20

Nowy rok, nowe realia*: spadamy do drugiej ligi. Albo nawet trzeciej

Podejrzewam, że wielu z Was nudzą już wszelkiej maści podsumowania mijającego roku oraz prognozy na kolejne kwartały, ale taki urok grudnia. Osobiście nie mam nic przeciwko takim analizom, a nawet jestem ich wielkim fanem i dobrze się ostatnio bawię. Rozrywkowy nastrój zmąciła trochę refleksja technologiczno-geograficzna. Obyście byli kosmopolitami. I to bardzo wiernymi swym przekonaniom. Wczoraj […]

Podejrzewam, że wielu z Was nudzą już wszelkiej maści podsumowania mijającego roku oraz prognozy na kolejne kwartały, ale taki urok grudnia. Osobiście nie mam nic przeciwko takim analizom, a nawet jestem ich wielkim fanem i dobrze się ostatnio bawię. Rozrywkowy nastrój zmąciła trochę refleksja technologiczno-geograficzna. Obyście byli kosmopolitami. I to bardzo wiernymi swym przekonaniom.

Wczoraj na AW pojawiło się podsumowanie roku 2013 widziane naszymi oczami. Swój fragment poświęciłem rezygnacji Ballmera z funkcji CEO Microsoftu oraz przejęciu największego oddziału Nokii przez giganta z Redmond. W tym drugim przypadku nie mamy do czynienia, jak twierdzą niektórzy, z przejęciem całej Nokii – ta firma nadal będzie istnieć, ale skupi się na zadaniach, które raczej nie będą się pojawiać w branżowych newsach. Przynajmniej nie będzie do tego dochodziło zbyt często, bo to mało medialne zagadnienia. „Tłumy” nie interesują się dzisiaj poczynaniami Ericssona czy Siemensa, podobny los czeka fińską legendą (choć podejrzewam, że jeszcze będzie o nich głośno – za kilka lat Finowei mogą nas zaskoczyć).

Nokia powoli znika z głównego nurtu informacyjnego, a to oznacza, że… Europa traci ostatniego silnego przedstawiciela na tym polu. Od teraz doniesienia dotyczące największych graczy sektora IT będą dotyczyły firm amerykańskich i azjatyckich. Nokia to był nasz „ostatni Mohikanin”, który wybijał się z tłumu tworzonego przez graczy amerykańskich, koreańskich, tajwańskich, chińskich czy japońskich. Szukam innej europejskiej firmy będącej w stanie zastąpić godnie Nokię, ale jakoś mi to nie wychodzi: albo nie ten kaliber, albo nie ten prestiż. Na tym jednak sprawa się nie kończy.

Przyznam, iż niejednokrotnie pisząc np. o rynku mobilnym patrzyłem na branżowe wydarzenia w sposób europocentryczny. Dziwiło mnie, że LG zwleka z jakąś premierą w Europie, że chińscy giganci traktują Stary Kontynent po macoszemu, że Japończycy nie uderzają do europejskich bram z intrygującymi pomysłami. To, że Amerykanie często traktują nas niczym ubogich krewnych dziwiło mnie już mniej. I nie piszę tego z polskiego punktu widzenia, bo zdaję sobie sprawę z tego, iż stanowimy w IT peryferie i nie zmieni tego kilka firm, które pojawią się w amerykańskich mediach czy na francuskiej imprezie. Piszę to z perspektywy Europejczyka, bo tak od kilku lat patrzyłem na cały ten biznes.

Dzisiaj przyszedł czas, by postawić sprawę jasno: wiele firm nie zabiegało o względy europejskich klientów, bo jako większy organizm przestaliśmy być graczem pierwszoligowym. Chińczycy mogą na nas machnąć ręką, ponieważ nasz rynek trudno uznać za olbrzymi czy nawet za bardzo duży, a przy tym staje się on nasycony. Z podobnego założenia mogą wychodzić korporacje z innych azjatyckich państw – po co mają się na siłę pchać do Francji, Niemiec czy Hiszpanii, skoro pod nosem mają nie kilkaset milionów, ale kilka miliardów klientów? Klientów, których status materialny poprawia się z każdą dekadą, którzy są spragnieni sprzętu oraz usług i chętnie otworzą na nie swoje portfele. Na Azji sprawa się nie kończy – są jeszcze Ameryka Łacińska oraz Afryka, w których sytuacja wygląda podobnie.

Nokia zmienia profil działalności, więc Europa traci poważnego i rozpoznawalnego gracza w interesującej nas branży. Ostatniego gracza. Jednocześnie jednak musimy się pogodzić z tym, że jako klienci też przestajemy być pępkiem świata. Producentów, analityków oraz media (w skali globalnej) bardziej będzie interesowała sprzedaż konkretnych produktów w Chinach, Indiach, Brazylii czy Nigerii, a nie na Starym Kontynencie. Zainteresowani naszym podwórkiem będziemy my sami, ale na tym koniec. Czy jest nad czym ubolewać? Trudno stwierdzić – wielkiej presji i żalu nie czuję, po prostu dochodzę do wniosku, że muszę trochę zmienić swój punkt widzenia i podejście do niektórych spraw. Pewne rzeczy trzeba będzie zaakceptować – im szybciej się to zrobi, tym mniejsze będzie potem zaskoczenie i ewentualnie rozgoryczenie.

*Realia może i nie są takie nowe, ale nadal trudno się do nich przyzwyczaić…

Źródło grafiki: anaverageamericanpatriot.blogspot.com