezpieczeniową umorusaną ludzką krwią, jej zagubionego męża, który za sprawą świetnej gry aktorskiej (Timothy Olyphant) staje się postacią zyskującą sympatię widza. Serwuje nam niecodzienne love story, gdy próbuje zabijać ludzi, by zdobyć pożywienie dla żony. Albo gdy idzie z pączkami do starej Serbki, by rozwiązać tajemnicę i dowiedzieć się, dlaczego żona stała się zombi.

Netflix dostarczył kilka godzin rozrywki i szczerze mnie rozśmieszył, a przy tym dał do zrozumienia, że stworzy kolejną serię - pierwsza urywa się nagle i zostajemy z niedosytem. Z punktu widzenia autorów, efekt doskonały. Czekam zatem na kontynuację, bo chętnie wrócę do tej krainy absurdu.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy:

Netflixserial