Recenzja

Chwyć za miecz i zacznij zabijać potwory! Recenzja Monster Hunter: World

AJ
Artur Janczak
0

Nowa odsłona serii Monster Hunter okazała się dla mnie jedną z największych niespodzianek tego roku. Miałem styczność z poprzednimi częściami od firmy Capcom, ale odrzucały mnie pewne rozwiązania, częste loadingi i pewien brak atrakcyjności. Nie zrozumcie mnie źle, nie uważam, że były to złe gry. Po prostu ja nie byłem ich odbiorcą. Wszystko zmieniło się wraz z nadejściem MH: World, które pochłonęło mnie na długie godziny. Z wersją na PS4 spędziłem naprawdę dużo czasu, ale gdy na horyzoncie pojawiła się wyczekiwana edycja dla PC, nie mogłem się powstrzymać. Tytuł zyskał nieco blasku i detali, ale to nadal ta sama wspaniała produkcja i szkoda by było, gdybyście przeszli obok niej obojętnie.

Eksploruj, zbieraj wszystko i zabijaj potwory

Tak w skrócie można określić podstawowe zasady omawianej gry. Monster Hunter: World jest proste w założeniach, ale diabeł tkwi w szczegółach, których jest tu naprawdę dużo. Tytuł powoli przedstawia nam świat i jego reguły. Już od pierwszych chwili wiadomo, że oponenci będą często ogromni i niebezpieczni. Nie zamartwiajcie się jednak na zapas. Zanim staniecie do walki z czymś o większych rozmiarach, przyjdzie Wam potrenować na nieco mniejszych okazach. Dowiecie się wielu istotnych rzeczy na temat walki, środowiska, w którym żyją bestie i wiele więcej. Można oczywiście dość szybko skoczyć na głęboką wodę i atakować silniejsze osobniki, ale nie mając doświadczenia, raczej szybko polegniecie w boju.

Warto tutaj wspomnieć o moim mini poradniku, dzięki któremu dowiecie się kilku ważnych rzeczy na temat nowego Monster Hunter. Zerknijcie również w komentarze, bo czytelnicy podali też kilka własnych porad. Jeśli zastanawiacie się, czy oprócz zabijania potworów jest tutaj jakaś fabuła, to od razu mówię, że tak. Historia może nie jest najwyższych lotów, ale spełnia swoje zadanie. Nadaje jakiś sens, czemu w ogóle polujemy na gady, dinozaury, smoki i inne stworzenia. Oczywiście, przejście głównego wątku nie zakończy Waszej przygody, bo prawdziwa rozpocznie się dopiero po nim. End game dostarcza wielu niezapomnianych chwil, a deweloper dba, aby wyzwań tylko przybywało.

Każda broń to zupełnie inny styl walki

Dobrze zaprojektowanym aspektem całej produkcji jest system walki. Ten z początku mało wymagający element z każdą godziną odrywa swoje kolejne atuty. Zaczynamy od prostych ataków, potem wykonujemy silniejsze kombinacje, zaczynamy wykorzystywać elementy otoczenia, wabimy jedne stwory, aby atakowały drugie i tak dalej. Jest tego naprawdę sporo. Oprócz tego, mamy do dyspozycji dziesiątki przedmiotów o różnych właściwościach. Jedne leczą, drugie wzmacniają, trzecie usypiają wrogów, a jeszcze inne pozwalają na zniknięcie z pola widzenia adwersarza. Mnie najbardziej urzekły dwa krótkie ostrza, dzięki którym poruszam się i atakuję bardzo szybko.

Może i obrażenia nie są tak wysokie, jak w przypadku ciężkiego miecza dwuręcznego czy młota, ale mam większe możliwości ruchowe. W innych przypadkach decyduje się na łuk, który pozwala na walkę dystansową. Nie przyda się aż tak do starć, gdzie oponent jest blisko mnie, ale sprawdza się w przypadku latających kreatur. Do tego da się dzięki niemu wykonać silny atak specjalny oraz taki, który może spowodować dezorientację wroga. To zaledwie dwa warianty z czternastu dostępnych w grze. Każda broń to inny styl walki, inne możliwości i inne doświadczenia. Warto sprawdzić część, a najlepiej wszystkie, aby znaleźć idealny zestaw dla siebie. Później dochodzą do nich dodatkowe atrybuty, żywioły i masa innych rzeczy. Poznawanie tego wszystkiego wraz z treningami w polu to nie lada zabawa.

Poluj, zabijaj lub zwiedzaj

Potworów wcale nie trzeba zabijać, można je również łapać do badań, a te są później wypuszczane na wolność. Ma to o tyle znaczenie, że nie uśmiercając ich otrzymujemy więcej benefitów. Praktycznie za każdą czynność w terenie coś zyskujemy. Im lepsze łupy, tym szybciej ulepszymy uzbrojenie, zgarniemy lepszą broń i stworzymy jeszcze potężniejsze przedmioty. Dlatego też warto zbierać wszystko, zastawiać pułapki na przeciwników, łowić ryby i wiele więcej.

Dzięki temu nasza sakwa zacznie się szybko zapełniać, a potem można wszystkie skarby wrzucić do skrzyni i kombinować. Nie jestem zwolennikiem kupowania potrzebnego asortymentu. Jeśli mogę wyruszyć na mapę i samemu zdobyć odpowiednie składniki, to po prostu robię. Walczę przy tym z oponentami, odkrywam nowe ścieżki i zaliczam zadania poboczne, których w tej grze nie brakuje. Oprócz craftingu, mamy jeszcze badania i hodowlę roślin, wymiana dóbr za łupy od żeglarza, rozwój kantyny, arenę do treningów i starć z danymi potworami, a nawet opcję ulepszania własnego lokum. Atrakcji nie brakuje.

Pełna swoboda i możliwość zabawy ze znajomymi

Ogromnym plusem całej produkcji jest cała swoboda oddana w ręce graczy. Od nas zależy, gdzie i kiedy pójdziemy, jaką broń weźmiemy ze sobą, czy będziemy łapać gady lub zabijać smoki. Nic za bardzo nie narzuca nam, abyśmy szybko pchali wszystko do przodu. Jeśli komuś potrzeba więcej czasu, aby opanować system walki, lepiej poznać daną mapę, albo po prostu pozwiedzać, to nic nie stoi na przeszkodzie. Oczywiście, wraz z postępami w fabule zostaną odblokowane nowe rejony, spotkamy jeszcze bardziej niebezpieczne stwory, a w bazie będzie można wykonywać jeszcze więcej rzeczy. Nie musimy się jednak z niczym spieszyć. Gra nie zarzuci nas wszystkim od razu, chyba że sami na to pozwolimy.

Sam wolałem powoli odkrywać karty, jakie kryje Monster Hunter i nie wyszedłem na tym źle. Inni może i szybciej przeszli główny wątek, mogli wykuć lepszy sprzęt, ale nie czułem, że coś tracę. Na wszystko przyszła pora, a satysfakcji z dogłębnej analizy wszystkich rzeczy nikt mi nie zabierze. Do tego, w dowolnym momencie mogłem zdecydować, czy na dane zadanie wybrać się solo, czy też w grupie. Rzecz jasna, zabawa w pojedynkę to większe wyzwanie, bo część przeciwników jest naprawdę potężna, a zwycięstwo daje wtedy jeszcze więcej radości. Niemniej jednak wspólne wyjście na polowanie to coś, co bardzo przypadło mi do gustu.

Niby z Japonii, a przystępna dla wszystkich

Monster Hunter: World to produkcja japońska i nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Zdaje sobie jednak sprawę, że część osób odrzuca elementy charakterystyczne dla części gier z tamtego regionu. Także i tutaj mamy kilka elementów, które dają nam znać, że jest poważnie, ale nie zawsze. Jednym z przykładów jest Koleżkot, nasz bojowy kot, na którego z reguły można liczyć. Wygląd zwierzaka, jego ekwipunek i broń, to coś, na co mamy wpływ. Jeśli biegami sami lub w duecie z innym graczem, ten zawsze będzie gdzieś blisko. Niby nie porozumiewa się słowami, ale w świecie gry każdy go rozumie. Podobnie jest też z szefem kantyny przypominającym kota, który nie zapomina zarówno o dniu rąk, jak i nóg.

Ten groźny osobnik zawsze zadba, aby przed wyruszeniem w drogę trzeba było zjeść obiad. W omawianym tytule spotkacie też postacie przeraźliwe pozytywne, nieco przerysowane i żywcem wyjęte ze świata mang czy anime. Nie ma w tym nic złego. W przeciwieństwie do innych produkcji, ich obecność nie sprawia, że MH: World jest jakieś gorsze. Odpowiednio urozmaicają cały świat i pasują do wykreowanych realiów. Zatem nie ma powodów, aby odczuć jakiś dyskomfort podczas zabawy. Sam nie mam nic przeciwko “japońszczyźnie”, że tak to negatywnie ujmę, ale wiem, że innym potrafi ona razić w oczy. Uspokajam, ta w Monster Hunter została podana w umiarkowanych dawkach.

