15

Podziemny krąg – to już 21 lat od debiutu filmowego arcydzieła

David Fincher na przełomie tysiąclecia miał swój najlepszy okres w karierze. Jego słabsze filmy, jak choćby gra „Azyl” i tak trzymały dobry poziom, natomiast te udane wyrzucały człowieka z butów. „Siedem”, „Gra” i „Podziemny krąg” to seria, o której marzyłby każdy reżyser na świecie. Wszystkie są genialnie nakręcone i każdy z nich ma niesamowity twist w końcowych scenach, zmieniający wydźwięk wszystkiego, co dotychczas obejrzeliśmy i sądziliśmy o całej historii. Wydaje się, że z całej tej trójki to mający już 21 lat „Podziemny krąg” pozostał z nich najbardziej aktualny, a może i nabrał jeszcze większego znaczenia.

O czym opowiada Podziemny Krąg

Uwaga! Jeżeli jakimś cudem nie widziałeś tego filmu, zakończ czytanie w tym miejscu. Spoilery zniszczą Ci efekt „opadu szczęki” i osłabią przyjemność jego oglądania.

Film jest adaptacją książki Chucka Palahniuka, opowiadającą historię znudzonego życiem pracownika korporacji, który zmęczony konsumpcjonizmem wpada pod wpływ poznanego przypadkowo nihilisty, Tylera Durdena i razem z nim zakłada klub nielegalnych walk, który następnie przeradza się w anarchistyczną bojówkę terrorystyczną. Tak się przynajmniej na wydaje, zanim nie dotrzemy do końcowych scen filmu.

Nawet bez ostatniego twistu film ma swoje mocne przesłanie. Pokazuje samotność i bezcelowość życia u osoby, która wpadła zbyt głęboko w pułapkę konsumpcjonizmu i korporacjonizmu. Praca przestaje być interesująca, a może nigdy taka nie była, mechanicznie kupowane gadżety przestają cieszyć, to wszystko jest aktualne dla wielu osób także dziś.

Film porusza też, w mocno specyficzny sposób, temat chorób psychicznych. Już na wstępie widzimy, że główny bohater cierpi na szereg chorób cywilizacyjnych, takich jak chroniczna bezsenność czy depresja. Gdy na końcu dowiadujmy się, że Tyler Durden nie istnieje i jest tylko imaginacją potrzeb i marzeń głównego bohatera nie mamy wątpliwości, że jest to przypadek zaburzeń dysocjacyjnych tożsamości.

Pomimo przerysowania wielu wątków, to chyba w tym filmie udało się pokazać najdobitniej, jak niszczycielską siłę może mieć taka choroba. Większość filmów o chorych psychicznie stara się nas wzruszyć, Fincher odtworzył nam brutalny rollercoaster, jaki może przeżywać dotknięty tą przypadłością człowiek.

Aktorzy grający w Podziemnym Kręgu

Siłą tego obrazu są też aktorzy, w rolę bezimiennego bohatera wciela się Edward Norton, aktor specyficzny i od początku gustujący w mocno nieoczywistych rolach (Lęk pierwotny, Więzień nienawiści). W rolę jego, kipiącego testosteronem i brakiem poszanowania zasad, alter ego Durdena, wcielił się Brad Pitt, będący wtedy u szczytu sławy.

Fincher doskonale przeciwstawił ciapowaty charakter wykreowany przez Nortona z wręcz karykaturalnie męskim wizerunkiem Pitta. Przez cały film oglądamy, jak Narrator powoli upodabnia się do postaci swojego idola, podczas gdy w ostatnich scenach dowiadujemy się, że to tylko wytworzona przez niego druga, „dzika” i destrukcyjna osobowość.

W rolach drugoplanowych znaczące role dostali m.in. Helena Bohnam-Carter, Jared Leto oraz piosenkarz Meat Loaf w roli kończącego tragicznie Roberta Poulsona.

Na czym polega „wyjątkowość” Podziemnego Kręgu?

Nie da się ukryć, że bardzo ważną rolę w kultowości tego filmu powoduje jego niesamowita forma i nietypowa narracja. Przez cały seans nie poznamy imienia głównego bohatera, który dodatkowo zza kadru wciela się w rolę narratora całej historii. Film wypełnia całe mnóstwo zapadających w pamięć scen, jak choćby ta z meblami z Ikei, pobicia się w gabinecie jego przełożonego czy wreszcie brutalnych scen walk.

To wszystko staje się jeszcze bardziej wyraziste, gdy w ostatniej scenie dowiadujemy się, że wszystkie rzeczy, których dokonał Tyler, były dziełem pogrążającego się w szaleństwie Narratora. Mocna scena, w której bohater grany przez Pitta wysypuje ług na rękę Narratora, okazuje się być tak naprawdę sceną samookaleczania. Wszystkie problemy w kontaktach z Marlą, graną przez Bonham-Carter, okazały się mieć zupełnie inne przyczyny, niż sądziliśmy w czasie seansu. Przez zagmatwaną konstrukcję, to jeden z tych filmów, które z uwagą i zainteresowaniem ogląda się przynajmniej dwa razy a każdy seans pozostawia inne wrażenia.

Ciekawostki z planu

Jak to zwykle bywa, po latach pojawiło się sporo ciekawostek dotyczących samego procesu powstawiania filmu. Jak się okazało, David Fincher nie był pierwszym kandydatem do fotelu reżysera. Wcześniej stanowisko proponowano Peterowi Jacksonowi, Bryanowi Singerowi i Danny’emu Boylowi. Singer nie podjął rękawicy, a dwaj pozostali byli już zajęci przy innych projektach.

Także Brad Pitt nie był pierwszym wyborem, wcześniej rozpatrywano kandydaturę Russela Crowa. Natomiast Narratora, który na poziomie scenariusza miał na imię Jack, miał otrzymać Matt Demon, a potem Sean Penn.

Z racji dużej ilości bijatyk, obaj główni aktorzy brali lekcje boksu, taekwondo oraz paru innych stylów walki. Musieli też przejść ostry trening formy, tak aby zrzucić zbędne kilogramy. Znacznie prościej miał Meat Loaf, którego otyłą sylwetkę zbudowano przy pomocy umieszczanych pod ubraniem poduszek. Co ciekawe, tak ważny z punktu widzenia narracji, pierwszy cios, jaki Narrator wypłacił Tyleroi był prawdziwy. Zamiast, jak to w filmach bywa zamarkować uderzenie, Norton na prośbę reżysera, przyłożył Pittowi naprawdę.

Czy Podziemny Krąg ma godnych następców?

Jeśli szukać filmów mających elementy wspólne z „Podziemnym kręgiem” i trzymającym wysoki poziom, to najłatwiej znaleźć je wśród pozycji opowiadających o pogrążaniu się w szaleństwie czy rozpadaniu osobowości. Wymieniłbym tutaj takie tytuły jak „Donnie Darko”, ”Czarny Łabędź” czy „Mechanik”.

Trochę bardziej sensacyjna, ale również prezentująca wysoki poziom jest „Tożsamość” Mangolda z Johnem Cusackiem w roli głównej. Wspólnych elementów można się doszukać w „Wyspie tajemnic” Scorsese. Ze starszych filmów podobnych nut szukałbym w „Mechanicznej pomarańczy” Kubricka czy „Upadku” z Michealem Douglasem.

Nie mniej „Podziemny krąg” jest na tyle specyficzny, że czegoś co można by nazwać wprost jego następcą chyba nie ma. Być może kwalifikuje się do tej roli „Joker”, takie głosy słyszałem od kilku znajomych, ale wstyd przyznać, nie udało mi się jeszcze nadrobić tej zaległości. Natomiast wiem jedno, do historii Narratora/Durdena, pomimo „oczka” na karku, ciągle warto wracać.