90

Politycy chcą, by polskie firmy energetyczne stworzyły samochód elektryczny. Zacznijcie zbierać kasę…

Część z Was napisze za chwilę, że jestem uprzedzony, że straszny ze mnie pesymista i zarzuci mi defetyzm. Bo władza chce dobrze, próbuje rozkręcić i unowocześnić gospodarkę, chce dać ludziom pracę i możliwość jeżdżenia polskim autem, a ja się czepiam. Muszę jednak napisać wprost: plany i działania obecnej ekipy zaczynają mnie przerażać. Już kiedyś czytałem o podobnych projektach: w podręcznikach historii, gdy zapoznawałem się z poprzednim ustrojem. Najwyraźniej pojęcie gospodarki centralnie planowanej przetrwało zmiany i jest wiecznie żywe.

Polski elektryk jest pewnie równie pożądany na Zachodzie co polski hydraulik, ale tym razem nie o profesji będzie, a o samochodzie. Zasilanym energią elektryczną, nowoczesnym i zbudowanym przez polskie firmy z polskich komponentów. Zauważyłem jakiś czas temu, że ten projekt stał się małą obsesją przynajmniej kilku polityków, w tym tych wysoko postawionych. Mówi o nim m.in. wicepremier Gowin, który niedawno w Krynicy opowiadał o programie INNOMOTO mającym rozruszać segment motoryzacji w naszym kraju. Ja do tych deklaracji podchodzę z rezerwą, ale politycy i urzędnicy podnoszą stawkę. Jakiś czas temu pisałem, że mówienie o milionie samochodów elektrycznych na polskich drogach w ciągu dekady, to mrzonka, zastanawiałem się, skąd te pojazdy miałyby się wziąć, jak klienci zostaną zachęceni do ich kupowania. Teraz trafiam na kolejne doniesienia: okazuje się, że spora część samochodów z tego miliona, może być dziełem polskich rąk…

Trzymajcie się, bo to mocne. Cztery spółki energetyczne kontrolowane przez skarb państwa – PGE, Tauron, Energa i Enea – dostały nowe zadanie: mają zbudować samochód. To ma być polski elektryk, który trafi na drogi i dokona rewolucji. Piszę całkiem serio – kilka firm z sektora energetycznego ma stworzyć prototyp osobówki, a potem rozpocząć jej masową produkcję. U nas, przy wykorzystaniu komponentów dostarczanych przez rodzime firmy.

Aby urzeczywistnić te rządowe plany energetyczni czempioni złożyli 9 września do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wniosek o zgodę na powstanie wspólnej spółki pod nazwą ElectroMobilityPoland. UOKiK poinformował o tym we wtorek, wyraźnie wyprzedzając zamiary rządu i samych spółek energetycznych. Godzinę po publikacji depeszy PAP z tą informacją domena internetowa z nazwą spółki została wykupiona przez firmę handlującą adresami internetowymi. Sam komunikat UOKiK chwilę później zniknął ze strony internetowej urzędu. Zachował się natomiast w archiwum google.[źródło]

Wykupienie domeny to w tym przypadku niewielki problem. Bardziej zastanawia to, jakim cudem wspomniani gracze mają stworzyć samochód? Owszem, mają inżynierów, nawet całe ich zastępy. Ale ci ludzie chyba nie pracowali przy tworzeniu samochodów. Na obecnym etapie podobno podziękowano za współpracę firmom motoryzacyjnym Solaris i Ursus, co dziwi jeszcze bardziej.

Działalność spółki ma stymulować powstanie i rozwój krajowego rynku pojazdów (samochodów) elektrycznych i rynków powiązanych, umożliwić polskim przedsiębiorcom konkurowanie na rynku unijnym i światowym, co powinno przynieść liczne korzyści ekonomiczne, społeczne i ekologiczne dla gospodarki kraju, podnosząc konkurencyjność krajowych przedsiębiorców” – napisano w komunikacie na stronie UOKiK.[źródło]

Czytam kilka razy ten fragment i nie wierzę własnym oczom. Rozumiem tworzenie agencji, które pomogą polskim firmom wyjść poza granice kraju, rozumiem lobbowanie w interesie tych przedsiębiorstw i pozyskiwanie dla nich pieniędzy. Nie rozumiem natomiast sytuacji, w której ministrowie przywołują firmy energetyczne i każą im wejść do biznesu, o którym nie mają pojęcia. Ktoś wymyśla hasło elektryfikacji polskich dróg i bez szerszej analizy zamierza je wdrożyć. Sytuacja rodem z PRL czy innych systemów autorytarnych i totalitarnych. I nie, nie piszę, że żyjemy w systemie totalitarnym – stwierdzam po prostu, że działania niektórych osób nawiązują do tamtych rozwiązań i to na polu gospodarki.

Wszystko to dzieje się w czasie, gdy polski sektor energetyczny boryka się z różnymi problemami. Z jednej strony ciąży mu przestarzała infrastruktura, z drugiej widmo deficytu energii elektrycznej (to akurat ciąży nam wszystkim), do tego dochodzi plan ratowania górnictwa przy wykorzystaniu wspomnianych firm. Może ktoś liczy na to, że polski elektryk okaże się remedium na przywołane bolączki, ale w mojej opinii to będzie kolejny ból głowy. Przedsiębiorstwa zamiast na rozwoju w dziedzinie, która jest ich domeną, skupią się, a przynajmniej część ważnych mocy kreacyjnych i produkcyjnych, na projekcie oderwanym od rzeczywistości.

Kilka dni temu pisałem, że problem ze stworzeniem samochodu ma wielkie Apple (m.in. dlatego, że nie jest firmą motoryzacyjną), samochody elektryczne to na razie bolączka nawet największych graczy w tym biznesie. A tu sprawę mają rozwiązać podmioty wytwarzające energię i handlujące nią. Polski elektryk, nawet jeśli powstanie, ma marne szanse na to, by stać się towarem pożądanym przez klientów. Nawet jeśli zastosuje się bonusy podatkowe, preferencyjne kredyty i stworzy rozległą sieć stacji ładowania, nawet jeżeli uderzy się w ton patriotyzmu gospodarczego, wątpię, by ludzie wyciągnęli portfele. Za dużo już się nasłuchali i naczytali o cudach rodzimej motoryzacji.

Politykom śni się pewnie sukces tego projektu, ale już teraz radzę im się przygotować na twarde lądowanie – polski elektryk to w obecnych warunkach i przy wspomnianych założeniach, totalna mrzonka.