11

Podróżowanie jak dawniej? Wciąż się da trzeba tylko znaleźć odpowiednie miejsca

Z podróżami od zawsze było mi... po drodze. Niegdyś — tymi bliższymi, obecnie — raczej dalszymi. Rejony które wybieram raczej nie nadają się na weekendowe city breaki, bo nawet ja nie jestem na tyle szalony, by po kilkunastu godzinach w samolocie spędzić dobę w nowym miejscu i musieć wracać. Ostatnie lata właściwie wszystkie urlopowe dni jestem w Azji — różnych jej rejonach. I błąkając się ostatnio po jednym z tamtejszych państw gdzie byłem pierwszy raz w życiu zdałem sobie sprawę z tego, że jeszcze 10-15 lat temu mój pobyt tam wyglądałby zupełnie inaczej. Nie mówiąc już o kosztach takiej wyprawy. Czy to dobrze? Mam pewne wątpliwości.

Podróżowanie: level easy

Faktem jest, że moje ostatnie trasy są dość łaskawe. Kraje rozwinięte, z doskonałą infrastrukturą i całym sektorem międzynarodowych usług, które pozwalają w mig zamówić transport na lotnisko czy wykupić nocleg nawet na ostatnią chwilę po tym jak wysiądę z samolotu i tylko będę miał internet. Nie muszę nawet zakładać dodatkowych kont, bo korzystam z nich „na co dzień”. Zgubić się tam również niełatwo: na każdym kroku darmowe Wifi, a nawet jeśli Mapy Google nie domagają — chwila z wyszukiwarką pozwala odnaleźć ich lokalny odpowiednik, który doprowadzi mnie do celu. Zgubiony pośród niewielkich uliczek mogę w mig podejrzeć na smartfonie gdzie jestem i w którą stronę się udać, by trafić do celu. W jednych krajach z komunikacją w języku angielskim jest lepiej, w innych gorzej — ale zawsze udaje mi się odnaleźć i nie umrzeć z głodu. A wręcz przeciwnie — staram się zawsze poznać jak najwięcej lokalnych smakołyków. Papierowe przewodniki i atlasy poszły, przynajmniej w moim przypadku, w odstawkę. Na mapie nanoszę zestaw interesujących mnie punktów i kolejno odhaczam zaplanowane wcześniej atrakcje, zostawiając sobie odrobinę miejsca, by zabłądzić i dać sobie szansę na odkrycie czegoś nieoczywistego. Mając w pamięci jak podróże, nawet dość bliskie: po Polsce czy sąsiednich krajach, wyglądały w moim wykonaniu jeszcze 15 lat temu, łapię się za głowę, jakie to proste. W krajach gdzie mamy swobodny dostęp do sieci i najpopularniejszych usług, prawdziwą sztuką jest zaliczyć jakąś poważniejszą wpadkę i się zgubić.

Kiedyś było leeeee…. e, nie było lepiej – było inaczej

Nie uważam, by kiedyś było lepiej. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że było więcej magii — a internet, rosnąca turystyka, setki blogów tematycznych odzierają nawet najodleglejsze zakątki świata z tajemniczości. Ale to nie jest tak, że już się nie da zwiedzać świata na starą modłę: tę zagubioną, pełną tajemnic i nieporozumień. Po lekturze książki „Tajemnice Korei Północnej” Jamesa Pearsona i Daniela Tudora pierwszym (i niezwykle skrajnym) przykładem który przychodzi mi na myśl, jest Korea Północna, w której internet nie istnieje. Znajomi którzy odwiedzili miejsce twierdzą, że poczuli się jak w opowieściach rodziców sprzed ’89 roku, a brak tamtejszego dostępu do technologii z której korzystamy na co dzień okazuje się podróżą nie tylko do nowego miejsca, ale też… cofnięciem w czasie. Ale nie trzeba przedzierać się przez akurat tę, budzącą sporo wątpliwości, granicę. Moje dotychczasowe doświadczenia w Chinach również nie jawią się na specjalnie łatwe. Bez uprzedniego przygotowania możemy zapomnieć o skorzystaniu z popularnych lokalnie platform. Sporo rzeczy nie działa, a szablony które znamy z innych części świata — tam najzwyczajniej w świecie mnie zawiodły. Przywykłem do tego, że światowej klasy atrakcje gromadzą setki turystów — i niewiele mają wspólnego z lokalnymi mieszkańcami. Tymczasem w pociągu do miejscowości gdzie można przespacerować się Wielkim Murem byłem jednym z czterech turystów — a przynajmniej tych niemówiących po chińsku. Tamtejsza informacja turystyczna nie mówiła ani słowa po angielsku, a do komunikacji wykorzystywała tłumacz chińsko-angielski. Zamiast aplikacji postawiłem na papierowe mapy i… poczułem powiew przygody i dawnego podróżowania. A co dziwniejsze: zamiast zniechęcenia, poczułem chęć na więcej takich przygód.

Stare schematy w nowym wydaniu

O tragicznym wpływie masowej turystyki na środowisko i lokalne społeczności rozmawia się coraz więcej — i dobrze. Ukochane przez turystów miejsca są regularnie zadeptywane, niszczone, a ich mieszkańcy mają z tego powodu więcej problemów, niż pożytku. Jestem jednym z tych, którzy gdziekolwiek są — starają się szanować lokalne zasady, grać według tych samych reguł i nie przysparzać już więcej problemów. Czy (i w jakim stopniu) mi się to udaje — nie mam pojęcia. Bardzo chętnie jednak sprawdzę się w turystyce jak dawniej. Tej pełnej niezrozumienia, z rozmówkami w kieszeni i atlasem w plecaku. Jak to zwykle po urlopie — zaczynam już planować kolejny, a pomysłem na ten najbliższy jest tak nieturystyczne miejsce, jak tylko się da. Najlepiej po drugiej stronie świata. Macie jakieś doświadczenia z miejscami które w 2019 wymuszają takie podejście?