30

Rynek gier RTS istnieje teoretycznie. Jest taki jeden, który mnie urzekł

Nie jestem gorącym fanem gier RTS, również tych działających głównie jako te, które namiętnie gra się w sieci. Nie jest to mój ulubiony gatunek, ale jest taka jedna gra, do której uwielbiam wracać. O jaki tytuł chodzi? Command & Conquer: Red Alert 2. "Jedynka" niekoniecznie mnie porwała, być może odbiłem się od nieco archaicznej grafiki. Mechaniki, jakie poznałem w drugiej odsłonie "Czerwonego alarmu" spowodowały, że przesiedziałem przed monitorem mnóstwo godzin.

Red Alert 2 poznałem zupełnie przypadkiem. Również i wtedy nie byłem do końca przekonany do RTS-ów, jednak ten jeden spodobał mi się naprawdę bardzo. Wcześniej ogrywałem Age of Empires i nie zawsze byłem zadowolony z tego, jak wygląda rozgrywka (mimo, że wiem, iż jest to tytuł zupełnie kultowy). Red Alert 2 przeniósł mnie w alternatywny świat, w którym wszystko wygląda nieco inaczej. Dalej mamy do czynienia z konfliktem między ZSRR i Stanami Zjednoczonymi. Ale wygląda to nieco inaczej z powodu perturbacji spowodowanych z osobą Alberta Einsteina.

Gra rozpoczyna się w momencie napadu ZSRR na Stany Zjednoczone. Miasta płoną, ludzie giną, a Związek Radziecki wykorzystuje naprawdę „mocne” technologie do tego, aby poradzić sobie z zajęciem terenu arcywroga. Alianci nie pozostają dłużni: również dysponują technologiami, które mogą zetrzeć na pył przeciwnika. I jak sowieci są w stanie uczynić jednostki pancerne nieśmiertelnymi na pewien czas, czy zbudować w miarę szybko głowicę nuklearną (i spuścić ją wrogowi na głowę), tak Alianci mogą w szybki sposób (nawet do środka wrogiej bazy) przenieść jednostki pancerne lub spowodować meteorologiczny kataklizm tuż nad zabudowaniami wroga.

Czytaj więcej: Legendarne gry RTS wracają w odświeżonej wersji. Command & Conquer i Red Alert Remastered oficjalnie zapowiedziane!

Dodajmy do tego niezrównoważonego Yuri’ego, który potrafi kontrolować umysły oraz jego późniejszy zwrot w stronę budowy własnej armii – otrzymujemy przez to niezwykle emocjonującą grę podzieloną na dwie kampanie – sowietów oraz aliantów. Można wcielić się w dowódcę jednej lub drugiej strony konfliktu i poprowadzić ją do zwycięstwa – albo w trybie dowolnym, albo w kampanii. Emocjonująca jest również gra przez sieć, która pokazuje, że to, czego nauczyliśmy się w grze singlowej, nijak ma się do tego jak grają realni przeciwnicy.

Buduj, broń, niszcz

Rozbudowa bazy to mechanika typowa dla RTS-ów z tamtych lat. Dodając kolejne konstrukcje, otrzymujemy możliwość budowania kolejnych, albo produkcji nowych jednostek – zarówno pancernych jak i „ludzkich”. Istotna jest również energia – zabudowania pozwalające na jej generowanie są inne dla każdej strony konfliktu. Alianci na przykład nie mogą stworzyć elektrowni jądrowej – Sowieci natomiast jak najbardziej. Taka budowla jednak nosi ze sobą to ryzyko, że gdy zostanie zniszczona – wokół pojawia się skażenie związkami promieniotwórczymi, co nie pozostaje obojętne głównie dla żołnierzy. Alianci natomiast dysponują całkiem sporą bazą jednostek bojowych oraz szpiegowskich. Kto nie pamięta kultowej Tanii, która jest w stanie wysadzać budynki i kilkoma strzałami poradzić sobie z każdym napotkanym piechurem?

Najbardziej w pamięci utkwiła mi misja, w której jesteśmy zmuszeni posprzątać po zdradzie Yuri’ego, który odwrócił się od podstawowego celu Sowietów i budować świat po swojemu. Stał się absolutnie niebezpieczny, przejął Kreml i obliguje nas to do zniszczenia tej budowli. Ostatecznie udaje się nam – kluczem do tego jest wykorzystanie sterowców Kirov. Ta jednostka bojowa jest powolna, ale niezwykle skuteczna – szczególnie, jeżeli jest ona odpowiednio rozwinięta. Za każdym razem udawało mi się pokonać tę misję… tylko jednym sterowcem. Ostatecznie, po ominięciu obrony przeciwlotniczej, Kreml padał. Wszystko kończyło się dobrze.

Był również dodatek „Yuri’s Revenge”, ale…

Ale ten mnie nie porwał. Nowostworzona armia Yuri’ego była zwyczajnie nudna, niekoniecznie dobrze się nią grało. Nie była tak dobrze zbalansowana jak Sowieci, czy Alianci – o tym nie było mowy. Dodatek ten przez niektórych uważany jest za kultowy, w moim przypadku tak nie jest i raczej nie będzie. Starałem się polubić tę wariację na temat Red Alert, ale po prostu odbiłem się od niekoniecznie spójnego gameplayu oraz… zasadniczo skopiowanych mechanik. Żadnych istotnych zmian – wtórność, niekoniecznie ciekawe misje. Oczekiwałem czegoś więcej od dodatku do serii Red Alert.

Czytaj więcej: Age of Empires III: Definitive Edition to piękny wehikuł czasu. Pierwsze wrażenia i wywiad z twórcami

Podobnie odbiłem się od Red Alert 3 – choć grafika była jak najbardziej w porządku, tak gameplay również mnie nie urzekł – wręcz przeciwnie. Znudziłem się po pierwszych dwóch misjach. Trudno było mi się przyzwyczaić do czegoś zupełnie nowego – a szkoda, bo do „trójki” podchodziłem z naprawdę dużą nadzieją. Cały czas w mojej świadomości liderem wśród RTS-ów jest właśnie druga odsłona Red Alert, zresztą przez wielu uznawana jest ona za zdecydowanie najlepszą. Choć na tle nowocześniejszych RTS-ów jest ona zwyczajnie trywialna, wręcz mało rozbudowana w porównaniu do nich – zapadła mi w pamięci. To chyba dobrze świadczy o tej produkcji studia Westwood.