Militaria

Polski zestaw przeciwlotniczy Piorun zdobywa kolejnego zagranicznego klienta

Krzysztof Kurdyła
4

Wojna weryfikuje przydatność używanych w niej systemów. Ponieważ Polska jest jednym z największych dawców broni dla Ukrainy, sporo naszego sprzętu taką weryfikację przeszło i bardzo dobrze wypadło. To szansa dla polskich produktów i firm oraz wskazówka, że warto inwestować w B+R.

Kraby, Groty i Pioruny

Do polskiego sprzętu, który zyskał na Ukrainę renomę i rozpoznawalność możemy zaliczyć armatohaubice Krab, karabinki Grot, a w początkowej fazie wojny najwięcej mówiło się o Piorunie. Wydaje się, że to właśnie polski zestaw przeciwlotniczy może być największym beneficjentem tej wojennej sławy.

W ocenie szans na sukces chodzi nie tylko o to, że Ukraińcy go chwalą, ale też fakt, że konkurencja w tym zakresie jest niewielka, a część konstrukcji, w tym najbardziej znany Stinger, ma już swoje lata. Jednocześnie wojna na Ukrainie bez dwu zdań znacznie zwiększy zapotrzebowanie na tego typu sprzęt.

Pierwsze sukcesy eksportowe Piorun miał już na początku roku, gdy nieujawnioną ilość zestawów zakupił Pentagon. W tym przypadku jednak, jeśli w dalszej perspektywie możemy na coś liczyć, to raczej na zakup przez Amerykanów licencji. US Army prawie zawsze dąży, żeby tego typu sprzęt był produkowany na miejscu.

We wrześniu tego roku Pioruny, 100 zestawów do odpalania oraz 300 rakiet, zakupiła Estonia. Teraz ogłoszono, że Mesko wygrało postępowanie w trybie otwartym w Norwegii i otrzymało kontrakt na dostawy kilkuset zestawów i rakiet o wartości 350 mln koron, czyli 150 mln złotych. Tryb otwarty oznacza, że Piorun musiał pokonać inne konstrukcje tego typu.

Inwestowanie w R&D

Historia PPZR Piorun pokazuje, jak inwestycje w działalność badawczo-rozwojową budują wartość, która z czasem procentuje. Niestety, w Polsce wciąż ta sfera jest traktowana po macoszemu. Bojąc się, nieuniknionych porażek, inwestujemy w R&D mikroskopijne środki, nie mamy spójnego nadzoru nad takimi pracami, że o czymś w stylu amerykańskiej agencji DARPA nie wspomnę.

Co gorsza, w przypadku projektów takich jak Krab czy Borsuk, zamiast myśleć jak wesprzeć ich rozwój, jak inwestować, by stawały się coraz mniej zależne od importowanych technologii, to rzucamy im wręcz kłody pod nogi. Tymczasem zamiast kupować mniej sprawdzone haubice czy prototypowe BWP z Korei, powinniśmy otwierać ich programy rozwojowe, drugą ręką szukając kogoś, kto sprzeda nam licencję na silniki i przekładnie.

Efekt skali

Jeśli nie zamawiamy w odpowiedniej ilości, zdolności produkcyjne same się nie stworzą. To też było widać w przypadku „Pioruna”, który wcześniej był kupowany przez MON w homeopatycznych ilościach. Produkcja szła wolno, ale gdy nasze wojsko w końcu odkręciło kurek i pojawiły się zlecenia zagraniczne, zdolności szybko rozbudowano.

W oświadczeniu norweskiego generała odpowiedzialnego za to postępowanie można przeczytać:

„Otrzymaliśmy bardzo dobre oferty od kilku dostawców, ale zdecydowaliśmy, że to Piorun oferuje najlepszą kombinację pod względem czasu, wydajności i kosztów. Może być dostarczony stosunkowo szybko, spełnia wymagania dotyczące funkcjonalności i efektywności oraz dobrze wypada w kategorii koszt /efekt”.

W ostatnich dniach także polskie MON pochwaliło Mesko, że dostawy przebiegają bez opóźnień. Sama firma pochwaliła się tym, że Norwegia to nie jest ich ostatnie słowo i w najbliższym czasie można spodziewać się kolejnych wiadomości o Piorunie. Efekt skali już pracuje na korzyść tego produktu. Miejmy nadzieję, że MON, AU i wojsko wyciągną z historii „Pioruna” odpowiednie wnioski, choć niestety na dziś tego nie widać.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu