53

POIG, program kaleki od urodzenia. Czyli o tym, jak 9 miesięcy zamienić w 3 tygodnie

9 maja 2011 roku rozpoczęty zostanie jedyny w tym roku konkurs w ramach działania 8.1 „Wspieranie działalności gospodarczej w dziedzinie gospodarki elektronicznej” POIG. Podejrzewam, że tak jak w zeszłym roku odsiew będzie ostry, a efekty… przeciętne. Jednak dopiero od niedawna mam na tyle własnego doświadczenia, aby wskazać, gdzie leży grzech pierworodny tego programu, który nie […]

9 maja 2011 roku rozpoczęty zostanie jedyny w tym roku konkurs w ramach działania 8.1 „Wspieranie działalności gospodarczej w dziedzinie gospodarki elektronicznej” POIG. Podejrzewam, że tak jak w zeszłym roku odsiew będzie ostry, a efekty… przeciętne. Jednak dopiero od niedawna mam na tyle własnego doświadczenia, aby wskazać, gdzie leży grzech pierworodny tego programu, który nie pozwoli mu zaowocować spektakularnym sukcesem, niezależnie od tego jak długo poprawiane, zaostrzane i zmieniane będą kryteria doboru wspieranych projektów.

Porażka

Uczestniczyłem przez pewien czas w próbie zbudowania pewnego serwisu internetowego. Gdy zaczynałem się w niego wgłębiać, projekt trwał już około 9 miesięcy, w tym czasie kilkukrotnie zmieniały się realizujące go osoby, wygenerowana dokumentacja i kod były kompletnym bajzlem, a koncepcja, co i jak ma robić wciąż była niejasna. Inicjator projektu, był w stanie powiedzieć mniej więcej tyle, że ma być „społecznościowy” – cokolwiek to tak właściwie znaczy.

Mimo to stworzenie i rozpisanie wreszcie sensownej koncepcji, jak to – może – zadziałać i osiągnąć sukces nie było problemem. Jednak okazało się nagle, że to na nic, bo brak solidnego i dostępnego w wystarczającym zakresie programisty, który by ją zrealizował, a o zaangażowanym i wierzącym w projekt nie było nawet co marzyć. Zablokowało to kompletnie wszelkie działania, mimo że główny ciężar działania serwisu miał paść na twórców kontentu. W końcu całość została – słusznie – zabita, po wygenerowaniu sporych strat.

Szansa na sukces

Wszystko to, choć raczej demotywujące, miało jednego plusa. W międzyczasie poznałem dzięki temu projektowi młodego, bardzo zdolnego programistę z pomysłem na własny serwis. Zapaliłem się do jego pomysłu i zaczęliśmy siedzieć nad koncepcją, opracowywać ją, aby z intelektualnego ćwiczenia i kodu, który spełniał rolę proof-of-concept zamienił się w użyteczne narzędzie dla internautów, a w przyszłości – kto wie – przyniósł zyski.

Opracowałem koncepcję i UX, znajomy grafik zwizualizował plany, a programista parę dni temu zaprezentował wstępną i funkcjonująca wersję, którą teraz szlifujemy przed otwarciem bety dla użytkowników. Wszystko w 3 tygodnie. Na usunięcie błędów i przygotowanie do odpalenia zejdzie pewnie jeszcze parę tygodni, ale dysponujemy już konkretem, który można pokazać bez wstydu.

Zaangażowanie

Wspominam o tym wszystkim, aby pokazać to, czego szukają fundusze VC, a PARP nie jest i nigdy nie będzie w stanie sprawdzić – zaangażowania twórców. Pomijam już kwestię orientacji oceniających wnioski w tym, co faktycznie może odnieść sukces w sieci, a co nie, bo prawdziwych potworków wcale nie było, aż tak wiele. Natomiast znacząca część serwisów współfinansowanych przez PARP charakteryzuje się niedoróbkami, które sugerują, że większość budujących je zespołów nie wierzy w nie na tyle, aby zarywać noce i polerować detale.

Nie wierzę, aby PARP nie mając woli i doświadczenia w ocenianiu nie tylko samego wniosku, który coraz częściej jest przygotowywany przez speców pobierających procent od dotacji w zamian za załatwienie papierków, miał możliwość kiedykolwiek dorównać funduszom VC i aniołom biznesu, jak chodzi o ilość projektów, które faktycznie stanęły na nogi. Zamiast spełnić abstrakcyjne normy wyznaczone przez PARP i spokojnie pozwolić umrzeć z niedokrwienia.

Może to idealizm, ale nie wierzę w spektakularne sukcesy w sieci nie poparte zaangażowaniem zespołu. Nie wierzę w projekty budowane za pomocą „najemnych” programistów, którzy chcą odrobić swoją normę i iść do domu. Nie wierzę w projekty, gdzie twórcy nie podejmują osobiście ryzyka związanego z sukcesem lub porażką. Nie wierzę też w system uniemożliwiający elastyczną zmianę koncepcji w miarę zbierania feedbacku ze strony klientów i użytkowników.

W tym momencie PARP oferuje pieniądze za pisanie i składanie wniosków, a nie za sensowny pomysł i zaangażowanie, które przekłada się na szanse serwisu. To wada wrodzona i – obawiam się – nieusuwalna.