Facebook

Człowieku, ogarnij. Jazda na rowerze elektrycznym to nie "oszukiwanie"

JS
Jakub Szczęsny
128

Ludzie są źródłem często bardzo ciekawych, aczkolwiek często błędnych obserwacji które wynikają ze zbyt prostolinijnego odbierania rzeczywistości. Ta bowiem jest nie tyle tym, co widzimy tylko na pierwszy rzut oka, lecz przeogromnym zbiorem zmiennych. Utarło się, że jeżeli poruszasz się bicyklem, w którym pomaga Ci silnik elektryczny, to słabiak jesteś i nie dasz rady na zwykłym. Najczęściej tak prawią ludzie, którzy rower dosiadali w perspektywie czasowej: "kiedyś".

Jako że wyszło w ten sposób, że z ADO A20F polubiliśmy się na dłużej - to jak tylko zaczęło się rozbić odrobinę cieplej, uznałem że trzeba wykorzystać docelowy potencjał tego sprzętu. Recenzowałem go namiętnie i długo, więc dla zainteresowanych - trzy teksty, które wyjaśniają czym jest.

To jest miłość. Rower elektryczny ADO A20F – recenzja Antyweb

Napakowany dzik karmiony prądem. Rower elektryczny ADO A20F – jak się jeździ?

Rower elektryczny dokonał cudu. Wyciągnął mi cztery litery z chaty

A jeżeli nie chce Ci się czytać, Drogi Czytelniku - ADO A20F to rower elektryczny, który po testach został ze mną na dłużej. Prezencja? Nieprzeciętna, podejrzanie masywna dzikoświnia na grubych (choć niskich) kołach. Waży prawie 50 kg, rozpędza się (po odblokowaniu) do 35 km/h, bezproblemowo zasuwa po śniegu. Pokonał go (i mnie przy okazji) tylko lód. Brak trzeciego punktu podparcia i mój brak zdrowego rozsądku spowodowały, że wyrżnąłem na glebę. Bolało.

Zamiast wsiadać do samochodu i jechać do biura, biorę rower i jadę. Nie muszę nawet "kręcić", wystarczy że pociągnę manetkę przepustnicy do siebie. Za chwilę jestem na miejscu, bez kropelki potu - świeżutki, gotowy do pracy. Uwielbiam to, naprawdę. Od listopada, na tym sprzęcie pokonałem prawie 700 kilometrów. Urwałem jeden łańcuch i uszkodziłem wolnobieg - niestety, ale sypanie dróg solą jest zabójcze dla takich części.

Ja to wolę zwykły rower!

Ja też. Na kolarce miałem w zwyczaju robić w 2016 roku po 50 kilometrów. Uwielbiałem to, naprawdę. Przyjeżdżałem do domu zmachany, ale szczęśliwy. Choć jazda rowerem to sport wydolnościowy, to jednak człowiek czuje że ma nad tym większą kontrolę. Ja do tego typu aktywności jestem z urzędu przystosowany słabo ze względu na bajzel w genach i niedobór A1AT: moje płuca mają nieco niższy termin przydatności do użycia. Jednocześnie, zawsze było tak że nie miałem problemów z niczym, co wymagało siły mięśni w nogach. Natura obdarzyła mnie niećwiczonymi, masywnymi szkitami. To jest cholernie niepraktyczne, jeżeli chcesz szybko dobrać spodnie na tyłek... lub mieć długo sprawny staw skokowy. W dominującej nodze mam w nim taką dziurę, że po jednej z jego kontuzji - chirurg mógł włożyć do niego palec.

Kolarki już nie mam, ale mam rower elektryczny. I co ja mogę z nim zrobić? Jeździć, oczywiście. Ale, czy tak w kontekście treningów, robienia kilometrów, ćwiczeń? Pewnie, że mogę. Ale są tacy, co mówią że nie mogę. Bo ja śmiem oszukiwać, poruszam się ze wspomaganiem które - ponoć - kasuje przydatność tego urządzenia do wykonywania rzeczywistych ćwiczeń. Nie liczy się balansowanie ciałem, kręcenie nogami, waga roweru i inne takie. Na pewno nie spalam na tym tylu kilokalorii, co człowiek na pojeździe o napędzie li tylko mięśniowym, ale jednak.

Jak szperałem po Internecie, okazało się że osoby zajmujące się sportem dosyć zgodnie przyznają, że jeżeli chodzi o jazdę na rowerze elektrycznym, trzeba sobie założyć że spalimy o połowę mniej kcal, niż w przypadku standardowego pojazdu. Prosta kalkulacja - jak w godzinę zrobisz 500 kilokalorii na "zwyklaku", to na elektrycznym powinieneś zrobić 250 kilokalorii. Niewiele? Niewiele spalisz siedząc na sofie w domu, oglądając Netfliksa i wsuwając czipsy. Wiem, bo sam tak robię. No, teraz to nie. A przynajmniej się staram.

Pewnie można to jakoś dokładniej policzyć (czego robić nie umiem). Ale czy jest konieczne rozbijać ekskrementy na atomy? No, nie. Jazda na rowerze elektrycznym nie jest oszukiwaniem, lecz generalnie - świadomym wyborem. Na moim fatbike'u tego nie zrobisz, ale są tacy ludzie, którzy intencjonalnie "zmachują się" na lżejszym elektryku bez wspomagania, by potem do domu dojechać już na luzie, bez nadwyrężania stawów. Załóżmy, że w trakcie jazdy padnie Ci kolano. Na zwykłym byś nie dał rady, ale na elektryku - szczególnie takim, który jest w stanie jechać tylko na napędzie elektrycznym, już samodzielnie doczłapiesz się do bazy.

Jazda na rowerze elektrycznym jest czymś innym niż jazda na tym zwykłym. Czynności podobne, ale zmienne inne. Nie ma co tutaj się przelicytowywać - mówiąc, kto jest lepszy, gorszy, mocniejszy, słabszy, mądrzejszy lub głupszy. I choć zgadzam się, że ta czynność wywołuje mniej pożądanych efektów takich, jak spalanie kilokalorii, wyrabianie siły mięśniowej - to mimo wszystko czuję po sobie, że jest lepiej. Wbiłem w stare spodnie i w nienoszoną bluzę. Po jeździe bolą mnie nogi, ale nie do przesady. Czuję, że robię coś fajnego, co ostatecznie dobrze zaprocentuje dla mojego zdrowia.

Nie dajcie sobie wmówić, że na rowerze elektrycznym oszukujecie. To Was próbują oszukać.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu