Startups

Rzuć kamieniem i na bank trafisz tu kilku startuperów

MS
Maciej Sikorski
10

Wczoraj opublikowałem tekst, który różnie był odbierany. Dotyczył Izraela, konkretnie tamtejszej sceny startupowej. Dużo danych? Nie, na te przyjdzie jeszcze czas. Zresztą, dzień wcześniej publikowałem starszy wpis, w którym danych było sporo. Wczorajszy tekst był zbiorem myśli, jakie wyniosłem po s...

Wczoraj opublikowałem tekst, który różnie był odbierany. Dotyczył Izraela, konkretnie tamtejszej sceny startupowej. Dużo danych? Nie, na te przyjdzie jeszcze czas. Zresztą, dzień wcześniej publikowałem starszy wpis, w którym danych było sporo. Wczorajszy tekst był zbiorem myśli, jakie wyniosłem po spotkaniu z przedsiębiorcami, inwestorami, opiekunami wszelkiej maści. I dzisiaj zamierzam to kontynuować.

W komentarzach do przywołanego tekstu pojawiały się pytania o konkrety. Oto kilka z nich. W Izraelu funkcjonuje obecnie 5 tysięcy startupów. Kraj ma osiem milionów obywateli, więc jedna firma tego typu przypada na relatywnie niewielką liczbę mieszkańców. Tel Awiw odgrywa tu szczególną rolę, jeden startup przypada na 450 osób. Mówi się w ramach żartu (ale sporo w tym prawdy), że każdy zna kogoś, kto rozwija młody biznes w działce IT. Izrael zajmuje 3 miejsce na globalnej liście innowacyjności, na rozwój technologiczny i badania przeznacza 4% PKB (bez wydatków wojska). To naprawdę dużo. Liczba inkubatorów, akceleratorów i VC poraża - to jest liczone w setkach, a pieniądze płyną z przeróżnych źródeł.

NASDAQ notuje 70 firm z Izraela (żadnej z Polski), ich kapitalizacja wynosi 37 mld dolarów. Wyjścia, czyli sprzedaż startupów tylko w pierwszej połowie 2015 roku miały wartość ponad 5 mld dolarów. Pojawiło się pytanie o to, jak pomaga państwo. Dają np. pożyczki, które na dobrą sprawę pożyczkami nie są - jeśli startup nie wypali, to przedsiębiorcy nikt nie ściga. Mają przy tym zaufanie do ludzi, a ci ostatni go nie nadwyrężają, firm krzaków jest pewnie niewiele. Oni naprawdę chcą robić te interesy, by wyjść z nimi do Europy czy Azji, by kiedyś trafić do Doliny Krzemowej. By stać się miliarderem.

Pojawił się też wątek armii. Pisałem wcześniej, że nie porównywałbym tego do polskiego wojska poborowego. Tutaj sprawa wygląda inaczej, ludzie uczą się przeróżnych rzeczy, po kilku latach w kamaszach mają fach w ręku, mogą robić karierę w IT. Bo chociaż cyberwojna nie jest widoczna, chociaż nie wzbudza takich emocji jak czołgi, helikoptery i zamachy, to ciągle trwa, pochłania wielkie pieniądze i angażuje mnóstwo ludzi. Izraelczycy przygotowują sporo ludzi właśnie do takich działań. Po odbyciu służby jesteś specjalistą, który może się podjąć przeróżnych zadań z zakresu informatyki. Sądzę też (tak, to tylko założenie), że kwestia zarządzania, dowodzenia jest tam inaczej traktowana niż w wojsku poborowym w Polsce.

Warto wspomnieć o mieście, w którym jestem. Tel Awiw to młody twór, na dobrą sprawę ma niewiele ponad sto lat. I trzeba podkreślić to, że samo miasto traktowane jest jak startup. Powstało na pustyni, w trudnych warunkach, było odpowiedzią na ludzkie potrzeby. I przejawem kreatywności. Do dzisiaj jest. Na każdym kroku widać, że to nieukończony projekt, ciągle jest rozwijany, wszędzie place budowy. Spora część nowych budynków będzie pewnie użytkowana przez firmy technologiczne. Te największe, amerykańskie (ale też europejskie i chińskie) oraz małe, lokalne i... lokalne-zagraniczne. Co to znaczy?

Dowiedzieliśmy się, że Tel Awiw postanowił sam promować swoje startupowe podwórko, możliwości, jakie stwarza to miejsce i podpisuje umowy partnerskie z innymi miastami. Na razie jest Paryż i Berlin, niedługo mają się pojawić kolejne miasta, w tym gronie będzie Warszawa (wspomniano o kilku miesiącach). Co daje ta umowa? To reklama dla obu stron, ale też szansa dla przedsiębiorców z Europy. Ułatwia im się przyjazd do Tel Awiwu i obserwację, naukę, tworzenie swojego biznesu. Pomagają z mieszkaniem, mentorami, przestrzenią do pracy. Pisałem o wyjazdach Polaków do Izraela i najwyraźniej będzie to łatwiejsze.

Jeśli firma już tu trafi, to może odwiedzać bulwar, na którym skoncentrowane są biura startupów. To centrum, serce miasta, jak informowano. Jest drogo, gdy mowa o czynszu, ale mniejsi gracze używają tego jako wabia: młodzi i zdolni pracownicy mieszkają w centrum lub okolicach i chcą mieć blisko do pracy. A wieczorem chcieliby wyskoczyć na piwo i nie ma z tym problemu, bo w okolicy jest mnóstwo lokali. Duże firmy wynajmują biura na obrzeżach. Jest taniej (Google zajmuje kilka pięter w wieżowcu), a do tego łatwiej dorzucać nową przestrzeń biurową. W efekcie, idąc jedną ulicą w centrum miasta można się znaleźć blisko bardzo wielu młodych firm. Rzuć kamieniem i trafisz kilku młodych przedsiębiorców - tak to ujęto...

Warto podkreślić, że firmy tu ze sobą konkurują, ale też współpracują. Podobno rywal pomoże, jeśli opowie się przy piwie po pracy o jakimś problemie, z którym akurat zmaga się startup. Zdrowa rywalizacja. Może nawet zbyt zdrowa. Wszystko to składa się na ekosystem, który funkcjonuje w dość niebezpiecznym kraju, ale na razie się sprawdza. Izrael buduje drugą Dolinę Krzemową i chce, by młodzi przedsiębiorcy, inżynierowie, programiści, naukowcy z całego świata trafiali do nich, a nie do Kalifornii. Wyzwanie trudne w realizacji i wymagające lat (dekad) pracy, ale pisałem przecież, że dla nich nie ma rzeczy niemożliwych. Przynajmniej tak twierdzą...

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy:

StartupIzrael