Recenzja

Samurai Warriors Chronicles 3 - na małym 3DSie czekają na nas duże zastępy wrogów do pokonania!

Kamil Świtalski
5

Dynasty Warriors to seria, której początki pamiętają czasy pierwszego PlayStation. Seria w Europie uznawana za dość niszową, jednak nie da się ukryć, że i na Starym Kontynencie ma spore — nieustannie powiększające się — grono fanów. To gry, w których nasi bohaterowie muszą stawić czoła tysiącom prze...

Dynasty Warriors to seria, której początki pamiętają czasy pierwszego PlayStation. Seria w Europie uznawana za dość niszową, jednak nie da się ukryć, że i na Starym Kontynencie ma spore — nieustannie powiększające się — grono fanów. To gry, w których nasi bohaterowie muszą stawić czoła tysiącom przeciwników, a sama rozgrywka jest na tyle przyjemna, że porywa do zabawy nawet największych malkontentów. Dla jednych odmóżdżająca, dla innych pełna emocji. Dziś o jednym ze spin-offów, który kilka dni temu trafił na ekrany 3DSów: Samurai Warriors Chronicles 3.

Nim o samej grze, zatrzymajmy się chwilę nad wprowadzeniem i ujęciem w kilku słowach o co tutaj w ogóle chodzi. Przedstawianie całej historii serii to materiał na zupełnie inny wpis (a prawdopodobnie nawet całą ich serię, to w końcu kilkadziesiąt gier wydanych na przestrzeni wielu lat!). Piotr Rusewicz w swoim artykule opublikowanym na łamach CDAction pisze o serii:

W rzeczy samej seria Musou (japońska nazwa produktu) to ewolucja chodzonych bijatyk. Chociaż używa się wielu określeń na to, czym jest twór Koei, to jest on po prostu chodzoną bijatyką. Gry takie jak Streets of Rage, Golden Axe, Final Fight z czasem poszły w jedną z trzech stron. Albo zmieniły się w nowoczesne slashery, w stylu Devil May Cry, Bayonetta, Ninja Gaiden, albo podążyły w stronę tytułów bezpośrednio nawiązujących do koncepcji „idź w prawo, lej pyski” dając nam Scotta Pilgrima i Dragon’s Crown.

Albo stały się Warriorsami.

Zatem schemat mógł się delikatnie zmienić: zamiast nieustannego podążania w prawo po zamkniętych, dość klaustrofobicznych, planszach, do naszej dyspozycji dostaliśmy o wiele większe obszary. Zamiast kilku wrogów jednocześnie, mamy możliwość stawiania czoła dziesiątkom. Możemy też liczyć na rozwój bohaterów i nieustanne odkrywanie nowości. Tak w skrócie można podsumować ogólne założenia serii — i choć na pierwszy rzut oka może wydawać się, że to nic więcej niż bezmyślne wciskanie przycisku, bo faktycznie są wyzwania w których przegrać jest trudno, o tyle w dalszych etapach i na wyższych poziomach trudności zabawa staje się o wiele bardziej wyrafinowana i wymagająca. Ale o tym za chwilę.

Czym zatem jest Samurai Warriors Chronicles 3? Zabrzmi to dość zawile i śmiesznie, ale jest to spin-off spin-offu (Samurai Warriors). Ogólne założenia pozostają jednak niezmienne — to wciąż bijatyka, w której będziemy musieli stawić czoła całym zastępom wrogów. Tutaj jednak mamy możliwość stworzenia własnego bohatera, który będzie główną kierowaną przez nas postacią. Chciałbym móc napisać coś pozytywnego na temat fabuły, ta jednak — nie ważne jak bardzo chciałbym jej bronić — w ogóle nie jest porywająca. A wręcz przeciwnie: napotkamy tam znanych z innych odsłon serii herosów — choćby uwielbianego japońskiego przywódcę Nobunagę; będziemy wplątani w dość miałkie konflikty, a w bonusie staniemy przed dziesiątkami rozmaitych wyborów, z których wszystkie są iluzoryczne i nie mają większego wpływu na to, jak dalej będą kształtowały się oglądane przez nas podczas scenek przerywnikowych wydarzenia. Są one co najwyżej pretekstem, by przedstawić nam kolejnych bohaterów i miejsca, w których będziemy toczyć nasze boje. Dodatek którego nie mogło zabraknąć, jednak w żaden sposób nie rzutujący na odbiorze całości, bo to jeden z tych tytułów, w których liczy się zabawa!

No właśnie, bo poza własnoręcznie przez nas stworzonym bohaterem, do naszej ekipy dołączają kolejni kompani, między którymi możemy przełączać się podczas wykonywania misji — to jedna z rzeczy wyróżniających Chronicles na tle innych części serii. O ile zapoznawanie się z innymi broniami i stylami walki które proponują kolejne postaci jest czystą przyjemnością, o tyle zmaganie się z tym, że są oni kilka poziomów niżej, a sztuczna inteligencja średnio daje sobie radę w bojach, jest dość przygnębiające i drażniące. I to tak naprawdę jeden z największych zarzutów, jaki mogę skierować w kierunku Samurai Warriors Chronicles 3 — ja rozumiem że to produkcja mobilna która idealnie sprawdza się w drodze i tamtejszy grind nie powinien stanowić problemu, ba -- jest on przecież od lat wliczony w koszty -- jednak rzucanie nam tak słabych kompanów wypada najzwyczajniej w świecie biednie. Na szczęście do swojej dyspozycji dostaliśmy trzy poziomy trudności i dobrze wam radzę, by na pierwszy ogień rozpocząć od tego najniższego. No chyba, że jesteście już doświadczeni i w miarę zaprawieni w takich bojach, wtedy możecie podjąć dalsze wyzwania. Oprócz trybu Historii który jest główną częścią gry, znalazło się także miejsce dla Wyzwań które odbywać się będą w znanych już nam warunkach, jednak wymagać będą o wiele więcej zręczności i taktyki. A wśród nich takie, w których będziemy musieli czym prędzej pozbyć się wrogów, zgarnąć określoną liczbę punktów, czy też jak najszybciej przedostać się do wskazanego wyjścia.

A jak 3DS i jego dwa ekrany poradziły sobie z rozgrywką i mechaniką? Mimo mych ogromnych obaw, muszę przyznać, że całość wypadła stosunkowo dobrze. Wizualnie gra co prawda nie zrobi na nikim za dużego wrażenia — to w końcu nie ten kaliber, a dość leciwy procesor musi poradzić sobie z całym tabunem wrogów których napotkamy, ale autorzy zadbali o możliwie jak najlepszą optymalizację pod przenośną konsolkę Nintendo (gra ukazała się równolegle także dla PlayStation Vita).Jeżeli jednak liczycie na brak jakichkolwiek chrupnięć to muszę was rozczarować: aż tak idealnie zoptymalizować gry się, niestety, nie udało. A sprawy mają się o wiele gorzej, kiedy włączymy efekt 3D. W praktyce więc wygląda dość biednie: tekstury są niskiej rozdzielczości, a doczytywanie kolejnych postaci czy dalszych części przemierzanych przez nas lokacji najzwyczajniej w świecie drażni i przywodzi na myśl tytuły sprzed dekady. Na szczęście sterowanie nie sprawia najmniejszych problemów — przynajmniej na Nowym3DSie, gdzie do naszej dyspozycji mamy trackpad, służący nam jako druga gałka analogowa. Co do starszych modeli to spokojnie -- jeśli tylko macie Circle Pad Pro pod ręką, nie wahajcie się go użyć, gra wspiera go bez najmniejszych problemów!

Dla jednych będzie to plus, dla innych minus, ale mimo wszystko warto wspomnieć, że w Samurai Warriors Chronicles 3 bohaterowie przemówią jedynie oryginalnymi, japońskimi, głosami. O ile jako gracz sam najczęściej stawiam na oryginalne głosy, tutaj chętnie bym się przełączył na anglojęzyczne. I to nie dlatego, że oryginalna ścieżka dźwiękowa brzmi źle -- bo jest wręcz przeciwnie. Po prostu nasi bohaterowie często prowadzą rozmowy podczas kiedy sami musimy skupić się na walce i dość trudno mi zapanować nad podzielnością uwagi tak, bym logicznie prowadził pojedynek, a jednocześnie śledził napisy towarzyszące tamtejszym rozmowom. Kiedy już jesteśmy przy dźwiękach, to warto też pochwalić wpadającą w ucho muzykę, która towarzyszy naszym pojedynkom.

Skoro mowa o wersji na 3DSa, nie mogło zabraknąć wykorzystania StreetPassa. Jego rola nie należy do specjalnie dużych, jednak kiedy potraktujecie grę serio, z pewnością docenicie jego funkcjonalność. Co tydzień mamy szansę bowiem za pomocą SpotPassowych wiadomości otrzymać dodatkowych 10 tysięcy punktów, które będziemy mogli wydać w grze na wszelkiej maści ulepszenia i udoskonalenia dla naszych postaci.

Samurai Warriors Chronicles 3 to tytuł bardzo specyficzny. Podobnie jak cała reszta osadzonych w historycznych klimatach gier od Omera Force, prawdopodobnie największym powodzeniem cieszyć się będzie wśród oddanych miłośników serii. To produkcja która wymagać będzie od nas nie tylko czasu, ale i sporo cierpliwości. Misje, mimo że zaprojektowane pod konsolę przenośną, nie zajmą nigdy mniej niż 15 minut, a standardowo będzie to około 20-25. Trudno też mówić o tym, by były specjalnie różnorodne. Czy warto dać jej szansę? W mojej opinii — tak, choć sam do Musou przekonywałem się niezwykle długo i dopiero licencjowanemu wydaniu na bazie The Legend of Zelda, Hyrule Warriors, udało się mnie przeciągnąć na stronę mocy pełną wrogów do pokonania. Na koniec podpowiem tylko, że nie warto poddawać się przy pierwszych niepowodzeniach, a nawet po zaliczeniu wyzwań warto do nich wrócić i spróbować rozprawić się z nimi w nieco inny sposób. Bo podczas dłuższej sesji, owszem, odczuwa się zmęczenie materiału, jednak przy spotkaniach na jedną czy dwie misję takowe znika i mimo swej powtarzalności, gra wciąż daje ogromnie dużo frajdy. A kiedy widzimy progres w naszych bohaterach i nas samych, kiedy to coraz lepiej rozpracowujemy znane już schematy, wciągamy się jeszcze bardziej i apetyt rośnie na kolejne potyczki. Sami zobaczycie, że to wciąga!

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: