8

Recenzja The Outer Worlds. Już dawno żaden RPG mnie tak nie wciągnął

The Outer Worlds nie zachwyci nas oprawą i pomysłowymi rozwiązaniami. To gra RPG w starym stylu, która korzysta z tego, co w tym gatunku najlepsze. Jej największym atutem jest jednak świat, sposób prowadzenia narracji, barwne postaci i niesamowicie wciągająca rozgrywka.

Przyznam szczerze, że naprawdę mało gier jest dziś w stanie mnie wciągnąć na maksa. Trochę mnie to wkurza, bo ciepło wspominam czasy, kiedy takie produkcje, jak Baldur’s Gate, Icewind Dane, Fallout 2, Red Alert i im podobne potrafiły mnie pochłonąć bez końca na długie tygodnie (oczywiście z przerwami na normalne życie). Ze wszystkiego się jednak wyrasta. Co nie zmienia faktu, że w przypadku każdej nowej produkcji, którą przyszło mi ogrywać, miałem cichą nadzieję, że znowu poczuję „to coś”. I w końcu się doczekałem!

The Outer Worlds to gra RPG stworzona przez studio Obsidian odpowiedzialne m.in. za Fallouta: New Vegas, a także za dwie części bardzo udanego RPG w klasycznym stylu Pillars of Eternity. Zresztą na tym ich dorobek się nie kończy, bo maczali też palce w Star Wars: Knights of the Old Republic II, Neverwinter Nights 2 i Dungeon Siege III. W większości były to udane produkcje. Tym samym Obsidian to jeden z ojców gatunku i studio, które poniekąd ukształtowało dzisiejsze erpegi.

Ekhm… co ja plotę. Dzisiejsze erpegi są cieniem samych siebie sprzed lat. To, co serwuje się nam w mainstreamie od dobrych kilku lat jest namiastką prawdziwej gry RPG. Dobrze, że mamy jeszcze takie marki, jak rodzimy Wiedźmin, a także coraz mocniejszy trend polegający na nawiązywaniu do klasyki gatunku (czego rezultatem było m.in. Pillars of Eternity). Gdyby nie to, dalej bylibyśmy karmieni potworkami w stylu Fallout 4 czy Dragon Age: Inqusition, gdzie jakakolwiek mechanika jest sprowadzana do minimum, a questy to niekończące się pasmo przynieś/zabij/zanieś/porozmawiaj.

Fantastycznie wykreowany, klimatyczny świat

Ale dość żali. The Outer Worlds to produkcja, która mocno nawiązuje do zamordowanej przez żądną pieniędzy Bethesdę serii Fallout. Pod względem formy gry są do siebie niemal łudząco podobne. Osadzono je jednak w zupełnie innych światach.

Jak to przystało na pełnokrwistego RPG zaczynamy zabawę od tworzenia postaci. I tu niespodzianka, bo oprócz wyglądu dostosowujemy też całą resztę. Czeka na nas rozbudowany edytor, w którym dostosujemy cechy główne, umiejętności, predyspozycje. Słowem, jest tutaj to, co najważniejsze w erpegach. Naszą postać określają dziesiątki współczynników. Po tym wszystkim oglądamy nieco długawe wprowadzenie. A to nie pozostawia niedomówień. Ekscentryczny naukowiec wpada na pokład statku – to jednostka kolonizacyjna, która została z jakiegoś powodu porzucona przez mocodawców. Na jej pokładzie znajdują się setki tysięcy kolonistów. Wszyscy zahibernowani. Nasz naukowiec jest w stanie uwolnić tylko jedną osobę – oczywiście jest nią nasz bohater (lub bohaterka). W zamian za to oczekuje od nas, że pomożemy mu z odmrożeniem całej reszty i wprowadzeniu ładu w Arkadii.

No właśnie, jakiej Arkadii? Świat gry to obrzeża kosmosu – skolonizowane przez ziemian planety, które w wyniku umowy między potężnymi korporacjami zostały kompletnie sprywatyzowane. Tym samym szaleje tutaj skrajny kapitalizm połączony z jakąś wypaczoną formą kultu pracy. Na początek trafiamy do miasteczka, gdzie głównym pracodawcą jest fabryka konserw rybnych należąca do koncernu Kosmolub. Tutejsi mieszkańcy nie są w stanie powiedzieć złego słowa na swojego pracodawcę, co prowadzi do groteskowych sytuacji. Ich życie odbywa się pod dyktat korporacji – wszystko ma swoją cenę, a koniec końców najważniejsze jest wyrobienie normy i efektywność. Życie ludzkie schodzi gdzieś na dalszy plan, bo przecież wszystkich i tak da się w końcu zastąpić maszynami.

Wokół tego typu wątków będzie lawirowała historia. Będziemy stawiani przed trudnymi wyborami – czy zachowamy status quo i uratujemy więcej istnień, czy może narzucimy im nowy, lepszy styl życia. A jeśli oni tego nie chcą? Pod tym względem The Outer Worlds to prawdziwa perełka, która po części odpowiada na pytanie – co by się stało, gdyby światem naprawdę zaczęły rządzić korporacje.

RPG pełną gębą!

Sama rozgrywka łudząco przypomina to, z czym do czynienia mieliśmy w Falloucie: New Vegas. Przemierzamy lokacje, toczymy długie rozmowy, wykonujemy zadania, zbieramy przedmioty, pożywienie, środki medyczne, broń i opancerzenie. To wszystko potem wykorzystujemy do pacyfikowania przeciwników (a tych relatywnie sporo tu i ówdzie) lub sprzedajemy. Jest też prosty system craftingu, który głównie opiera się na modyfikowaniu broni i pancerzy. Modyfikacje dają im bowiem dodatkowe cechy i czynią skuteczniejszymi w boju.

Na szczęście w praktyce wygląda to dużo lepiej niż brzmi. Zadania są złożone i wielopoziomowe – każde wymaga od nas nieco więcej niż tylko przyniesienia jakiegoś przedmiotu. Wiele z nich da się też ukończyć na kilka sposobów – siłowo lub dyplomatycznie. Nie brakuje też barwnych postaci, z którymi aż chce się rozmawiać. Nawet barmanka w knajpie ma coś interesującego do powiedzenia, a nasz bohater, jeśli tylko ma wysokie współczynniki umiejętności dyplomatycznych może od niej wyciągnąć jeszcze więcej.

A umiejętności te podnosimy oczywiście wraz z kolejnymi poziomami. Punkty doświadczenia otrzymujemy nie tylko za walkę, ale również za udane użycie umiejętności. Tymi posiłkujemy się non stop. Tutaj hakujemy terminal, tam otwieramy wytrychem drzwi. Nie jesteśmy na szczęście w tym wszystkim odosobnieni, bo tu i ówdzie znajdujemy osoby chętnie się do nas przyłączyć. Każda z tych postaci ma swoją historię i w miarę rozgrywki ewoluuje wraz z nami. Co prawda nie mamy możliwości nawiązać z żadną z nich relacji romantycznej, ale i tak całość daje ogrom satysfakcji i mocno wciąga. Po jakimś czasie łapałem się na tym, że regularnie zagadywałem to moich kompanów z nadzieją, że może mają mi coś ciekawego do powiedzenia.

Nędzna walka, rozczarowująca oprawa graficzna

System walki jest stosunkowo prosty i mało efektowny. Choć do dyspozycji mamy relatywnie sporo różnych broni, strzelanie nimi jest mało satysfakcjonujące. Dużym ułatwieniem jest tryb spowalniania czasu, który pozwala nam spokojnie wymierzyć w przeciwnika i otrzymać informacje o jego słabych punktach, ale nawet to nie czyni walki bardziej interesującej. W rezultacie unikałem jej jak mogłem. Co nie zawsze było oczywiście możliwe, ale też same starcia nie trwały szczególnie długo, bo sztuczna inteligencja przeciwników praktycznie nie istnieje – czyt. głupsi bardziej być nie mogą.

