30

Po długiej przerwie wróciłem do grania. Efekt? Zniszczony, ale szczęśliwy

Niespełna tydzień temu pisałem o roli, jaką w moim życiu odgrywają m.in. płyty z grami/muzyką/filmami. Wspominałem wówczas, że na półce stoi kilka pudełek z grami i każde wiąże się z jakimiś wspomnieniami. Na tym właściwie kończy się ich zadanie – nie gram już od dobrych paru lat, więc owe płyty w opakowaniach raczej nie zmieniają […]

Niespełna tydzień temu pisałem o roli, jaką w moim życiu odgrywają m.in. płyty z grami/muzyką/filmami. Wspominałem wówczas, że na półce stoi kilka pudełek z grami i każde wiąże się z jakimiś wspomnieniami. Na tym właściwie kończy się ich zadanie – nie gram już od dobrych paru lat, więc owe płyty w opakowaniach raczej nie zmieniają swojego miejsca i zbierają kurz. Może brzmi dziwnie, ale mnie ten stan odpowiada. Po napisaniu przywołanego tekstu naszła mnie jednak ochota na instalację gry…

Na początek wspomnę, iż rozwód z grami mniej więcej na początku studiów wcale nie oznaczał, że całkowicie przestałem grać. Po prostu drastycznie skrócił się czas, jaki poświęcałem tej rozrywce. O ile w liceum byłem w stanie siedzieć przy komputerze całymi dniami i nocami, o tyle w kolejnych latach swojego życia instalowałem jakiś tytuł raz na kilka kwartałów i spędzałem przy nim raptem parę dni grając wieczorami przez 3-4 godziny. Zdarzały się też szalone maratony: w przypływie emocji instaluję grę, spędzam przy niej 10 godzin w sobotę, a w niedzielę nie wiem, jak się nazywam. Takie wybryki sprawiały jednak, że na pewien czas odechciewało mi się rozrywki tego typu. Pisząc krótko: stałem się graczem bardzo okazjonalnym. Wróćmy jednak do poprzedniego tygodnia.

Piszę w odpowiedzi na tekst Kamila, że miło wspominam niektóre gry, bo wiążą się z konkretnymi sytuacjami albo całymi okresami w moim życiu i ruszam do półki z płytami. Długo się nie zastanawiam, ściągam pudełko z napisem Rzym, czyli jedną z odsłon Europy Universalis stworzoną przez Paradox Interactive. Płyta trafia do napędu optycznego, zaczyna się instalacja, a ja rozentuzjazmowany ruszam do kuchni, by zrobić herbatę. Tekst na AntyWeb gotowy, pozostałe obowiązki odhaczone – mam czas wolny i dla odmiany wykorzystam go na podbój antycznego świata…

Ceterum censeo Carthaginem delendam esse – to nie przejdzie

Zaczyna się niewinnie – szybko wybieram kraj, którym zagram i zacieram już ręce na myśl o tworzeniu alternatywnej historii. Pada na Kartaginę – zwycięża chęć zrobienia na złość Katonowi i pokazania Rzymianom, gdzie raki zimują… Zaczynam. Najpierw długa chwila na pauzie, by przypomnieć sobie, co i gdzie jest. Na dobrą sprawę nauczyć się wielu czynności i mechanizmów – akurat ta gra pojawiła się w zbiorze już w trakcie studiów i jakoś nigdy nie poświęciłem jej zbyt wiele czasu. Przeglądam, sprawdzam, szperam… i już trafia się zagwozdka. Gra miała się rozgrywać w latach 281-24 p.n.e., a na liczniku mam 474 AVC. Macham ręką i klikam w kolejne okienka. Po chwili nie wytrzymuję. Dlaczego AVC? Zostawiam grę. Zaczynam szukać w Sieci. Odpowiedź pojawia się dość szybko – nie AVC, ale AUC, czyli Ab urbe condita (ewentualnie Anno Urbis Conditae). Wyrażenie oznacza „od założenia Miasta”, a zatem od powstania Rzymu. Ulżyło mi. Co więcej – kolejny raz potwierdza się teza, że gry mogą kształcić.

Zaczynam rozwój swojego państwa. Szybki przegląd prowincji, potem podatki, handel, barbarzyńcy, sąsiedzi, sojusze… Mija kilka lat. Czas powiększyć terytorium podbojem. Nie ma się co patyczkować – trzeba zaatakować Rzym. Przygotowania, strategia, wszystko dopięte na ostatni guzik. Ciach! Kartagiński blitzkrieg. Stawiam zbyt wygórowane warunki pokoju, trochę przyjdzie mi jeszcze podroczyć się z komputerem, ale ostatecznie mam to, czego chciałem. Chwila oddechu i kolejna kampania. Gdy walczę z Egiptem, atakuje Rzym. Wojna na dwa fronty – szanse małe, na co wskazuje m.in. licznik potencjału ludzkiego. Trzeba podpisywać pokoje – nawet, jeśli coś będę musiał oddać. Udaje się. Robimy porządek w państwie. Pauza.

