12

Amerykanin pozwał Google i domaga się praw do ich znaku handlowego. Może wygrać?

Jeżeli kiedyś zastanawialiście się, jak trafić na główne strony wielu serwisów na całym świecie, uzyskać swoje przysłowiowe pięć minut w bardziej tradycyjnych mediach lub sprawić, by zainteresowała się Wami wielka korporacja, to powinniście rzucić okiem na przykład, jaki dał pewien Amerykanin. Wniósł on pozew przeciw Google i zażądał… odebrania firmie praw do jej znaku handlowego. […]

Jeżeli kiedyś zastanawialiście się, jak trafić na główne strony wielu serwisów na całym świecie, uzyskać swoje przysłowiowe pięć minut w bardziej tradycyjnych mediach lub sprawić, by zainteresowała się Wami wielka korporacja, to powinniście rzucić okiem na przykład, jaki dał pewien Amerykanin. Wniósł on pozew przeciw Google i zażądał… odebrania firmie praw do jej znaku handlowego. Czy ten szalony plan ma szansę odnieść sukces? W USA wiele rzeczy jest możliwych.

Głównym bohaterem niniejszej historii jest niejaki David Elliott – biznesmen, który uwierzył w hasło american dream i postanowił je zrealizować. W tym celu pozwał korporację Google i zażądał, by sąd odebrał firmie prawa do jej znaku handlowego. Adwokat Elliotta przekonuje w pozwie, iż termin „google” już dawno stał się słowem powszechnie stosowanym (czasownik oznaczający wyszukiwanie informacji w Sieci) i jedna firma nie może mieć do niego wyłącznych praw. Jednocześnie wspomniał, że w wielu językach wykorzystuje się już różne wariacje terminu Google (np. rodzime zgooglować), ale nie znajdziemy podobnych konstrukcji opartych o inne wyszukiwarki (nikomu przecież nie przyjdzie do głowy, by coś bingować). Google podzieliło już los takich marek jak yo-yo, termos, czy zipper (o adidasach i pampersach nawet nie ma już co wspominać). Mamy zatem do czynienia z dobrem wspólnym i wszyscy powinni mieć do niego takie samo prawo. Skąd ten pomysł?

Działania biznesmena z Arizony staną się bardziej zrozumiale, gdy dodam, że Elliott zarejestrował już kilkaset domen, w których występuje słowo Google. Dokładnie jest ich 750, a jako przykład wystarczy podać googlegaycruises.com oraz googledonaldtrump.com. Sprawa brzmi oczywiście dość nieprawdopodobnie, by nie powiedzieć śmiesznie, ale świat widział już nie takie rzeczy. Skoro jesteśmy już przy temacie Google i pozwów, to warto przenieść się do naszego wschodniego sąsiada – całkiem możliwe, że amerykańską korporację czeka też ostra przeprawa w urzędach rosyjskich. Powód? Prawa do znaku handlowego…

Tym razem mowa o logo Google Drive. Internetowy gigant zaprezentował kilka tygodni temu swój wirtualny dysk i natychmiast spotkało się to z reakcją rosyjskiej firmy ProMT. Złożyła ona w Rosyjskiej Agencji Patentów i Znaków Towarowych (Rospatent) wniosek o rejestrację swojego logo jako znaku handlowego. Firma zrobiła to 18 maja, a 22 maja podobny wniosek złożyło Google. Dlaczego o tym piszę? Ponieważ oba znaki są do siebie bardzo podobne.

Logo Google Drive zostało już zarejestrowane w USA i szeregu innych państw, ale w Rosji sprawa pozostaje otwarta. Firma ProMT zarejestrowała w roku 2007 swoje logo, ale od tego czasu uległo ono pewnym zmianom i według niektórych opinii nie jest już tak samo chronione. Żadna ze stron nie komentuje tych doniesień oficjalnie, ale nie ulega wątpliwości, że firmy mogą stoczyć na rosyjskiej ziemi zażarty bój. Stawka jest wysoka: firma, która zarejestruje znak handlowy jako pierwsza może żądać zakazu stosowania podobnych znaków przez innych. A to z pewnością nie byłoby w smak żadnej ze stron.

Foto: 1,2