72

Panowie tak zwani dziennikarze. Skończcie już pluć na blogerów, bo Wam śliny zabraknie

Powiem wprost – zmęczony jestem odgrzewanym co dzień przez media kotletem w postaci kapturowego sądu nad blogerami. W moim całkowicie subiektywnym odczuciu niedoświadczeni dziennikarze dali się nabrać na zwykły autopromocyjny chwyt blogerki, która była jedną z wielu, a zechciała zostać… jedyną mądrą, piękną i słuszną. Najpierw był Katyń, potem Smoleńsk, matka Madzi i cycki Natalii, […]

Powiem wprost – zmęczony jestem odgrzewanym co dzień przez media kotletem w postaci kapturowego sądu nad blogerami. W moim całkowicie subiektywnym odczuciu niedoświadczeni dziennikarze dali się nabrać na zwykły autopromocyjny chwyt blogerki, która była jedną z wielu, a zechciała zostać… jedyną mądrą, piękną i słuszną.

Najpierw był Katyń, potem Smoleńsk, matka Madzi i cycki Natalii, a teraz tatar z Sokołowa i zbrodniczy blogerzy. Tematów zastępczych w kraju nie brakuje. Gmin rzuca się na nie, jak kundel na kiełbasę, a pismakom w to mi graj, bo większe honoraria, a i szef pozwoli uwracać temat do zakichanej śmierci.

Ludzie, błagam, przestańcie. Większość tak zwanych dziennikarzy, którzy dziś męczą kota, bawiła się siusiakiem siedząc na nocniku, gdy ja i moi koledzy po fachu pisaliśmy o tematach ważnych dla społeczeństwa (tak, kiedyś na tym polegało dziennikarstwo). Za moich czasów był tylko jeden tabloid – „Skandale” – i służył nam najczęściej jako zamiennik papieru toaletowego.

Dziś stabloidyzowały się nie tylko telewizje, gazety i czasopisma, ale i dziennikarskie mózgi. Byle kto, byle jak i byle gdzie potrafi pismaków wkręcić zwykłym trollingiem.

Przykład? Podpucha z wójtem gminy, który stanął przeciw ACTA. Och, jakiż to był temat! Szkoda, że wymyślony… Szkoda też, że żaden z dziennikarzy nie zadał sobie nawet trudu, by potwierdzić, czy taka gmina w ogóle istnieje.

Inny przykład? Samozwańcza pani dziennikarz, której pióro do profesjonalnych nie należało, ale która uzurpowała sobie prawo do pracy w redakcjach. Kto odrzucił jej CV, stawał się automatycznie wrogiem. Koniec końców pani poszła na noże z całym krajem i wyleciała do Irlandii, na odchodne określając Artura Kurasińskiego „panem Kutasińskim”. Wdzięk, kultura, intelekt… Ach! Jest do czego wzdychać! Tak przynajmniej sądzili dziennikarze, którzy rzucili się na temat, śliniąc się niczym pies Pawłowa.

Aż mnie korci, by pójść na jakiś pełen dziennikarzy raut i publicznie puścić bąka. Moje teksty na łamach Antywebu będą miały czytelnictwo jak marzenie! Do bąka oczywiście dorobię jakąś ideologię – np. że to mój protest przeciwko GMO. A gdybym jeszcze może jakieś dziecko upuścił i powiedział potem, że to wina Marczaka, bo mnie tekstem zdenerwował…

Nie dajmy się zwariować. Nie od dziś wiadomo, że branża dziennikarska walczy z blogosferą o rynek reklamowy. Stąd konflikt między tradycyjnymi a tak zwanymi nowymi mediami. I nie ma co do tego dorabiać żadnej monumentalnej historii. Chodzi o szmalec, koniec, kropka. Bo kiedyś dziennikarz to było panisko, a dziś zarabia mniej niż kierowca śmieciarki. Do tego czuje się gwałcony przez bezczelnych blogerów, którzy mają czelność pisać w sieci. I, tfu!, zarabiać!

Hello! Każdy może pisać w sieci! I każdy też ma prawo się komercjalizować! W czym problem? Czy jeśli idziecie do sklepu, żądacie, by piekarz dawał Wam chleb za darmo w imię idei? Bo przecież Jezus dawał za free i do tego ten chleb rozmnażał?

Mamy wolność, mamy Internet. Nikt nikomu nie każe czytać blogów na siłę. Mało tego, lektura jest darmowa, choć to akurat żaden argument, bo w Polsce panuje zasada „nie płacę, WIĘC wymagam”. Każdy może założyć bloga. Każdy może pisać. Każdy ma prawo swoje pióro sprzedać reklamodawcy. W czym więc problem?

Moim zdaniem tylko i wyłącznie w tym, że zazdrość to podstawa polskiej mentalności. Jestem słaby, to napluję na tych dobrych – to przecież takie nasze, rodzime, narodowe. Podpalając cudzy dom, nic nie zyskasz, ale za to jaka satysfakcja!

Dlatego jeszcze raz – nie dajmy się zwariować i nabierać na autopromocyjne sztuczki, które młodzi i niedouczeni dziennikarze łykają jak pelikan cegłę. Blog to nie prasa. Blog to wolność i dowolność. Blog niejedno ma imię i ma prawo być tworem komercyjnym absolutnie. Wystarczy powiedzieć, że wiele wielkich przedsiębiorstw zatrudnia PR-owców do tworzenia firmowych blogów pełniących funkcję stricte marketingową. Jest w tym coś złego? Absolutnie nic, poza tym, że niektórym żal zwieracz ściska, że to nie oni koszą szmal. Proste jak drut. Amen.