Czas na rozprostowanie kości. Spoglądam na telefon. Szok – gram już sześć godzin. Zleciało dość szybko. Dziewczyna pyta, czy daję już sobie spokój na dzisiaj, bo późno się zrobiło. Wtedy w głowie rozbrzmiewają jednak słowa: Kim jesteś? Jesteś zwycięzcą, jesteś diamentem… Krótka piłka – idź spać kochanie, a ja tu jeszcze trochę posiedzę. Zdanie wypowiedziane przez przyszłego dyktatora Kartaginy! Powrót do gry. Kolejne lata mijają na liczniku, państwo rośnie, na twarzy maluje się zadowolenie. Ale czas powiedzieć pas – jutro praca. A właściwie: dzisiaj praca. Za kilka godzin. Komputer wyłączony, jeszcze kilkadziesiąt minut na nogach i ciach do łóżka. Sen? Nie. Boli głowa. Szumi okrutnie, mam wrażenie, że zaraz rozsadzi mi czaszkę. Przesadziłem. Ból głowy to jedno. Gorsze jest to, iż myślę o grze. Pojawia się alternatywny scenariusz – a gdybym kilka godzin temu wykonał inny ruch? Hmmm… to mogłoby być bardziej opłacalne. Przepadło? Gdzie tam – od czego są zapisane stany gry!

Weekend pod znakiem podboju

Zaczyna się piątek. Co prawda, kolejne dziesięć godzin przyjdzie spędzić na obowiązkach, ale potem… Potem Rzym! Przy śniadaniu pojawia się myśl: a może teraz zagrać? Przecież część zadań mogę przełożyć na kolejne dni. Póki co odsuwam ten plan na boczny tor, ale do porannej herbaty rozkładam mapę dołączaną do gry. W głowie rodzi się plan podboju świata. Kilka godzin później nie wytrzymuję i zaczynam wprowadzać go w życie – przecież Imperium Seleucydów samo się nie podbije. Po dwóch godzinach pojawia się kryzys. Poprzednia nocka jednak zrobiła swoje. Wieczór jeszcze dobrze się nie zaczął, a tu już zmęczenie materiału uniemożliwiające podejmowanie sensownych decyzji. Szybko nadciąga myśl, że dziesięć lat temu można było urządzać kilkudniowe maratony i sił nigdy nie brakowało. Wniosek prosty: zmęczenie chwilowe. Zaraz minie i będzie można realizować plan misternie obmyślany przez większość dnia.

Okazuje się, iż z organizmu faktycznie można wykrzesać jeszcze trochę sił – po paru godzinach bez komputera wraca energia i mija zmęczenie. Luba nie jest zachwycona i pyta, czy tak planuję spędzić wieczór i czy zmierzam grać przez cały weekend? Odpowiedź na pierwsze pytanie… pozytywna. Natychmiast jednak zapewniam, że na tym koniec – od soboty zostawiam komputer na 2-3 dni. Chciałbym napisać, iż faktycznie tak się stało. Chociaż z drugiej strony… Bez roztrząsania: po piątkowej nocce przyszedł czas sobotnich setów południowego i wieczornego. Co prawda były przerywane posiłkami i obowiązkami, ale ręce świerzbiły, by wrócić do myszki i klawiatury.

Jak przebiegał weekend? Nie będę ukrywał – gra wciągnęła na dobrych kilka godzin i to każdego dnia. Nie był to na szczęście trzydniowy pojedynek, ale ostatecznie w ciągu 4-5 dni poświęciłem tej rozrywce dużo czasu. Efekt? Z jednej strony zadowolenie, że udało się zbudować imperium. Na pytania Dziewczyny (podlane ironią), czy podbiłem już cały świat, mogę z dumą i uśmiechem dziecka odpowiadać: prawie. Na głowie czuję wieniec laurowy, ale na kanapie siadam fizycznie wyniszczony i psychicznie zmęczony. Tu pojawia się druga strona medalu: jeszcze nie skończyłem gry, ale chyba nie znajdę już na to sił. Weekend dobiega końca, a ja myślę o kolejnym, by odpocząć po podboju. Są też wyrzuty sumienia – przecież mogłem spędzić weekend na spacerowaniu po parku i oglądaniu wiewiórek, a nie przy maszynie, której i tak poświęcam większą część swojego życia… Zakończyło się na przygnębieniu?

Epilog

Zdecydowanie nie – rozważania ostatecznie stłamsiła jedna myśl: potężna i niepokonana Kartagina. Jest powód do dumy – co prawda, jedynie wewnętrznej, ale to zawsze coś. Oprócz zadowolenia mam jeszcze jeden efekt kilkudniowego maratonu – totalnie odechciało mi się grać. Trochę przypomina to poranek po imprezie, na której przesadziło się z alkoholem: pierwsza myśl brzmi „nigdy więcej”. I przez długi czas zdrowy rozsądek ogranicza wybryki, ale w końcu nadchodzi dzień, w którym rozum przegrywa z pierwotnym instynktem. Jestem przekonany, że z grami będzie podobnie – za 2-3 kwartały znów będę się katował przy komputerze. Ciekawe, jak długo wytrzymam…?;)

Źródło grafiki: paradoxplaza.com