Monster Hunter i magiczne 60 FPS-ów

Monster Hunter: World nie jest w stanie działać z taką płynnością na konsolach jak na PC. Wszystko jednak zależy, jaki sprzęt posiadacie. Omawiany tytuł lubi gubić klatki, jeśli nie macie na pokładzie takiego GeForce GTX1070. Skacze wtedy między 45-60 FPS-ami przy wysokich ustawieniach. Można oczywiście obniżyć dane opcje, ale wtedy skok względem tego, co oferuje PS4 czy Xbox One będzie znikomy lub żaden. Różnice ogólnie nie są jakieś bardzo widoczne. Część efektów w ogóle wydaje się, jakby lepiej wypadały na sprzęcie Microsoftu czy Sony. Natomiast czasy ładowania do minimum, a posiadając dysk SSD praktycznie o nich zapomnicie. Niby wcześniej nie były zbyt długie i uciążliwe, ale możliwość ich prawie całkowitej eliminacji to spory atut. Specjaliści sądzą, że Capcom wypuści stosowne łatki, które poprawią zarówno działanie gry, jak i jej oprawę wizualną.

Na ten moment nie ma przepaści względem konsol. Czy to źle? Wręcz przeciwnie. World sam w sobie jest naprawdę przepiękną produkcją, pełną niesamowitych krain, fenomenalnych projektów potworów i wpadającej w ucho ścieżki dźwiękowej. Wszystkie animacje, efekty specjalne, cząsteczkowe, odbicia w wodzie to takie małe dzieło sztuki. Widać dbałość o detale na każdym kroku. Deweloper nie szedł tutaj na kompromisy i dostarczył produkt z wysokiej półki. Muzyka lecąca w tle zapada w pamięci i na pewno po latach będziecie ją kojarzyć. Od prostych i przyjemnych melodii, wręcz lekko melancholijnych, poprzez nieco szybsze utwory, aż po te bardzo dynamiczne idealnie pasujące do starć z wielkimi kreaturami. W przypadku PC trzeba jednak popracować nad optymalizacją i powinno być naprawdę dobrze. Nie odczułem, aby czegoś brakowało względem edycji konsolowej, ale wiem też, że może być o wiele lepiej, jeśli Capcom się postara.

Tytuł idealny? Takich nie ma i nie będzie!

Nie każdy jednak podzieli mój entuzjazm względem Monster Hunter: World. Elementów, które mogą przeszkadzać, tutaj nie brakuje. Zaczynając od lekkiej “japońszczyzny”, poprzez mnogość opcji i aktywności, nieco specyficzny system walki, na długości rozgrywki kończąc. Sam z początku mocno wydłużyłem sobie przygodę, zanim przebrnąłem przez fabułę, miało to swoje dobre i złe strony. Odczuwałem satysfakcję, ale i też pewne znudzenie. Trzeba było nieco nadgodzin, gdyż zbyt długie rozwlekanie zabawy prowadzi donikąd.

Kiedy odblokuje się wszystkie ścieżki i zaimplementowane opcje, wtedy można szaleć na całego i skupić się na wykonywaniu najtrudniejszych zadań. Część osób dorzuci system korzystania z przedmiotów, drugich konieczność dbania o to, jakie narzędzie ze sobą mamy, a innych ma szansę odrzucić konieczność uczenia się wszystkiego. Nie można ot, tak ruszyć do boju i obalać każdego napotkanego wroga, o ile nie jest to robaczek czy niegroźny ptaszek. Wrogów należy poznać, obserwować i przewidywać, co za chwilę mogą zrobić. Takie podejście nie jest dla każdego. Monster Hunter: World to gra RPG z elementami akcji, ale nie brakuje tutaj różnych rozwiązań, tworzenia przedmiotów, zbieractwa i tym podobnych. To nie God of War w starym stylu ze smokami.

Plany na przyszłość

Capcom dostarcza do tytułu nowe rzeczy i nic nie wskazuje na to, aby w bliskiej przeszłości miało się to zmienić. Kolejne wydarzenia zawierają unikalne potwory, a wraz z nimi również szansę na zdobycie ciekawego ekwipunku. Nie wszystkie DLC przeniesiono na PC, o zestawie z Horizon Zero Dawn posiadacze komputerów mogą tylko pomarzyć, ale jest masa innych, a pewnie dojdą następne. Deweloper chce, aby ludzie mieli co robić i jak na razie im się to udaje. Można spokojnie wierzyć, że pojawi się też większy dodatek, który rozszerzy mapę świata, ale to tylko moje przypuszczenia. Na ten moment nie brakuje atrakcji na 300, a nawet i 400 godzin. Taki czas powinien usatysfakcjonować każdego. Polecam wszystkim tę produkcję, nawet jeśli wcześniej unikaliście podobnych lub jak ja, nie przekonaliście się do poprzednich odsłon. Monster Hunter:`World to naprawdę wspaniały kawałek kodu. Przystępniejszy niż starsze części, atrakcyjny wizualnie, dynamiczny i rozbudowany. Czego chcieć więcej?

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: