20

Żeby chorować w Polsce trzeba mieć zdrowie i pieniądze. I smartfona

Ochrona zdrowia w Polsce zyskała mnóstwo ciekawych narzędzi w ostatnim czasie: wreszcie możemy powiedzieć o tym, że wiele rzeczy w tej materii dzieje się "elektronicznie". Jako że mam obecnie sporo do czynienia z ochroną zdrowia, mogę Wam opowiedzieć o tym, jak to jest, gdy się choruje w Polsce. Przy okazji będzie mała dygresja: jak to wygląda na Islandii?

Rok 2020 zacząłem ze smutnym przytupem, którego echa były kontynuowane właściwie do jego końca. Raz o mało mnie nie wylogowało z tego świata i spędziłem tydzień na neurologii. W lato spędziłem 10 dni w jednym z najsmutniejszych oddziałów szpitalnych, jakie można odwiedzić. Patrząc na swoje Internetowe Konto Pacjenta, widzę, że NFZ sporo dołożył do mnie w roku 2020. Recepty, refundacje, świadczenia, badania, konsultacje – mnóstwo tego jest. Mogę się cieszyć, że wreszcie po długim okresie bycia jedynie płatnikiem składek, stałem się również beneficjentem ochrony zdrowia w Polsce. Szczerze, to wolałbym tego generalnie uniknąć. Ale – trafiłem na bardzo dobry moim zdaniem okres.

Jeszcze kilka lat temu nie do pomyślenia było, że będziemy w stanie otrzymać zupełnie elektroniczną receptę na maila (nie skan, a rzeczywistą receptę) i będziemy mogli udać się z nią do apteki. To naprawdę piękne – dzwonię do swojego lekarza, mówię, że kończą mi się takie i takie leki. Wszystko w ramach teleporady – mój lekarz rodzinny w Rzeszowie (jeżeli ktoś chce – mogę polecić w PM) jest naprawdę złotym człowiekiem. Potrzebuję skierowania tam i tam? Dostanę je. Potrzebuję pilnie konsultacji internistycznej? Nie ma problemu. Zapomniałem leków w podróży i potrzebuję recepty? Jest taka możliwość. Cudowny człowiek, bardzo mi pomógł w zwariowanym 2020 roku. A widzieliśmy się chyba ze trzy razy – więcej nie było potrzeby. Cała reszta w formie teleporad.

internetowe konto pacjenta - skierowania

Elektroniczna recepta – kod i PESEL lub mail… albo Internetowe Konto Pacjenta

Lekarze ordynując mi leki zazwyczaj chcą podawać mi kod recepty, którą mogę zrealizować wszędzie. Z reguły mówię, że kod mi jest niepotrzebny (albo go nie zapisuję, mimo że jest on mi dyktowany) – receptę otrzymam przecież na skrzynkę mailową. I z reguły tak się dzieje. Jedynie dwa razy mi się zdarzyło, że jej nie otrzymałem. Wystarczyło zalogować się na Internetowe Konto Pacjenta i pobrać sobie ją ręcznie. Jestem niesamowicie zadowolony z tego, że istnieje coś takiego jak Profil Zaufany w banku (u mnie – PKO BP) – loguję się danymi dotyczącymi klienta w instytucji finansowej i voila. Mam dostęp do wszystkiego, czego mi trzeba: recepty, skierowania, wykonane świadczenia i tak dalej.

Czytaj więcej: Weź pigułkę – najesz się szybciej. I nie, to nie jest Sudafed

W systemie NFZ mogą pojawiać się również wizyty, które zaplanowaliśmy w przychodniach specjalistycznych. Akurat dzwoniłem dzisiaj do poradni leczenia chorób płuc i dowiedziałem się, że wizyta w trybie pilnym najwcześniej może odbyć się w maju (iks de!). Natomiast w trybie stabilnym – sierpień. O ile elektroniczna rewolucja w systemie ochrony zdrowia bardzo mi się podoba, tak już ostatecznie zderzyłem się z typowym murem, który stoi sobie w NFZ. Terminy. Do sierpnia to ja mogę się w cholerę udusić, bo mi ściska oskrzela. Powiedziałem sobie, że odżałuję te 250 złotych, dostanę na miejscu spirometrię i będzie wiadomo od razu, co jest nie tak. Właściwie już wiadomo – trzeba to jedynie potwierdzić.

Wiecie, teleporady oraz elektroniczne recepty wielokrotnie ratowały mi skórę. Regularnie muszę przyjmować sporo leków: obniżające ciśnienie (chociaż sam doprowadziłem do spadku o 10 mm Hg ciśnienia skurczowego zbijając wagę), przeciwhistaminy, wziewy, GABA-pentoidy. Trochę tego jest – można powiedzieć, że odrobinkę się posypałem. Do tego mam częsty kontakt z internistą, psychiatrą, terapeutą. Dosłownie kawalkada lekarzy, ordynowanych leków oraz sposobów leczenia różnych schorzeń – zarówno tych fizycznych jak i mentalnych. Zdarza się, że jakiegoś leku zapomnę, skończy się, zdematerializuje się, a ja wolę się nie narażać na to, że którykolwiek nie znajdzie się w moim organizmie. Nie ma nic fajnego w tym, że najpierw myjesz ręce, kończy się świadomość i budzisz się na SOR.

Pobłogosław bozonie Higgsa elektroniczną ochronę zdrowia w Polsce

Jest dobra, naprawdę. Dzwonię do lekarza dyżurującego w nocnej / świątecznej opiece zdrowotnej, mówię o co chodzi i za chwilę dostaję receptę, jeżeli jej potrzebuję. Dzwonię do swojego lekarza – tutaj też szybciutka piłka. Skierowanie? Elektronicznie, nie muszę udawać się do przychodni. O taką ochronę zdrowia w Polsce nie robiłem nic poza posiadaniem oczekiwań.

Ochrona zdrowia w Polsce zyskała w 2020 roku, ale dalej boryka się z tymi samymi problemami. Jest zwyczajnie droga – wszyscy przecież płacimy wysokie podatki. Termin realizacji świadczenia w przychodni na sierpień od tego momentu to śmiech na sali. Nawet rozmawiając z miłą panią z rejestracji roześmiałem się po informacji, że będę mógł zobaczyć się z lekarzem dopiero pod koniec lata. Serio, wolę zapłacić te dwie i pół stówki i załatwić sprawę na początku lutego, bezproblemowo. Tu nie zmieniło się nic – czas leczy rany w polskim systemie ochrony zdrowia.

Odrobinę mierzi mnie powszechna praktyka w aptekach, gdzie człowieka prosi się o podanie kodu i PESEL-u, zasadniczo na głos. Nie jestem specjalnie przewrażliwiony na punkcie prywatności, nie rozkręcam w domu gniazdek i nie szukam podsłuchów, nie wierzę w Reptilian, ale mimo wszystko nie jestem przekonany do szastania PESEL-em na prawo i lewo. Jeżeli pani w okienku nie chce zeskanować recepty z telefonu, PESEL podaję albo na kartce, albo po prostu wyciągam dowód osobisty. Nie chcę dyktować swojego PESEL-u na głos w aptece, gdzie jest mnóstwo ludzi.

O ile ochrona zdrowia na poziomie placówek POZ, czy przychodni jest w miarę okej (poza terminami…), tak już o szpitalach mam bardzo mieszane zdanie. Pierwszy, w którym przebywałem – skromnie, ale godnie. Sporo umierania, bo neurologia nie jest łatwym oddziałem pod tym względem. W okresie pandemii normą była również deprywacja społeczna – większość pacjentów generalnie unieruchomiona, odwiedziny były zabronione. Drugi natomiast… cóż. Jedyną rozrywką było palenie papierosów i szlifowanie korytarza kapciami. Ewentualnie wydawanie leków, które kładły człowieka spać. Nic fajnego. Mówi się, że szpitale to nie sanatoria, ale…

Jak jest w szpitalu na Islandii?

Tak się złożyło, że moja Mama trafiła do islandzkiego szpitala – problemy z barkami i konieczność wykonania dodatkowych badań. Do położenia się na oddział przygotowała się „jak na wojnę”, sporo własnego jedzenia, ubrania, szczoteczka do zębów, kosmetyki, picie. Zupełna norma – w polskim szpitalu tak trzeba się przygotować do przyjęcia do szpitala, nie ma zmiłuj. Okazało się jednak, że przyzwyczajenia z Polski nie mają zastosowania na Islandii.

Wyszło na to, że wszystko to, co spakowała, musiała zabrać ze sobą (albo zjeść / wypić / zutylizować). Bielizna oraz okrycie wierzchnie: codziennie nowe, czyste, pachnące. Swoje ubrania mile widziane mimo wszystko, bo pacjenci wychodzili swobodnie na spacery. Palarnia – istnieje takie miejsce, żeby pacjenci nie palili jak zwierzęta po toaletach. Jedzenie – świetne, pakowane, obfite, zdrowe. Nie ma tak, że na śniadanie dostaniesz pół parówki i drugie pół na kolację. Wystrój wnętrz w szpitalu – jak w sanatorium. Wszędzie telewizory, fotele bujane, wygodne sofy, pokoje socjalne dla pacjentów, możliwość zagrania w tenisa stołowego, komputery, Wi-Fi. No i lodówka – pełna przekąsek, jogurtów, soków dla pacjentów – bez ograniczeń. Dla Islandczyków było to normalne – Mama natomiast była w szoku. Szpital był istnym sanatorium. Ale – na Islandii płaci się bardzo wysokie podatki. 47 procent potrącane od wszystkiego, co zarobisz to sporo. Ale… w sumie, jak jest w Polsce?

Na Islandii nie dostajesz żadnych dokumentów i nikt od Ciebie ich nie wymaga, o ile o to nie poprosisz. Wszystko, co muszą wiedzieć o Tobie lekarze, co musi wiedzieć o Tobie w Polsce jest zapisane w Twoim Kennitala (coś na wzór polskiego PESEL-u). I to wystarczy, okazujesz się dokumentem z Kennitala – to wszystko. Za każdą wizytę lekarską płacisz, podobnie za badania (chyba, że kwoty przekroczą pewien pułap – wtedy za wszystko płaci państwo). Kolejki nie istnieją. Jeżeli jesteś obcokrajowcem i wyrazisz taką chęć – dostajesz tłumacza z urzędu, który jest z Tobą w czasie wizyty / konkretnej czynności lekarskiej (np. procedura wypisu).

Szpital

W Polsce zachodzą zmiany, ale powoli

Obecność systemu elektronicznego w kontekście ochrony zdrowia to ogromna pomoc. Gdyby nie fakt, iż mam mnóstwo do czynienia z tym systemem, pewnie bym tego kompletnie nie docenił. A jak wskazałem, wiele razy elektroniczne recepty, teleporady, możliwość umówienia się przez internet do lekarza POZ, skierowania uratowały mi skórę. Naprawdę, chylę czoła przed twórcami tego systemu. Bez niego musiałbym latać po lekarzach, gromadzić dokumenty i generalnie tracić mnóstwo czasu.

Są rzeczy, które wymagają dopracowania. I są to już kwestie, które nie są bezpośrednio związane z systemem informatycznym. Bo kolejki to rzecz normalna – szczególnie do specjalistów i niestety, ale pulmonolodzy są bardzo oblegani (i drodzy, jeżeli idziesz do nich prywatnie). Nieco lepiej jest z chirurgami ogólnymi, całkiem nieźle jest z psychiatrami. Niemniej – jest dużo lepiej niż było. I mam nadzieję, że to nie koniec usprawnień na tym polu.