Recenzja

Ta gra wygląda jak animacja Pixara! Recenzja Kena: Bridge of Spirits

PW
Paweł Winiarski
1

Jeśli tak mają wyglądać gry indie na konsolach nowej generacji, to chyba bardziej zainteresuję się tymi tytułami. Kena: Bridge of Spirits to solidna gra, która wygląda jak milion dolarów.

Ta gra wygląda jak animacja Pixara!

Kiedy pierwszy raz uruchomiłem Kena: Bridge of Spirits, na wszelki wypadek sprawdziłem jeszcze raz czy to na pewno nie jest gra AAA i producent naprawdę nie ma na koncie innych gier. Dlaczego? Bo Kena wygląda kapitalnie i bez wątpienia mogę powiedzieć, że to najładniejszy indyk w jakiego grałem oraz jedna z najładniejszych gier na PlayStation 5. Wizualnie dograło tu absolutnie wszystko - od stylistyki, przez tekstury, modele postaci aż do animacji. Miałem wrażenie, że to nie gra, a jakaś nowa animacja Pixara, a o taki komplement przyznałem dotychczas garstce gier. Jest cudnie zarówno technicznie jak i artystycznie, naprawdę można przecierać oczy ze zdziwienia, że komuś w grze kosztującej dużo mniej niż topowe produkcje chciało się tak bardzo przyłożyć do oprawy. Na PS5 można grać w dwóch trybach - wizualnie gorszym z 60 klatkami i lepszym z 30. Różnica jest, ale moim zdaniem w obu przypadkach gra wygląda kapitalnie i jednak polecałbym 60 klatek. Do tego dochodzą błyskawiczne czasy ładowania dzięki szybkiemu dyskowi SSD konsoli. Oznacza to, że kiedy postać zginie, po chwili się odrodzi i będziecie mogli grać dalej. A zacząłem od oprawy graficznej, bo to bez wątpienia najmocniejszy element Kena: Bridge of Spirits. Nie sposób też nie wspomnieć o świetnej oprawie muzycznej, zamierzam przesłuchiwać tę ścieżkę również poza grą, a nie robię tego zbyt często. Minus? Brak lokalizacji, przez co ograniczony jest krąg odbiorców. Szkoda.

Muszę jednak przyznać, że fabularnie spodziewałem się po tej grze czegoś więcej. Kena jest przewodniczką, która pomaga duszom przenieść się do wiecznego świata. Ma również jasno sprecyzowane zadanie - dostać się do sanktuarium na szczycie góry. I choć twórcy przewidzieli fajnie zrealizowane scenki przerywnikowe, co jakiś czas wpada nowa informacja, to nie odczułem by rozwijała fabułę, a tym samym pozwalała poznać bohaterkę bliżej. Wielka szkoda, bo to moim zdaniem niewykorzystany potencjał. Dziwne jak na tytuł indie, bo przecież w tego typu grach to właśnie wszystkie elementy poza grafiką grają ważniejsze skrzypce, tu natomiast jest odwrotnie.

Schemat rozgrywki nie jest specjalnie skomplikowany i szukając drogi do wspomnianego sanktuarium będziemy na ogół musieli odnaleźć jakiś przedmiot, stawić czoła bossowi, a wcześniej pokonać jego pomagierów. W którymś momencie staje się to nieco monotonne i wtórne, na szczęście nie ma przymusu w kolejności zadań. Nie znaczy to jednak, że gra jest sztucznie wydłużone, w tym akurat aspekcie wszystko do grało i kiedy już byłem w momencie kiedy widziałem, że zbliża się nuda i monotonia, coś ją przerywało i wjeżdżała wartka akcja albo jakieś przepiękne widoki i ciekawsza mini zagadka. Trochę szkoda, że nie mamy tu typowego otwartego świata, a większość dróg w które chcielibyśmy pójść jest sztucznie zablokowana. No, ale nikt nie mówił przecież, że to będzie gra pokroju ostatniej Zeldy.

Bardzo przypadł mi natomiast do gustu system rozgrywki. Łączy ze sobą wiele elementów z różnych gier i robi to bardzo dobrze. Będzie więc zręcznościowa walka z prostym systemem parowania i uników, sporo eksploracji, rozwiązywania prostych zagadek z wykorzystaniem małych stworków Rot, jak również zwisanie ze ścian i skał rodem z Uncharted. Żaden z elementów nie wysuwa się na pierwszy plan przez co nie można nazwać Kena na przykład platformówką czy slasherem, najbardziej trafne będzie tu "przygodowa gra akcji". Żaden z elementów nie nudzi, wszystkie przeplatają się ze sobą w odpowiedni sposób i w odpowiednich momentach.

Walki z normalnymi przeciwnikami nie są jakoś specjalnie pasjonujące, choć niczego im nie brakuje. Zdecydowanie ciekawiej jest jednak w starciach z bossami, szczególnie jeśli zdecydujecie się na wyższe poziomy trudności. Trzeba nauczyć się schematu, znaleźć czuły punkt - klasyk, ale podany w bardzo fajnej formie.

Werdykt

Kena: Bridge of Spirits to przepiękna gra, która bardziej przypomina animację Pixara niż klasyczny tytuł. I to jest bez wątpienia jej największy atut. Do tego jest na swój sposób urocza i w etapach bez walki - relaksująca. Gra się w nią po prostu bardzo przyjemnie i nawet kiedy dochodzi już do starcia, bywa ono wymagające. W pewnym sensie Kena: Bridge of Spirits wydaje się jednak pusta, brakuje jej głębi, również jeśli chodzi o fabułę - pusty wydaje się też zwiedzany świat. Trochę szkoda, bo gdyby dopracować te elementy, dostalibyśmy grę niesamowitą. A tak mówimy tylko o dobrym, czasem bardzo dobrym tytule. Jeśli jednak przypomnimy sobie, że chodzi o indyka a nie tytuł AAA, zamienimy automatycznie "tylko" na "aż". Ja bawiłem się bardzo dobrze, choć raczej zapomnę o tej grze za pół roku, ale w kategorii najładniejszej gry indie jeszcze długo nie będzie mieć sobie równych.

Ocena: 8/10

Plusy i Minusy Kena: Bridge of Spirits
plusy
  • Przepiękna oprawa graficzna
  • Niezłe pojedynki z bossami
  • Klimat
minusy
  • Powtarzalność misji
  • Przeciętna fabuła
  • Udźwiękowienia mogłoby być lepsze (poza muzyką)

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: