Felietony

Przeczytałem w Wyborczej "List do cwaniaka, który wcisnął mi już wszystko: Szanowna cwana mendo!"

MS
Maciej Sikorski

Fan nowych technologii, ale nie gadżeciarz. Zainte...

49

Na Facebooku znajomi udostępniają dzisiaj List do cwaniaka... autorstwa Grzegorza Sroczyńskiego. Dobrze się czyta, co kilka linijek w głowie pojawia się myśl: facet ma rację, mnie też to wkurza. A to łagodne słowo, bo przydałoby się wkur%*&. Czytam raz, czytam drugi, a potem dochodzę do wniosku, że....

Na Facebooku znajomi udostępniają dzisiaj List do cwaniaka... autorstwa Grzegorza Sroczyńskiego. Dobrze się czyta, co kilka linijek w głowie pojawia się myśl: facet ma rację, mnie też to wkurza. A to łagodne słowo, bo przydałoby się wkur%*&. Czytam raz, czytam drugi, a potem dochodzę do wniosku, że... i tym razem ktoś mną manipuluje.

W kogo uderza pan Sroczyński? W cwaniaka. Zna go każdy z nas, niejednokrotnie otwieraliście mu drzwi, rozmawialiście z nim przez telefon albo byliście nagabywani przez niego w Sieci. Podłe stworzenie, pijawka. Jeśli nie orżnie na telefonie, to wydębi kasę przy okazji zakładania kablówki. Albo garnki sprzeda wraz z ubezpieczeniem roweru. Pan Sroczyński wie nawet, gdzie ta menda, jak określił cwaniaka, obecnie pracuje: w T-Mobile. Wie, bo jego mama wykupiła u drania abonament i teraz cierpi z tego powodu, a wraz z nią cierpią inni - dzwoniąc trafiają na granie na czekanie. Rozumiem problem i zdenerwowanie autora. Ba, ja się z nim w tym miejscu łączę w bólu, bo mój ojciec ma podobne problemy i walczy od kilku kwartałów z operatorem o zwrot niesłusznie naliczonych pieniędzy. Temat podnosił kilka lat temu Grzegorz i widać, ze niewiele się zmieniło.

Przy okazji T-Mobile następuje jednak pierwszy zgrzyt w tekście. Pierwotny tytuł brzmiał: List do cwaniaka (zatrudnionego obecnie w T-Mobile). Jeśli jednak teraz klikniecie w link i traficie na wpis, to Waszym oczom ukaże się następujący tytuł: List do cwaniaka, który wcisnął mi już wszystko: Szanowna cwana mendo! Ciekawe. Może to przypadek, Autor stwierdził, że ten pierwszy mu się nie podoba i trzeba zmienić (w papierowym wydaniu niestety nie było to możliwe). Też tak czasem mam, ale zazwyczaj zmieniam przed publikacją. Możliwe, że ktoś bawi się tam w karuzelę tytułową, by nabijać odsłony, możliwe, że operator zareagował i pogroził palcem. Jeśli faktycznie tak było, to wyraz buntu Pana Sroczyńskiego trochę traci na sile, z piersi nie wyrywa się już Wyklęty powstań ludu ziemi... Bo i tak nic to nie da.

To zresztą nie jest jedyna uwaga odnośnie tekstu. Autor pisze o wciskaniu nam produktów na siłę, nachalnym handlu, który powinno się uhonorować cwaniackim Noblem. kiedy jednak czytam ten tekst, rozprasza mnie film, który uruchomił się na stronie. Najpierw reklamy, potem wideo "Dużego Formatu". Może i wartościowe, ale czy ja o nie prosiłem? Nie, wszedłem, by przeczytać tekst, a dostaję przy okazji skaczące obrazki. Dobrze, że przynajmniej bez dźwięku, choć czasem i tę barierę łamią w portalach. Niewiele rzeczy tak mnie denerwuje w Sieci. Mówię jednak trudno - to nie wina Pana Sroczyńskiego.

Jego winą nie jest też to, co wyprawia firma, dla której pracuje. A okazuje się, ze nie jest ona lepsza od opisywanych cwaniaków. Przykład sprzed kilku dni, posłużę się pytaniem zadanym przez Artura Kurasińskiego:

Na Facebooku znajomi udostępniają dzisiaj List do cwaniaka... autorstwa Grzegorza Sroczyńskiego. Dobrze się czyta, co kilka linijek w głowie pojawia się myśl: facet ma rację, mnie też to wkurza. A to łagodne słowo, bo przydałoby się wkur%*&. Czytam raz, czytam drugi, a potem dochodzę do wniosku, że... i tym razem ktoś mną manipuluje.

W kogo uderza pan Sroczyński? W cwaniaka. Zna go każdy z nas, niejednokrotnie otwieraliście mu drzwi, rozmawialiście z nim przez telefon albo byliście nagabywani przez niego w Sieci. Podłe stworzenie, pijawka. Jeśli nie orżnie na telefonie, to wydębi kasę przy okazji zakładania kablówki. Albo garnki sprzeda wraz z ubezpieczeniem roweru. Pan Sroczyński wie nawet, gdzie ta menda, jak określił cwaniaka, obecnie pracuje: w T-Mobile. Wie, bo jego mama wykupiła u drania abonament i teraz cierpi z tego powodu, a wraz z nią cierpią inni - dzwoniąc trafiają na granie na czekanie. Rozumiem problem i zdenerwowanie autora. Ba, ja się z nim w tym miejscu łączę w bólu, bo mój ojciec ma podobne problemy i walczy od kilku kwartałów z operatorem o zwrot niesłusznie naliczonych pieniędzy. Temat podnosił kilka lat temu Grzegorz i widać, ze niewiele się zmieniło.

Przy okazji T-Mobile następuje jednak pierwszy zgrzyt w tekście. Pierwotny tytuł brzmiał: List do cwaniaka (zatrudnionego obecnie w T-Mobile). Jeśli jednak teraz klikniecie w link i traficie na wpis, to Waszym oczom ukaże się następujący tytuł: List do cwaniaka, który wcisnął mi już wszystko: Szanowna cwana mendo! Ciekawe. Może to przypadek, Autor stwierdził, że ten pierwszy mu się nie podoba i trzeba zmienić (w papierowym wydaniu niestety nie było to możliwe). Też tak czasem mam, ale zazwyczaj zmieniam przed publikacją. Możliwe, że ktoś bawi się tam w karuzelę tytułową, by nabijać odsłony, możliwe, że operator zareagował i pogroził palcem. Jeśli faktycznie tak było, to wyraz buntu Pana Sroczyńskiego trochę traci na sile, z piersi nie wyrywa się już Wyklęty powstań ludu ziemi... Bo i tak nic to nie da.

To zresztą nie jest jedyna uwaga odnośnie tekstu. Autor pisze o wciskaniu nam produktów na siłę, nachalnym handlu, który powinno się uhonorować cwaniackim Noblem. kiedy jednak czytam ten tekst, rozprasza mnie film, który uruchomił się na stronie. Najpierw reklamy, potem wideo "Dużego Formatu". Może i wartościowe, ale czy ja o nie prosiłem? Nie, wszedłem, by przeczytać tekst, a dostaję przy okazji skaczące obrazki. Dobrze, że przynajmniej bez dźwięku, choć czasem i tę barierę łamią w portalach. Niewiele rzeczy tak mnie denerwuje w Sieci. Mówię jednak trudno - to nie wina Pana Sroczyńskiego.

Jego winą nie jest też to, co wyprawia firma, dla której pracuje. A okazuje się, ze nie jest ona lepsza od opisywanych cwaniaków. Przykład sprzed kilku dni, posłużę się pytaniem zadanym przez Artura Kurasińskiego:

window.fbAsyncInit = function() { FB.init({ xfbml : true, version : 'v2.3' }); }; (function(d, s, id){ var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0]; if (d.getElementById(id)) {return;} js = d.createElement(s); js.id = id; js.src = "//connect.facebook.net/en_US/sdk.js"; fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs); }(document, 'script', 'facebook-jssdk'));

Przypomniałem sobie jeszcze wydanie Dużego Formatu sprzed kilku miesięcy. Poświęcono je Bieszczadom. A właściwie promocji serialu "Wataha". Nie podkreślano, że to reklama, tymczasem ręka sama rwała się do telefonu, by zadzwonić i zamówić HBO. Duży Format zaserwował nam wówczas reklamę natywną, która wywołuje sporo kontrowersji. Jednych mierzi, inni zapewniają, że to przyszłość. Wśród tych ostatnich znajdziemy Tomasza Machałę z naTemat - bieszczadzkiemu DF poświęcił trochę uwagi:

Nie jest tak, że żyję w przekonaniu, że świat się kręci dzięki nam. Ale też nie uwierzę, że taki Duży Format ukazałby się, gdyby naTemat od ponad 2 lat nie mówiło: reklama natywna, reklama natywna, reklama natywna. Mamy dziś w DF serię bardzo dobrych tekstów o Bieszczadach: Adama Wajraka poszukującego "duchów", okładkowy "Patrol z watahą", czyli tekst o Straży Granicznej i kilka innych tekstów. Duży Format opisuje ten cykl jako "Akademia opowieści HBO i Gazety Wyborczej", a nie jako "Reklama". Ja się nie zamierzam czepiać, ale gdzie jest Vadim Makarenko, słynny agorowy przeciwnik reklamy natywnej?[źródło]

W głowie pojawia się pytanie: twórcy DF, pomysłodawcy tej kampanii, to też cwaniaki (mendy) z tekstu pana Sroczyńskiego? Przecież ktoś może powiedzieć, że takie akcje niewiele różnią się od czarów, za którymi stoją ludzie z "Adameksów, Szwagreksów i Stefbudów" wspomnianych w liście do cwaniaka. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że media nie są bez winy w tym przypadku - portal serwujący w swoich tekstach parówki, dżinsy, a ostatnio też tablety najlepszym tego przykładem. Agora najwyraźniej idzie jego śladem i zaczynam wątpić, czy da się usunąć cwaniaka z naszej rzeczywistości. Pan Sroczyński stracił już nadzieję.

Zastanawiam się też, czy na Zachodzie faktycznie jest lepiej, czy to tylko polska specjalność. Nie mam odpowiednich danych, trudno mi stwierdzić, czy wszystkie te wybiegi powstały u nas i tylko u nas funkcjonują? Ale czy to w Polsce zaczął się międzynarodowy kryzys wynikający m.in. z faktu namnażania się cwaniaków i cwanych instrumentów? To jedna sprawa. Druga jest taka, że owa "cwana menda", której tak nienawidzimy niejedno ma imię. To może być przebiegły sprzedawca garnków z prowincjonalnego miasteczka, który jeździ po okolicznych wioskach i naciąga staruszków. Liczy się tylko mamona, chociaż na kontach już jej nie brakuje. Takim draniom na pohybel.

Ale równie dobrze to może być sąsiadka pana Sroczyńskiego, samotna matka, która znalazła pracę w call center i dziękuje za to Bogu. Alternatywy nie było, trzeba teraz dzwonić i oferować tablety. I grupka studentów mieszkająca piętro niżej - żeby zdobyć wykształcenie muszą pracować, a firmy poszukują akurat akwizytorów. Ten cwaniak to nie jest kosmita, zielony ludzik z Rosji czy przebiegły żyd tropiony przez pana Brauna - to Polak z krwi i kości, który często próbuje związać koniec z końcem, to przedsiębiorca, o którego los martwi się pan Sroczyński. Polski przedsiębiorca. Może się nam nie podobać, że tak to działa, ale cóż: taki mamy klimat. Idealnego społeczeństwa i kraju nie da się zbudować. Zwłaszcza w ciągu 25 lat, o których wspomina się w tekście.

Na koniec mała rada, najpierw fragment felietonu:

Mam tylko małą prośbę. Maleńką. Chodzi o ów nieznośny brzdęk w telefonie mamy. Nie śmiem prosić, żebyś go wyłączył i zwrócił wydębione pieniądze, ale błagam chociaż o ściszenie. A jeśli masz dodatkową usługę - np. "ściszanie grania na czekanie dla rodzin abonentów, którym to gówno wrzepiliśmy" - to mogę nawet uiścić.

Wystarczy zadzwonić i powiedzieć, że się tego nie chce - to działa.

Przypomniałem sobie jeszcze wydanie Dużego Formatu sprzed kilku miesięcy. Poświęcono je Bieszczadom. A właściwie promocji serialu "Wataha". Nie podkreślano, że to reklama, tymczasem ręka sama rwała się do telefonu, by zadzwonić i zamówić HBO. Duży Format zaserwował nam wówczas reklamę natywną, która wywołuje sporo kontrowersji. Jednych mierzi, inni zapewniają, że to przyszłość. Wśród tych ostatnich znajdziemy Tomasza Machałę z naTemat - bieszczadzkiemu DF poświęcił trochę uwagi:

Nie jest tak, że żyję w przekonaniu, że świat się kręci dzięki nam. Ale też nie uwierzę, że taki Duży Format ukazałby się, gdyby naTemat od ponad 2 lat nie mówiło: reklama natywna, reklama natywna, reklama natywna. Mamy dziś w DF serię bardzo dobrych tekstów o Bieszczadach: Adama Wajraka poszukującego "duchów", okładkowy "Patrol z watahą", czyli tekst o Straży Granicznej i kilka innych tekstów. Duży Format opisuje ten cykl jako "Akademia opowieści HBO i Gazety Wyborczej", a nie jako "Reklama". Ja się nie zamierzam czepiać, ale gdzie jest Vadim Makarenko, słynny agorowy przeciwnik reklamy natywnej?[źródło]

W głowie pojawia się pytanie: twórcy DF, pomysłodawcy tej kampanii, to też cwaniaki (mendy) z tekstu pana Sroczyńskiego? Przecież ktoś może powiedzieć, że takie akcje niewiele różnią się od czarów, za którymi stoją ludzie z "Adameksów, Szwagreksów i Stefbudów" wspomnianych w liście do cwaniaka. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że media nie są bez winy w tym przypadku - portal serwujący w swoich tekstach parówki, dżinsy, a ostatnio też tablety najlepszym tego przykładem. Agora najwyraźniej idzie jego śladem i zaczynam wątpić, czy da się usunąć cwaniaka z naszej rzeczywistości. Pan Sroczyński stracił już nadzieję.

Zastanawiam się też, czy na Zachodzie faktycznie jest lepiej, czy to tylko polska specjalność. Nie mam odpowiednich danych, trudno mi stwierdzić, czy wszystkie te wybiegi powstały u nas i tylko u nas funkcjonują? Ale czy to w Polsce zaczął się międzynarodowy kryzys wynikający m.in. z faktu namnażania się cwaniaków i cwanych instrumentów? To jedna sprawa. Druga jest taka, że owa "cwana menda", której tak nienawidzimy niejedno ma imię. To może być przebiegły sprzedawca garnków z prowincjonalnego miasteczka, który jeździ po okolicznych wioskach i naciąga staruszków. Liczy się tylko mamona, chociaż na kontach już jej nie brakuje. Takim draniom na pohybel.

Ale równie dobrze to może być sąsiadka pana Sroczyńskiego, samotna matka, która znalazła pracę w call center i dziękuje za to Bogu. Alternatywy nie było, trzeba teraz dzwonić i oferować tablety. I grupka studentów mieszkająca piętro niżej - żeby zdobyć wykształcenie muszą pracować, a firmy poszukują akurat akwizytorów. Ten cwaniak to nie jest kosmita, zielony ludzik z Rosji czy przebiegły żyd tropiony przez pana Brauna - to Polak z krwi i kości, który często próbuje związać koniec z końcem, to przedsiębiorca, o którego los martwi się pan Sroczyński. Polski przedsiębiorca. Może się nam nie podobać, że tak to działa, ale cóż: taki mamy klimat. Idealnego społeczeństwa i kraju nie da się zbudować. Zwłaszcza w ciągu 25 lat, o których wspomina się w tekście.

Na koniec mała rada, najpierw fragment felietonu:

Mam tylko małą prośbę. Maleńką. Chodzi o ów nieznośny brzdęk w telefonie mamy. Nie śmiem prosić, żebyś go wyłączył i zwrócił wydębione pieniądze, ale błagam chociaż o ściszenie. A jeśli masz dodatkową usługę - np. "ściszanie grania na czekanie dla rodzin abonentów, którym to gówno wrzepiliśmy" - to mogę nawet uiścić.

Wystarczy zadzwonić i powiedzieć, że się tego nie chce - to działa.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy:

Gazeta WyborczaListhot