Militaria

Papier udźwignie wszystko, czyli dlaczego Rosja ściąga na front co popadnie

Krzysztof Kurdyła
30

Wojna na Ukrainie pokazała, że armia rosyjska jest prostym rozciągnięciem bałaganu, złodziejstwa, prymitywizmu jakim to państwo od lat się charakteryzowało. A to co ściągają obecnie na front ukraiński może świadczyć o tym, że ten problem jest głębszy niż ktokolwiek przypuszczał.

Ładą na front

W dziewiątym i dziesiątym dniu wojny z terenów wewnątrz Rosji zaczęły pojawiać się ujęcia kolejnych transportów sprzętu zmierzających na Ukrainę. To, co zobaczyliśmy na platformach kolejowych zszokowało wszystkich, jednak nie w taki sposób, jakby to sobie wymarzyli Rosjanie z ich pozującym na taniego macho Putlerkiem.

Rosja na front zaczyna ściągać sprzęt z jednostek szkolnych, widziałem filmy z transportami czołgów bez pancerzy ERA powyciągane ze szkół pancernych. W drogę ruszył pamiętający czasy głębokiego ZSRR sprzęt spod Władywostoku. Absurdalnie wyglądają transporty zmobilizowanych zapewne z państwowych firm samochodów cywilnych, autobusów z faszystowskim „Z” na karoseriach.

To wszystko świadczy o tym, w jakim stanie są słynne rosyjskie zapasy sprzętu. Skoro nawet w miarę nowy sprzęt posiadany przez jednostki stacjonujące w zachodniej części Rosji okazał się być awaryjny, wyposażony w katastrofalne i zdegenerowane przez brak jakiego kolwiek użytkowania opony, to można sobie wyobrazić jaka „kultura” techniczna królowała na składach starszego sprzętu.

Iwan, sprawdź co działa

To co widzimy, to pospolite ruszenie, polegające na ściąganiu na front tego, co da się uruchomić. Stąd sprzęt szkoleniowy, ten musi być na chodzi, stąd cywilne samochody. Słynne reformy Gierasimowa-Szojgu, które miały uczynić rosyjską armię tak mocną, że gotową do konfrontacji z NATO okazała się być sposobem na wyciąganie pieniędzy z systemu, kosztem papierowej gotowości jednostek, rezerw itd.

Wcześniejsze pokazówki tej armii realizowane były niewielkimi siłami, przeciw słabemu, albo bardzo słabemu przeciwnikowi. Gdy Rosjanom przyszło zmierzyć się z większą i bardzo zdeterminowaną armią okazało się, że nic nie działa tak, jak rosyjski PR zakładał. Wojna obliczona na upadek przez zastraszenie zmieniła się w maszynkę do mielenia rosyjskiego sprzętu, którego nie ma czym wartościowym zastąpić.

Ciężki i zaawansowany sprzęt wymaga regularnej konserwacji, ciągłego utrzymania i nie wybacza oszczędności na tym polu. Przekonała się o tym choćby Bundeswehra, która na gwałt robi remanenty i mało co tam na dziś działa. Dość powiedzieć, że według informacji, do których dotarł „Bild” z 350 sztuk bojowego wozu piechoty Puma, produkowanego od 2009 r. sprawnych jest 137 szt. Jak to może wyglądać w słynącej z bałaganu i złodziejstwa Rosji?

Autobusem w błoto

Armia tego kraju choć wciąż dysponuje masą, na na dziś ugrzęzła w błotach Ukrainy. Sprzęt który jedzie ma potencjał, aby rosyjską logistykę jeszcze bardziej skomplikować, szczególnie przy wiosennej pogodzie. Jeśli sprzęt wojskowy miał fatalne opony, a teoretycznie bardziej wytrzymałe podzespoły pękają, to konwoje złożone z autobusów, dostawczaków i przestarzałych ciężarówek mają szansę podążyć tą samą drogą i jeszcze mocniej zakorkować ukraińskie drogi.

Co więcej, taka menażeria pojazdów to logistyczny koszmar dla warsztatów armijnych. Bardzo boleśnie przekonali się o tym Niemcy w II Wojnie Światowej, którzy do najazdu na ZSRR zmobilizowali pojazdy z całej podbitej Europy i nie byli w stanie ogarnąć tysięcy różnych części, przez co ich park maszynowy był cały czas w dużym stopniu niesprawny.

Dodajmy do tego, że Ukraina jest dobrze przygotowana do para-partyzanckiej walki na tyłach, a tego typu pojazdu będą bardzo łatwe do zniszczenia. W przypadku takich pojazdów nawet słabsze miny są w stanie całkowicie wyłączać je z jazdy, a wypakowany żołnierzami autobus jest idealnym celem do „zgruzowania”. Jeśli planem Putina jest powrót do furmanek w niektórych rejonach Rosji, to może mu się to udać.

Bieda nie tylko na kołach

Podobnie sytuacja wygląda w lotnictwie, które poniosło zresztą duże straty w ostatnich dniach. Drogie Su-34 latają nie z pociskami precyzyjnymi, ale konwencjonalnymi ciężkimi bombami, co zmusza je do wlatywania na ukraińskie niebo, a że obrona przeciwlotnicza wciąż działa i kilka cennych „skalpów” może zapisać już na swoim koncie.

To wszystko daje Ukrainie sporo szans, ale trzeba ją bardzo solidnie wspierać, Javeliny, NLAW i Pioruny nie wystarczą. Bajzel bajzlem, ale masa masą. Miejmy nadzieję, że NATO na poważnie podejdzie do przekazywania Ukrainie również ciężkiego ofensywnego sprzętu, bez względu na pogróżki kremlowskiego mordercy.

Jeśli pokażemy psychopacie, że jego straszaki działają, to nawet tracąc dziś większość nowoczesnego sprzętu za dekadę, dwie powróci. Rosjanie będą mogli jeśli tynk ze ścian, ale na czołgi środki się znajdą, a osłaniać je znów będzie atomowy blef. Przypuszczalnie wyciągnie też techniczne wnioski z kampanii ukraińskiej. W kolejce czekają Mołdawia, a potem państwa bałtyckie. Tam NATO i tak stanie przed dylematem jak odpowiedzieć na te pogróżki. Szkoda na to czasu.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu