Militaria

Rosja spowodowała, że w armiach całego świata trwa jeden wielki remanent

16

Przez ostatnie dekady sytuacja w większości armii toczyła się dość leniwie. Konflikty toczyły się na małą skalę gdzieś na peryferiach, programy modernizacyjne miały więcej politycznych, niż militarnych podstaw. Wiele rzeczy zaniedbywano, czemu sprzyjała niedofinansowanie armii.

Wake-up call

Inwazja Rosji na Ukrainę, ale i nasilająca się złowroga retoryka Chin wobec Tajwanu, okazały się prawdziwym „Wake-up call” dla wszystkich ważniejszych armii świata, podobnie zresztą jak i ich zaplecza politycznego, jak i technologicznego. Wcześniej śledząc strony militarne można było poczytać a to o nowym dronie, a to o tym, że znów jakiś projekt się opóźnił i będzie kosztował więcej.  Dziś widać, że prawie wszyscy na poważnie zabrali się za oszacowanie strat, jakie te kilkanaście lat „olewania” i „luzu” przyniosło. Trwają przeglądy różnych programów, na nowo liczone są ich koszta. Znacznie dokładniej analizuje się to, co dany sprzęt może realnie wnieść na polu walki.

Zmiany w Ameryce

U Amerykanów, mających tradycyjnie największe środki, a przez to i elastyczność, trwa prawdziwa rewolucja w siłach powietrznych i morskich. Duże ilości starszych samolotów mają iść do skasowania, zintensyfikowane mają być wdrożenia nowoczesnych projektów, pasujących do zsieciowanego pola walki, którego wizję nieśpiesznie budowano przez ostatnie lata. Wygląda na to, że tym razem nie obronią się już takie konstrukcje jak np. A-10.

Trochę na odwrót dzieje się we flocie, w której chyba już definitywnie postawiono krzyżyk na futurystycznych konstrukcjach takich jak Zumwalt czy LCS. Dziś stawia się tam na bardziej tradycyjne, choć zbudowane z udziałem nowoczesnych technologii, nowe fregaty, których program budowy ma znacznie przyśpieszyć. Wycofywanych ma być jednocześnie wiele starszych okrętów, aby uwolnić środki finansowe.

Remanenty nie omijają też broni atomowej, którą Rosja werbalnie w bieżącym konflikcie używa. Amerykańskie dowództwo zaczęło mocne zabiegi o opracowanie nowych środków przenoszenia dla mniejszych głowic jądrowych. Ostra dyskusja toczy się na temat możliwości produkcyjnych plutonu, ponieważ narastają obawy o to, czy mające już swoje lata rdzenie plutonowe będą zdatne do użytku w przeciągu następnych kilkudziesięciu lat.

Ta ostatnia sprawa ma szczególne znaczenie nie tylko w kontekście Rosji, ale i rozbudowujących swoje atomowe arsenały Chin. Amerykanie chcąc utrzymać niezależny Tajwan, muszą pokazać, że ich odstraszanie atomowe działa i że są gotowi podjąć grę w tym kierunku. Dlatego obserwując tę debatę mam nadzieję, że pierwszym krokiem będzie objęcie Ukrainy amerykańskim parasolem atomowym. Wbrew pozorom, byłby to bardziej sygnał dla Chin, niż Rosji.

Ciekawie rozwijają się też US Space Force, które były początkowo takim trochę PR-owym pomysłem Trumpa, ale obecnie rozbudowują i integrują kilka systemowych projektów, które pozwolą im faktycznie pełnić niezależną rolę w wielowarstwowym systemie obrony. Po to przyśpieszana jest budowa obronnej konstelacji satelitarnej, która ma zapewnić tak przepływ informacji dla działającej globalnie amerykańskiej armii, jak i ustanowić nowe standardy dla systemów wczesnego ostrzegania.

W Europie wolniej...

Europa tradycyjnie potrzebuje nieco więcej czasu na obudzenie się z letargu, ale i tutaj co chwilę słychać co okazało się że działa, albo (częściej) co nie działa. Na przykład obraz Bundeswehry wyłaniający się z różnych przecieków budzi politowanie, nawet jeśli uznamy, że niemieccy politycy wciąż trochę ściemniają, nie mając ochoty wysyłać cięższego sprzętu na wschód.

Sporo dzieje się w Wielkiej Brytanii, w której nie tylko armia, ale i Borys Johnson ostro zabrał się do pracy. Brytyjski premier robi to zapewne z przyczyn politycznych, wojna mocno poprawiła jego dość podupadłą po Brexicie i Covidzie pozycję. Nie ma co jednak wybrzydzać, walczy o dobrą sprawę. W Polsce dzieje się tyle, że zostawię to sobie na osobny felieton.

W Europie o konkretach usłyszymy nieco później, wiele projektów jest uzgadnianych przez kilka państw, ale o tym, że praca koncepcyjna ruszyła z kopyta mogą świadczyć nowe zamówienia na pojazdy opancerzone z niektórych krajów, ale też pogłoski o konfliktach koncepcyjnych przy projekcie nowego europejskiego czołgu 4 generacji. Jak widać przemyślenia Francuzów są inne, niż Niemców.

Zbrojeniówki do remontu

Tak czy inaczej, będzie się teraz sporo działo, co będzie szansą nie tylko dla polityków, ale i przemysłu. Co nie oznacza, że będzie łatwo. Firmy zbrojeniowe dostosowały swoje moce produkcyjne do leniwych zamówień z ostatnich lat. Pisałem na Antyweb o tym, jak wygląda choćby sprawa z odbudową stanu posiadania Stingerów przez US Army.

Przypuszczam że w sprawie masowo przekazywanych granatników, pocisków przeciwpancernych nie będzie wiele lepiej, nawet jeśli europejskie firmy nie muszą ich przeprojektowywać. Wydaje się jednocześnie, że ten brak podaży jest szansą dla zbrojeniówek krajów takich jak choćby Polska. Jeśli PGZ i nasze prywatne firmy dobrze to rozegrają, mają spore szansa na wyrwanie się z marazmu, w jakim od dłuższego czasu tkwią (wyjątki potwierdzają tylko regułę).

Armia 3.0

Państwa, które dobrze wykorzystają ten czas i nie ukrywajmy ogromne pieniądze, jakie na zbrojenia pójdą, mają szansę przeskoczyć na nowy poziom, tak w zakresie organizacji wojska, jak i sposobie kierowania operacjami. Przetasowania będą też czekać przemysł obronny. Z pewnością najbliższa dekada będzie pod względem rozwoju militarnego jedną z najciekawszych w historii.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu