11

Jestem więźniem tech-gigantów – bo tak mi wygodniej

Oskarżeni za przekazywanie dalej materiałow na Facebooku
W pracy do maili korzystam z Gmaila. W sprawach osobistych - z Outlooka. Komputer(y) pracują na Windowsie, telefony na Androidzie. Jak nawigacja samochodowa, to głównie Google Maps. Jak kupuję w sieci, to Allegro, kilka innych sklepów, nic ciekawego. Jak płacę - to tylko telefonem.

Ale są ludzie, którzy podchodzą do kwestii swojej aktywności cyfrowej bardzo kategorycznie – odmawiając sobie wygody na rzecz ochrony własnych danych. Miałem okazję zapoznać się niedawno z artykułem w StarTribune, który opisuje ludzi świadomie rezygnujących z dobrodziejstw nowych technologii – tylko dlatego, że obawiają się tego, co z ich danymi może robić Google, czy jakikolwiek inny gigant.

Refleksja nad tym tematem ujawniła się u mnie w ciekawym momencie: jestem tuż po seansie „Hakowania świata” na Netfliksie. I choć wiedziałem o co chodzi z Cambridge Analytica, ich wkładem w kampanię Trumpa (a także inne przedsięwzięcia), oglądałem ten obraz niesamowicie wystraszony. Z jakiego powodu? Uświadomiłem sobie, że te wszystkie ideały, których uczono mnie w szkole: wolność, suwerenność, swoboda, możliwość wyboru to kompletna ściema. Dlaczego? Bo jestem tylko przewidywalną osobowością, istnieją instytucje, które doskonale wiedzą jak zagrać na moich uczuciach. Mało tego, idą o krok dalej i polaryzują społeczeństwa, by mogły być łatwiej zarządzane. Nie jest mi przyjemnie z tym, że dla Google, Facebooka i wielu innych gigantów jestem tylko zbiorem danych. I ewentualnie – surowcem do wyeksploatowania.

Przeczytaj również: Gdzie kończy się prywatność?

Zamiast zamówić w internecie, jedzie 40 mil po musli

W artykule ze StarTribune poruszono przypadek Gregory’ego Kelly’ego, który zamiast zamówić swoje ulubione płatki za pomocą platformy internetowej, jedzie po nie 40 mil do sklepu. Obecnie wydaje nam się to absolutnie niedorzeczne – bo przecież można to zrobić taniej, prościej, nie nadwyrężając swojego czasu, a i nawet oszczędzając pieniądze. Dlaczego ten człowiek zdecydował się na taki krok? Ze względu na to, że sklep umożliwiający mu dokonanie transakcji jest naszpikowany skryptami śledzącymi. Nie wierzy też żadnej wyszukiwarce. Nie chce parować swoich środków płatniczych z zewnętrzną usługą i nie chce być sprofilowany. Nie chce, by ktoś wiedział, że bardzo lubi musli.

prywatność

W takich momentach zastanawiam się nad tym, dlaczego ja nie postępuję podobnie. Przecież mam sporą wiedzę na temat tego, co internetowi giganci robią z naszymi danymi. Ba, pracuję w software house’ie i doskonale wiem, co można zrobić, aby pozyskać jak najwięcej danych o użytkownikach konkretnego programu czy strony. Sam pośrednio zajmuję się analityką odnoszącą się do zagadnień marketingowych. I co? Sam jestem częścią tej machiny.

I wcale Was nie będę okłamywał, że jest mi z tym źle. Nie łykniecie tego, a ja nie mam interesu w tym, by kłamać. Patrząc na to, co proponuje mi Google w swoich reklamach, musi wiedzieć o tym, że ja albo ktoś mi bliski cierpi z powodu choroby neurologicznej. No, bo skąd by miały mi się pojawiać treści odnoszące się do drogiego i w sumie nie wiem czy skutecznego Revimyelinu. Ogarnia sobie to, że interesuję się nowymi technologiami (no przecież!). Wie, że korzystam z Brand24 w pracy i co jakiś czas pokazuje mi reklamy gier na XONE.

Ale skąd to wie?

Wie, bo się z tym nie kryję. Robię zakupy przez internet, płacę w sklepach telefonem. Korzystam z Map Google i te sobie „kojarzą”, że przed chwilą byłem w elektromarkecie, potem zawitałem do kawiarni, a po wszystkim poleciałem do sklepu, bo mi się papier toaletowy w chałupie skończył. Rzadko korzystam z ad-blokerów, raczej nie poluję na nachalne skrypty śledzące. Korzystam ze wszystkiego może nie tyle bezmyślnie, co w poczuciu, że „i tak nie mam nic do ukrycia”. A kwestia profilowania mnie? Jakoś mi to nie przeszkadza.

Ale robię tak tylko dlatego, że jest mi tak wygodnie żyć. Wielcy usługodawcy pokazali mi produkty, które są „darmowe” – tyle, że muszę zapłacić swoimi danymi, żeby z tego wszystkiego korzystać. Gdyby nie taka postawa, w cholerę rzuciłbym Outlooka, Gmaila, Facebooka i całą resztę. Zamiast z Google, korzystałbym z DuckDuckGo i cieszyłbym się z nieprzesiąkniętych algorytmami wyników wyszukiwania. Ale na dobrą sprawę tego nie potrzebuję. Jest mi dobrze tak jak jest.

Co nie oznacza, że profilowanie, zbieranie danych to żaden problem. Są po prostu ludzie, którzy podchodzą do tego nieco mocniej, z większym pokładem zaangażowania. Ludzi, którzy świadomie porzucają wygodne rozwiązania na rzecz ochrony swojej prywatności szczerze podziwiam. Ale czy chciałbym do nich dołączyć? W sumie, to nawet nie mogę.