19

O grze, która wciągnęła mnie piętnaście lat temu

Kilka miesięcy temu pisałem o swoim powrocie do grania. Powrocie wycieńczającym, ale na swój sposób przyjemnym. Wspomniałem wówczas, że po kilku dniach intensywnej rozgrywki prawdopodobnie nie dam rady jej skończyć, bo po prostu wyparowały chęci. I tak też się stało. Do tematu gier musiałem jednak wrócić, a wszystko za sprawą urodzin tytułu pochłaniającego mnie przed […]

Kilka miesięcy temu pisałem o swoim powrocie do grania. Powrocie wycieńczającym, ale na swój sposób przyjemnym. Wspomniałem wówczas, że po kilku dniach intensywnej rozgrywki prawdopodobnie nie dam rady jej skończyć, bo po prostu wyparowały chęci. I tak też się stało. Do tematu gier musiałem jednak wrócić, a wszystko za sprawą urodzin tytułu pochłaniającego mnie przed długie lata. To nie jest po prostu gra komputerowa – to produkt wywołujący okrzyki na cześć nowych technologii.

Wczoraj rano otrzymałem wiadomość z linkiem do pewnego quizu. Po kliknięciu oczy zaświeciły mi się niczym dwie lampki, a na twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Oto bowiem Polygamia.pl opublikowała test z wiedzy o grze Heroes of Might and Magic 3. Szybko zabrałem się za rozwiązywanie, niektóre pytania nie sprawiały trudności, niektóre wymagały grzebania w pamięci – nie grałem w ten tytuł dobrych kilka lat (uprzedzając komentarze, napiszę, że na 15 pytań, udzieliłem 11 poprawnych odpowiedzi – mogło być lepiej, ale nie było najgorzej). W trakcie rozwiązywania testu wezbrała fala wspomnień, bo żadnej grze nie poświęciłem tyle czasu przy komputerze. Na czasie sprawa się jednak nie kończy.

Gdy w listopadzie pisałem o swoim powrocie (krótkim, ale jednak) do grania, przywołałem tytuł Rzym z serii Europy Universalis. Jestem naprawdę wdzięczny Paradox Interactive za ten tytuł i za całą serię, bo Europa jest fascynującą rozrywką, można się w niej zatracić i nawet po kilku latach stwierdzić, że ta gra się nie nudzi. Przynajmniej ja podpisałbym się pod takim stwierdzeniem. EU (a właściwie jej twórcom) mogę bić brawo na stojąco, ale gdybym miał wybrać jedną grę, która…

No właśnie, która co? Przecież nie napiszę, że zmieniła moje życie, bo to trochę naciągane i infantylne. Z drugiej strony, myślę o tym tytule do dzisiaj i towarzyszą temu emocje… Bez przeciągania: to najlepsza gra, w jaką miałem okazję grać. Jest nią przywołany już Heroes of Might and Magic 3, który niedawno obchodził piętnaste urodziny (człowiek uświadamia sobie, jak szybko mija czas). Gdybym miał uratować jeden tytuł z pożogi albo polecić obcym, to bez dwóch zdań padłoby na HoMM.

Heroes (jeszcze w drugiej odsłonie) był pierwszą grą, w jaką zagrałem na PC. Druga połowa lat 90. minionego stulecia. Wówczas jeszcze nie na własnym komputerze, ale szybko miało się to zmienić. Dwójka była przyjemną zabawą i potrafiła wciągnąć na ładnych kilka godzin, lecz potem 3DO wydało Trójkę, dla której można było stracić głowę. Przynajmniej ja straciłem jako nastolatek. Wyjątku jednak nie stanowiłem – grali koledzy, grały koleżanki (niektórzy do dzisiaj urządzają sobie wieczory w świecie HoMM – podejrzewam, że za kilka lat będą grali ze swoimi dziećmi).

Kolega z liceum pochwalił się kiedyś, że w podstawówce założył specjalny „zeszyt hirołsa”. Zapisywał w nim wszystko, co miało związek z grą, swoje osiągnięcia, informacje na temat artefaktów, wyniki starć poszczególnych jednostek… Dziwne? Nie, ja go świetnie rozumiałem ;) Chociaż kompan z klasy, który nigdy nie zagłębił się w świat Heroesa, drwił z nas niemiłosiernie, gdy w klasie maturalnej rozprawialiśmy o wyższości jednej magii nad drugą albo o wadach i zaletach jednostek z siódmego poziomu, to ciągnęliśmy te rozmowy. I to z szerokimi uśmiechami.

Wspomniany tytuł miał wszystko, czego można się spodziewać po dobrej grze. Wspaniały świat, intrygującą fabułę, niezłą grafikę (napisałbym, że jak na tamte czasy, ale broni się nawet po latach), dobrą ścieżkę dźwiękową. Zabawne jest to, iż o ścieżce z Heroesa myślałem kilka dni przed otrzymaniem linka z testem. Słuchałem audycji radiowej, którą poświęcono Ni no Kuni: Shikkoku no Madoushi Original Soundtrack (przy okazji dowiedziałem się o istnieniu serwisu GameMusic.pl) i zacząłem się zastanawiać nad tematem ścieżek dźwiękowych w grach. Natychmiast w głowie zadźwięczały niektóre motywy z Heroesa – udanych kawałków było tam całkiem sporo i do gry warto wrócić chociażby ze względu na nie.

Muzyka ciekawa, na animacjach i całym aspekcie wizualnym można się skupiać przez długie godziny, lecz najbardziej fascynuje sam świat wygenerowany przez twórców gry. Różnorodne miasta, setki bohaterów i jednostek, bogactwo lokacji. Z jednej strony, nowoczesne technologie, rozrywka przełomu XX/XXI wieku, z drugiej jednak, baśniowy świat pobudzający wyobraźnię i wykorzystujący wątki z kultury europejskiej (ale nie tylko). Elfy, gryfy, nekromanci, smoki, tytani, hydry… Ta gra czerpała z tak wielu kręgów kulturowych, że nawet dzisiaj robi to na mnie spore wrażenie. To inspirowało i słaniało do poszerzania swojej wiedzy w naprawdę wielu tematach.

Od dziecka byłem miłośnikiem mitologii (nie tylko greckiej/rzymskiej – ubolewam nad tym, że inne są pomijane w trakcie edukacji), podań, legend. Czytam na ten temat do dzisiaj, na hasło „Graal” zamieniam się w słuch i rzucam wszystko, by się na nim skupić. Nie wiem, czy to gra rozbudziła tak fascynację światem mitów i baśni czy może Heroes po prostu wpisał się w coś, co i tak pociągało młodego chłopaka. To nie ma jednak większego znaczenia, bo po latach uważam, że liczy się efekt, a tym jest zdobycie informacji na naprawdę fascynującej niwie. Żadna godzina spędzona z grą nie była straconą i mogę to napisać z pełną odpowiedzialnością. Zresztą, te słowa kieruję do osób, które uważają, że gry nie są warte funta kłaków i lepiej zająć się „czymś pożytecznym”. Heroes zdecydowanie był (i jest) pożyteczny. A do tego jaki przyjemny.

Najczęściej w HoMM grałem sam (tzn. z komputerem). Od podstawówki po czasy studenckie. To były zarówno długie kampanie, przy których spędzało się np. tydzień wakacji, jak i szybkie partyjki w przerwie między wykładami. W tym drugim przypadku najczęściej padało na mapę „Wojna planowana”. Maksymalny poziom trudności i założenie, by zmieścić się w kilkunastu turach. Dobrym wynikiem było zejście poniżej 10 dni. Bicie kolejnych rekordów wszystkimi zamkami było naprawdę sporym wyzwaniem i zmuszało do intensywnego używania szarych komórek. Chciałbym przeczytać wyniki badań, w których amerykańscy naukowcy stwierdziliby, że to przeciwdziała demencji…;)

Na walce z komputerem sprawa się jednak nie kończyła – do dzisiaj miło wspominam potyczki z bratem, w których z jednej strony chodziło rywalizację, ale z drugiej, pojawiały się porady eksperckie w stylu: „nie atakuj go (mowa o komputerze), bo dostaniesz bęcki”. W innych grach skupialiśmy się już tylko na współzawodnictwie, Heroes to była przygoda i poznawanie czegoś, czym człowiek chciał się od razu podzielić. Może brzmi to dziwacznie, ale kilkanaście lat temu właśnie tak sprawy się miały. I chętnie bym to powtórzył.

Przyznam szczerze, iż nie wiem, jakie gry dzisiaj powstają i czy jest wśród nich tytuł, który mógłby mnie tak zahipnotyzować. Nie zrobiły tego nawet kontynuacje Trójki. Niby ten sam świat, wszystko (no, prawie wszystko) wygląda jakoś znajomo i człowiek powinien się cieszyć, bo lepsza grafika i sporo efektów, ale to już nie to samo. Trudno stwierdzić, czy górę wziął sentyment z dzieciństwa czy po prostu następcy mieli pecha, bo pojawili się po grze wyśmienitej w każdym calu. Naprawdę szukam teraz jakiejś wady tego tytułu, ale nie znajduję. Może warto zainstalować grę, by sprawdzić, czy faktycznie było tak kolorowo? A może lepiej do tego nie wracać i uznać, że miało się do czynienia z wytworem ludzkiego geniuszu? Podejrzewam, że górę weźmie pierwsza opcja. Zwłaszcza, gdy doczekam się potomka i zacznę go wprowadzać w świat gier wideo. Przynajmniej będę miał pewność, że gra w coś wartościowego…

Źródło grafiki: osworld.pl