Od strony wizualnej trudno nazwać tę grę wybitnie ładną (chyba ująłem to zbyt delikatnie). Na pewno na plus należy zaliczyć modele postaci i mimikę ich twarzy – tutaj widać, że twórcy się postarali. Minusem będą lokacje, które często wieją pustką i bardzo niski poziom szczegółowości. Na domiar złego tekstury regularnie się doładowują z opóźnieniem – uznałbym to za normalne, grając na starym pececie, ale gra działała na Xboksie One X. Nie zachwycają też elementy uzbrojenia i bronie – właściwie ich aparycja bardziej odrzuca niż zachęca do używania. Właściwie całość przywodzi trochę gry sprzed 5-6 lat i mocno odstaje od dzisiejszych standardów. Tym bardziej dziwi mnie długi czas, jaki jest potrzebny do załadowania kolejnych lokacji w grze. Widać, że twórcy muszą popracować jeszcze nad optymalizacją.

Całość dopełnia przyjemne udźwiękowienie. Ogromnym plusem jest to, że każda postać mówi tutaj własnym głosem, co znacząco pogłębia relacje z nimi. Voice acting stoi na bardzo przyzwoitym poziomie. W tle natomiast słyszymy dobrze dopasowane, klimatyczne utwory, które doskonale wpisują się w te realia i uprzyjemniają eksplorację świata.

Więcej takich RPG-ów!

The Outer Worlds nie grzeszy oryginalnością. Nie ma tutaj praktycznie niczego, czego nie widzielibyśmy w innych grach tego typu. Twórcy wzięli sprawdzone rozwiązania i mechaniki, a potem osadzili je w swoich autorskim świecie. I to właśnie ten świat oraz warstwa fabularna stanowią największy atut tej produkcji. Poznawanie go i jego mieszkańców dostarcza masy satysfakcji i jest niesamowicie wciągające. Retrofuturystyczny klimat wykreowano po mistrzowsku, dopełniając go niezłą oprawą wizualną i świetnym udźwiękowieniem.

Nie jest to natomiast na pewno gra idealna. Po macoszemu potraktowano walkę. Strzelanie jest mało satysfakcjonujące, uzbrojenie nudne i nieładne, a sztuczna inteligencja przeciwników głupia jak but. Nie przyłożono się też szczególnie do oprawy graficznej – nie jest ona dramatyczna, ale mocno odstaje od dzisiejszych standardów i torpeduje nas długimi ekranami ładowania.

Ale czy to ważne, skoro gra się wyśmienicie? Jeżeli tęsknicie za takimi RPG-ami, jak Fallout New Vegas i nieszczególnie przejmujecie się nędznym systemem walki, The Outer Worlds Was oczaruje. Prawdę mówiąc wymienione wyżej wady tej produkcji absolutnie mi nie przeszkadzały, by czerpać z niej ogromną satysfakcję. I tym samym liczę na to, że podobnych gier będzie powstawać tylko więcej. To zdecydowanie lepsze niż sprzedawanie kolejny raz zremasterowanych klasyków sprzed lat, a mam wrażenie, że jeśli chodzi o RPG to zapanowała dziś na to jakaś szalona moda.

Plusy:

+ Rewelacyjny, wciągający świat gry

+ Sprawnie prowadzona narracja

+ Barwne postaci, rozbudowane questy

+ Niesamowicie satysfakcjonuje i wciąga

+ W końcu jakiś pełnowartościowy RPG z rozbudowaną mechaniką

Minusy:

– Słaby system walki, nudne uzbrojenie

– Głupia sztuczna inteligencja

– Przestarzała oprawa graficzna

Ocena: 8/10