Felietony

Nuty na taśmie, czyli martwa i zapomniana kaseta magnetofonowa

PW
Paweł Winiarski

Pierwszy komputer, Atari 65 XE, dostał pod choinkę...

21

Próbuję sobie przypomnieć jaką kasetę muzyczną pierwszy raz kupiłem sam. Tak zupełnie świadomie. Jakkolwiek mocno się wysilam, do głowy przychodzą mi tylko dwa wydawnictwa i jeden rok. Wyobraźcie sobie ośmiolatka, który w 1990 roku na mazurskim bazarze w miejscowości Pisz prosi o „Master of Puppets”...

Próbuję sobie przypomnieć jaką kasetę muzyczną pierwszy raz kupiłem sam. Tak zupełnie świadomie. Jakkolwiek mocno się wysilam, do głowy przychodzą mi tylko dwa wydawnictwa i jeden rok. Wyobraźcie sobie ośmiolatka, który w 1990 roku na mazurskim bazarze w miejscowości Pisz prosi o „Master of Puppets” i „Ride the Lightning” Metallicy. Zasugerował mu ją starszy cioteczny brat, który dla ośmiolatka był wzorem. Pamiętacie jak wyglądały dostępne w Polsce albumy tamtych lat?

Gdybym miał wybrać najważniejszy nośnik mojego życia nie byłyby to kasety VHS, o których opowiadałem niedawno na AntyWebie. Uwielbiam filmy, ale jest jedna pasja, która opętała mnie mocniej – muzyka. A skoro od wczesnych lat towarzyszą mi dźwięki, chcąc nie chcąc, musiałem otaczać się kasetami magnetofonowymi. Tak, tym archaicznym nośnikiem, który tak naprawdę nigdy nie potrafił generować superczystych dźwięków, rozmagnesowywał się, a wielokrotność zapisu była dla fana nut raczej umowna. MC (Musicassette) leżą gdzieś w szafie, a w moim domu nie ma już urządzenia, które byłoby w stanie je odtworzyć. Cały czas obiecuję sobie, że któregoś dnia zainwestuję w sprzęt wysokiej klasy i powrócę do zabawy z tym kultowym dla mnie nośnikiem. A tymczasem wspominam czasy spędzone z nawiniętymi na plastikowe rolki taśmami zamkniętymi w kolorowe prostokąciki.

Graj, jakby nie było jutra

Zanim jednak opowiem o muzyce, czuję się wręcz w obowiązku wspomnieć o kasetach magnetofonowych jako nośniku dla gier. Miałem to szczęście posiadać komputer Atari 65 XE i przez kilka pierwszych lat posługiwać się klasycznym dla tego urządzenia magnetofonem. A sposobów pozyskiwania gier na tym nośniku było przynajmniej kilka. Po pierwsze znajdujące się w większych polskich miastach sklepy i giełdy komputerowe, gdzie można było nabyć składanki – co ciekawe firmowane nazwami sklepów – jak choćby Studio Komputerowe DT "Centrum Wars" antresola na ul. Marszałkowskiej w Warszawie. Kiedy tylko pojawiły się w domach dwukasetowe magnetofony „jamniki”, wystarczyło wrzucić szybkie obroty i po prostu skopiować pożyczoną kasetę. Klasyczny magnetofon od Atari łykał takie kopie bez przysłowiowej popity. Co więcej, można było nagrać grę z radia – brzmi dziwnie, prawda? W audycjach komputerowych po prostu puszczano piski, wystarczyło jedynie zarejestrować je od samego początku, do samego końca by cieszyć się własną kopią nadawanej na antenie produkcji. Doskonale pamiętam, że wtedy rządziły białe, nieprzezroczyste kasety z różowymi naklejkami. Słodkie i niewinne. Jak i cała branża gier w tamtych czasach.

Hologram symbolem oryginału

Kiedyś kasety z muzyką dzieliły się w Polsce na dwie kategorie – taśmy oryginalne i przegrywane. Te pierwsze wyglądały różnie, ale w większości przypadków o oryginalności świadczyła wkładka składająca się z okładki i tyłu, na którym wypisane były tytuły utworów oraz data wydania albumu. Sam nośnik natomiast przybierał różne kolory, ale zawsze miał namalowaną przynajmniej nazwę zespołu i tytuł płyty. Wiem, że starsi amatorzy muzyki bawili się w import lub zamawianie wydawnictw z zagranicznych katalogów wysyłkowych. Statystycznemu nastolatkowi wychowującemu się w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku pozostawały jednak jedynie szemranie wyglądające sklepy muzyczne i bazary. Eldorado skończyło się w 1994 roku, kiedy zaczęła obowiązywać ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Do dziś pamiętam swoją pierwszą kasetę z hologramem – album „Ho!” rodzimego zespołu Hey. Pamiętam również, że zamiast 10-12 tysięcy złotych, jakie płaciłem na bazarze za kasetę, musiałem wydać tysięcy 50. Ale wiedziałem przynajmniej za co płacę – wkładka miała grafiki i teksty, a w rękach dwunastolatka całe wydawnictwo wyglądało na profesjonalny album, a nie booklet produkowany w piwnicy w Klewkach. Co ciekawe, właśnie wtedy w sklepach muzycznych w małych miastach magicznie zaczęło pojawiać się coraz więcej ciekawych wydawnictw, więc i moje kieszonkowe topniało w zastraszającym tempie.

Niedługo potem poznałem dobrodziejstwa katalogów wysyłkowych z polskimi Mystic Productions i Pagan Records na czele. Ale nie ma się co oszukiwać, nikt przecież nie zamawiał wszystkich interesujących go albumów – no chyba, że rodzice rozbili bank. Przegrywanie niezabezpieczonych w żaden sposób kaset odbywało się w praktycznie każdym domu. Wystarczyło przecież mieć dwukasetowy magnetofon, zakupić w kiosku czysty nośnik i w najgorszym wypadku odczekać czas trwania albumu. A magiczny przycisk/przełącznik przyspieszający obroty skracał czas oczekiwania.

Można i w podróży

Ręka do góry, kto nigdy nie miał walkmana. Sam zajeździłem około 5 takich sprzętów, zaczynając od brzydkich klasyków, a kończąc na ładnym odtwarzaczy Sony z „miekkim zawieszeniem” i radiem. W zależności od modelu był to albo niezbyt zgrabny kloc, albo smukły, mały sprzęt niewiele większy od samej kasety. A w podróży czy na wakacyjnym wyjeździe taśmy zajmowały mniej więcej połowę plecaka – co sprytniejsi nie brali opakowań, upychając kasety luzem między ubraniami. Łezka w oku zakręci się każdemu, kto choć raz oszczędzał baterię walkmana przewijając kasetę na ołówku. Do dziś pamiętam specjalistów w tej dziedzinie, którzy rozpędzali taśmy do niesamowitych prędkości. Inni potrafili natomiast w kilka minut naprawić połamaną kasetę, przekładając jej środek do innego opakowania. Mi natomiast niejednokrotnie udało się skręcić samą taśmę, a następnie trzymać w myślach kciuki za jej odpowiednie naprostowanie, włączając kasetę pierwszy raz z nadzieją, że wszystko zostało zamontowane odpowiednio i nic w środku nie zmieni swojego położenia samoczynnie. A wkręcone w głowicę taśmy? Trudno było nie kląć pod nosem wyciągając je z wieży czy magnetofonu. A zdarzało się to co jakiś czas każdemu. Wtedy irytowało, dziś powoduje, że z oka wypływa łezka nostalgii.

Kombinatorzy

W środowisku miłośników muzyki metalowej krążył pewien człowiek. Podobno Wrocławianin. Prowadził on dość specyficzny biznes i jak słyszałem, na brak klientów nie narzekał. Były to okolice 2000 roku, powoli pod polskie strzechy wkradał się format mp3. Większość osób korzystała jednak z komutowanego dostępu do Internetu, przez co samodzielne pozyskiwanie plików muzycznych z sieci było raczej niemożliwe. Otóż ten tajemniczy Wrocławianin wpadł na prosty i zapewne dość dochodowy pomysł. W jakiś tajemny sposób pozyskiwał absolutnie każdą metalową nowość, katalogował ją – dlatego zawsze ktoś znajomy miał w domu długą, wydrukowaną listę dostępnych u niego albumów. Za kilkadziesiąt złotych można było kupić od rzeczonego Wrocławianina płytę CD, wypełnioną po brzegi plikami mp3. Wystarczyło chwycić listę, wybrać interesujące albumy, by po jakimś czasie odebrać paczkę z wskazaną zawartością. No ale skoro nie wszyscy posiadali jeszcze w domach komputery, a o przenośnych odtwarzaczach mp3 nikt nie słyszał, to metalowcy musieli sobie jakoś z taką płytą radzić. Podłączali więc komputery do magnetofonów/wież stereo, a następnie zgrywali mp3 na kasety, puszczając je w koleżeński obieg. Zero okładek, tylko karteczki z wypisanymi tytułami utworów. Tym oto sposobem po ludziach krążyły przegrywane taśmy, które nigdy nie stały nawet obok oryginalnych wydawnictw, ale w zbiorach osób, które wydawały równolegle duże pieniądze na kompletowanie oryginalnych taśm, stanowiły miłe uzupełnienie kolekcji. Przynajmniej do momentu kolejnego kieszonkowego, które od razu lądowało w kieszeni wydawcy/dystrybutora.

Skoro o nagrywaniu kaset mowa, nie sposób nie wspomnieć o metalowych audycjach radiowych, które niejednokrotnie były dla miłośników ciężkich brzmień świetnym źródłem muzyki. Często usłyszeć tam można było nowości, które sprawne palce potrafiły błyskawicznie nagrać na kasetę. Ale to nie wszystko – czasami w nocy (o ile się nie mylę w radiu Olsztyn) trafiałem na audycję, w której puszczano praktycznie kompletne dyskografie konkretnych zespołów. Tak na przykład zdobyłem kilka albumów szwedzkiego Bathory i wiem, że moi znajomi również zarywali noce, by takie albumu nagrać. Generalnie dla wszystkich radio i możliwość nagrywania na kasety puszczanych tam utworów była wygodna, niezależnie od rodzaju słuchanej muzyki. Niektórzy potrafili tworzyć fajne, przydatne składanki – sam do dziś mam gdzieś kasetę z wszystko mówiącym podpisem „Pościelówy”.

Zmierzch nośnika

O formacie CD wspominam dopiero teraz nie bez powodu. Ten funkcjonował przecież równolegle z kasetami, nie cieszył się jednak równie dużą popularnością z dwóch powodów. Po pierwsze ceny wydawnictw z kompaktem były kilkukrotnie większe – i nawet jeśli posiadana miniwieża miała w standardzie napęd CD, to jednak rządziło MC. Po drugie tak popularne w Polsce przegrywanie. W tamtych czasach mało kto posiadał nagrywarkę (zwaną przecież przez wielu przegrywarką), a ci którzy taki wynalazek mieli, kazali sobie za usługę przegrania płacić, co w połączeniu z niemałą jak na tamte czasy ceną czystego nośnika, zwyczajnie się nie kalkulowało. Za śmierć kaset obwiniałbym popularyzowanie się formatu mp3 i nie ma co zaklinać rzeczywistości – szemrane mp3. Sam bardzo długo korzystałem (ba, nadal korzystam) z wysyłkowych katalogów dystrybutorów muzyki, powoli przechodząc z kaset na CD, ale doskonale widziałem dyski fanów muzyki metalowej. Nie bez powodu mówiło się o „nic nie wartej kolekcji mpch**ek”. Coraz lepszy dostęp do sieci, coraz łatwiejsze pozyskiwanie muzyki – serwisy Napster, Kazaa, potem eMule i Torrent. Kasety pokryły się kurzem, pojawiły się przenośne odtwarzacze mp3, które wystarczyło wsunąć do portu USB i przegrać utwory na drogę. Warto wspomnieć, że w tamtych czasach miłośnicy cyfrowej muzyki nie mieli łatwo – dziś sieć pełna jest sklepów z cyfrowymi wersjami utworów. Wtedy nawet jeśli było takich kilka, nie można było z nich w Polsce korzystać. Czy to przez niedostępność, czy problemy z opłatami.

Miłość mimo szumów

Trudno mówić o miłości do konkretnego nośnika, kiedy albo nie ma alternatywy, albo ta jest zbyt droga by całkowicie się na nią przenieść. I choć wiem, że w dużej mierze kieruje mną sentyment, to tęsknię za kasetami. Jasne, taśma z wiekiem traciła na jakości, muzyka na niej nagrana jakby zanikała z czasem – kaseta potrafiła się rozmagnesować, przegrywana miała przebitki poprzedniego nagrania. Ale jednak muzyka na niej była cieplejsza, mimo trzasków i szumów. To coś podobnego jak z winylami, niektórzy po prostu lubią nie tylko ten klimat, atmosferę, ale i głębię, ciepło dźwięku produkowanego przez płytę i igłę. Tak ja pamiętam kasety. Z punktu widzenia teraźniejszości niewygodne i problematyczne, zachowały się jednak we wspomnieniach jako coś wyjątkowego i magicznego. Wiem, że obiecuję to sobie od lat, ale zainwestuję w nowy sprzęt do ich odtwarzania i jak jeden z moich znajomych zacznę skupować od ludzi stare kasety, stawiając je dumnie na półce, włączając od czasu do czasu, by przypomnieć sobie swoją młodość.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy:

walkmancd