Recenzja

Recenzja Bloodborne. Krew, pot i łzy - ale za to w świetnym stylu

PW
Paweł Winiarski
1

Jeśli odkładaliście zaległe urlopy na jakąś okazję, to ta właśnie nadeszła. Bloodborne wyciśnie z Was siódme poty, a wirtualna krew poleje się hektolitrami. Głównie Wasza. From Software obiecało świetną pozycję dla fanów serii Dark Souls i choć w pewnym sensie więcej tu różnic niż analogii, otrzymal...

Jeśli odkładaliście zaległe urlopy na jakąś okazję, to ta właśnie nadeszła. Bloodborne wyciśnie z Was siódme poty, a wirtualna krew poleje się hektolitrami. Głównie Wasza. From Software obiecało świetną pozycję dla fanów serii Dark Souls i choć w pewnym sensie więcej tu różnic niż analogii, otrzymaliśmy kolejną arcytrudną - ale przede wszystkim świetną produkcję.

Ciężko mi uwierzyć, by Yharnam było kiedykolwiek radosnym miastem, ale From Software postanowiło przy okazji Bloodborne rzucić nas chyba do najgorszego okresu w historii tej metropolii. Trapione jest ono bowiem jakąś przeraźliwą plagą bestii, przez którą po ulicach biegają nie tylko paskudne stwory, ale również nie wyglądający na zbyt normalnych - mieszkańcy. Skąd te przypuszczenia? Biegają między budynkami z tasakami i widłami, by na widok bohatera rzucić mu się do gardła. Ci najwyraźniej niezarażeni pozamykali się natomiast w domach i nawet jeśli zdecydujemy się kulturalne zapukać, nie ma co liczyć na miłe przyjęcie.

W takich okolicznościach przyjdzie nam wcielić się w głównego bohatera Bloodborne. Czy raczej stworzyć bohatera, bo From Software nie zaplanował dla niego żadnej historii ani nawet wyglądu. Wszystko w naszych rękach. System tworzenia postaci jest całkiem rozbudowany, więc kiedy już poustawiacie wszystkie wizualne aspekty (które i tak zostaną ukryte pod ciuchami), wybierzecie jedno z preferowanych ustawień atrybutów.

Potem pozostaje już tylko zagłębić się w ponury, niesamowicie przedstawiony świat gry, w którym przepięknie oddano wiktoriański styl. Otulono go ponadto niesamowitym klimatem, który w połączeniu z naprawdę dobrą oprawą robi piorunujące wrażenie. Jakby tego było mało, granie na słuchawkach sprawiało, że miałem na plecach ciarki. Nawet nie ze względu na odgłosy potworów, ale wszystkie trzaski, jakie dochodziły do moich uszu.

Więcej dynamiki

Dark Souls pamiętam jako grę, w której musiałem dobrze zablokować atak przeciwnika, by później wyprowadzić celną kontrę. W Bloodborne nie ma bloków. Gra stawia na dynamikę, choć elementem taktycznym jest bez wątpienia konieczność ciągłego obserwowania paska staminy. Gdy ten się wyczerpie, nic nie zrobimy - a schodzi zarówno na ataki, jak również turlanie się, czy szybkie uskoki. Podoba mi się system Regain, dzięki któremu atakując można odzyskać część zdrowia - choć opanowanie go zajmuje dłuższą chwilę. Nie warto być pazernym na zdrowie, bo często kończy się to zgonem.

Miecze, topory i brzytwy

Jest tu trochę broni białej i wszelkiej maści innego oręża, choć chciałoby się więcej. Z drugiej strony można przejść grę bronią wybraną już na samym początku, odpowiednio ją tylko w trakcie przygody ulepszając. Bloodborne reklamowano możliwości trzymania w drugiej dłoni broni palnej. I faktycznie jest, ale nie spodziewajcie się, że zrobicie z niej swój podstawowy oręż. Przyda się natomiast do wytrącania z równowagi przeciwników, co daje pole do wyprowadzenia skutecznego ataku. Jak to w grach z gatunku souls bywa, warto wypracować sobie różne strategie na różnych wrogów. A potem i tak wszystko trafia szlag, bo każdego bossa trzeba uczyć się od zera. Jeśli oczywiście nie umrzecie pod drodze do niego tyle razy, by wyłączyć z nerwów konsolę.

Ale powiedzmy sobie szczerze

Bloodborne nie jest grą dla każdego. Bardzo doceniam to, że Sony zrobiło z tak trudnej pozycji topowy tytuł, zainwestowało ogromne pieniądze w zwiastuny i reklamę, tworząc z Bloodborne jedną z najważniejszych gier na PlayStation 4 w 2015 roku. #4theplayers ma w takich chwilach sens, bo produkcja From Software to gra skierowana tylko i wyłącznie dla hardkorowców, których nie odstraszy ciągłe oglądanie planszy z informacją o zgonie. Bloodborne wydaje się trudniejsze od Dark Souls 2, odwołując się poziomem trudności zarówno do pierwszego Dark Souls jak i wcześniejszego Demon’s Souls. Gra nie wybacza błędów, wymusza uczenia się na pamięć zarówno zachowania mniejszych wrogów ja i przede wszystkim bossów. To również konieczność poznania lokacji, nauczenia się odpowiednich skrótów - bo nie zawsze wchodzenie w interakcję z przeciwnikami jest najlepszym pomysłem. Czasem lepiej przemknąć gdzieś z tyłu i zostawić sobie starcie na później. Czasami zastanawiałem się, czy gra jeszcze bardziej testem mojej zręczności i taktycznego podejścia do starć, czy raczej testem cierpliwości. Potrafiłem bowiem wyjąć płytę z napędu, wyłączyć konsolę i powiedzieć sobie „nigdy więcej”. Ale pół godziny później wracałem. Może nie będę miał cierpliwości grania w Bloodborne przez kilkaset godzin (jak zapewne zrobi to masa osób), budując jak najlepsze buildy postaci i poznając fabułę z porozrzucanych tu i ówdzie notatek, ale warto wygospodarować przynajmniej 30 godzin by zaliczyć tryb fabularny. To gra, którą większość z nas powinna chociaż poznać.

Nie wszystko złoto co się świeci

Najbardziej w kość dały mi się ekrany ładowania. Spodziewałem się, że będę widział ekran informujący o zgodnie bardzo często, ale oczekiwanie na odrodzenie nie należało do najprzyjemniejszych. Nie dość, że wyrywało mnie z rytmu rozgrywki, to często sprawiało, że wyłączałem konsolę, szczególnie kiedy z własnej głupoty ginąłem częściej niż powinienem.

Podoba mi się wykorzystanie fiolek z krwią do uleczania bohatera, ale celowe bieganie po lokacjach i zabijanie wrogów tylko by je zebrać  już niekoniecznie. Na początku Bloodborne jest zdecydowanie za mało punktów zapisu. Jestem w Dark Souls i Bloodborne raczej kiepski - to prawda. Tym bardziej irytowało mnie kiedy ginąłem w połowie drogi do bossa i musiałem zaczynać całą podróż od początku. Jestem wygodny i zdecydowanie bardziej podobało mi się rozwiązanie zastosowane w Lords of the Fallen.

Jedną z najistotniejszych lokacji, które będziecie odwiedzać częściej niż byście tego chcieli, jest Sen Tropiciela. Uzupełnicie tam zapasy, rozwiniecie postać i kupicie dodatkowe przedmioty - z tego miejsca będzie również przeskakiwać do odkrytych punktów zapisu. Oznacza to jednak, że aby przenieść się do innej części lokacji, należy najpierw odwiedzić Sen Tropiciela. Odechce Wam się ze względu na wspomniane wyżej ekrany ładowania.

A jeśli zdecydujecie się na umieranie w sieci

Czeka na Was kooperacja lub tryb PVP. Używa się tam specjalnych dzwonków, za pomocą których albo zapraszamy ludzi do wspólnej zabawy, albo sugerujemy że chcemy spuścić im łomot. Wspólne zwiedzanie można również uskuteczniać w Chalice Dungeons. To losowo generowane lochy, w których natkniecie się na dodatkowych bossów - i chociażby dlatego warto je odwiedzić.

Zmienił się sposób prowadzenia starć Player vs. Player, a to głównie ze względu na bardziej ofensywny system walki. Spotkania są zdecydowanie szybsze niż w Dark Souls, przez co trwają krócej. Ciężko jednoznacznie stwierdzić, czy to zmiana na lepsze czy na gorsze - trzeba poczekać, aż zaczną się tam pojawiać wymiatacze z pieczołowicie przygotowanymi buildami postaci. Choć z drugiej strony wtedy laicy nie będą tam już mieli czego szukać.

Podoba mi się natomiast to, że można ustawić specjalne hasło dla znajomych, dzięki czemu nie jest już konieczne spotykanie się w zaplanowanych miejscach. Hasło przekazane kumplom sprawi, że będziecie się łączyć ze sobą bez problemów, co na pewno ucieszy osoby, które nie lubią grać z randomami. A warto prosić znajomych o pomoc (za pomocą wspomnianego wyżej systemu dzwonków), czasem może bowiem okazać się ona nieoceniona.

Werdykt

Nie jestem targetem Bloodborne, tak jak nie byłem klasycznym odbiorcą serii Dark Souls. Zdecydowanie przystępniejsze okazało się dla mnie polskie Lords of the Fallen. I trochę zazdroszczę wszystkim, którzy poczują nową grę From Software mocniej niż ja. Ale potrafię docenić kunszt tej produkcji, widzę jak świetnie zaprojektowano świat, nie tracąc zbyt wiele z wysokiego poziomu trudności. Widzę też głębię stojącą za bardziej dynamicznym systemem walki, dzięki któremu nie dostaliśmy po prostu nowych, ładniejszych Soulsów. Starzy fani mogą potraktować go jako minus, zapewniam Was jednak, że daje on nowe (co wcale nie znaczy gorsze) wrażenia z zabawy. Jeśli więc nie przeszkadza Wam taka zamiana formuły, uderzajcie do sklepów bez zastanowienia. I choć bez wątpienia nie jest to gra dla wszystkich, to dostaliśmy właśnie jedną z najlepszych gier na wyłączność dla PlayStation 4.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu