Moje przemyślenia

Nowa nadzieja 36 lat po... "Nowej nadziei"!

43

Dokładnie wczoraj minęło 36 lat, odkąd pierwsi Amerykanie wkroczyli na nieznane rubieże odległej galaktyki. 1 maja 1977 roku w kinie Northpoint w San Francisco rozbrzmiały fanfary najbardziej znanego tematu muzycznego w historii świata. Przedpremierowy pokaz "Nowej nadziei", czyli IV epizodu sagi "G...

Dokładnie wczoraj minęło 36 lat, odkąd pierwsi Amerykanie wkroczyli na nieznane rubieże odległej galaktyki. 1 maja 1977 roku w kinie Northpoint w San Francisco rozbrzmiały fanfary najbardziej znanego tematu muzycznego w historii świata. Przedpremierowy pokaz "Nowej nadziei", czyli IV epizodu sagi "Gwiezdnych wojen" rozpoczął nową erę w dziejach mediów. Dwa lata później do uniwersum dołączyli Polacy. Co dziś zostało z największej przygody naszego życia? Niewiele, chociaż...

Czteroletni chłopiec z wypiekami na twarzy siedzi w sali kinowej. Dzień potem opowiada kolegom w przedszkolu całą historię, posiłkując się zdjęciami wyciętymi z gazet. To pierwsze wycinki, które przez kolejne kilka lat będzie wklejał do zeszytu w kratkę. Znajdą się tam fragmenty takich pism jak Film, Ekran, Świat Młodych czy nawet niemieckie Bravo.

To ja byłem tym chłopcem. Żyłem wtedy na parterze wieżowca, który sąsiadował z kinem. 10 pięter wyżej mieszkał Adrian Chmielarz, z którym wertowaliśmy wszystkie polskie gazety i wymienialiśmy się kolekcjami zdjęć. A były to czasy, gdy fotografia gwiezdnego niszczyciela rozpalała nas bardziej, niż naga kobieta na ostatniej stronie tygodnika Razem...

"Gwiezdne wojny" były i są kulturowym fenomenem. Nie tylko zainicjowały rozwój tak zwanego kina nowej przygody, nie tylko odmieniły sposób opowiadania historii, ale i wpłynęły na wiele niezwiązanych z kinematografią dziedzin. Na ten temat napisano już wiele książek. Dość powiedzieć, że technologie opracowane na potrzeby sagi w Industrial Light & Magic zostały zaadaptowane przez... nowoczesną medycynę!

Saga przyjęła się w Polsce znakomicie, a ówczesne komunistyczne służby cenzorskie nie widziały w filmach niczego, co mogłoby zaszkodzić systemowi. Wszak "Gwiezdne wojny" nigdy nie były alegorią, działy się dawno, dawno temu, w odległej galaktyce. Nie pochwalały konsumpcjonizmu, a na upartego można się w nich było doszukać wzorców zgodnych z panującą propagandą. Oto bowiem grupa rewolucjonistów walczy z siłami imperialnymi (i imperialistycznymi zarazem).

Nic więc dziwnego, że quasi-propagandowy Świat Młodych namiętnie publikował materiały dotyczące sagi, choć na szczęście nigdy jej w Polsce nie upolityczniono. A było blisko szczególnie w latach osiemdziesiątych, kiedy to Ronald Reagan ogłosił program zbrojeń w kosmosie określany w mediach mianem... wojen gwiezdnych.

Ale dość o polityce! Saga Lucasa padła w Polsce na bardzo podatny grunt. Niemal każde czasopismo drukowane w latach osiemdziesiątych dostarczało nam masy zdjęć i artykułów. Szczęśliwcy jak ja (mój ojciec pracował w kinie) mieli nawet dostęp do zapomnianego dziś periodyku pod tytułem Filmowy Serwis Prasowy. Nie narzekaliśmy ani na słabą jakość druku, ani na niemalże chałupniczo wykonane figurki będące bardzo podłymi kopiami oryginałów od Kennera.

Żyliśmy przygodą, przygoda była w nas. Nawet wtedy, gdy do świata "Gwiezdnych wojen" wkradła się zgnilizna polegająca na ordynarnym odcinaniu kuponów. Do Polski bowiem nigdy oficjalnie nie dotarły potworne spin-offy zwiastujące klęskę tzw. expanded universe. Mowa tu o rysunkowym serialu o Ewokach oraz dwóch filmach fabularnych: "The Ewok Adventure: Caravan of Courage" i "Ewoks: The Battle for Endor".

Obrońcy powiedzą, że były to produkcje dla dzieci, więc... No właśnie. Czy "dla dzieci" musi oznaczać "głupi"? Skądże znowu! Niestety, już w trakcie kręcenia "Imperium kontratakuje" świat dostrzegł, iż największym wrogiem świata wykreowanego przez George'a Lucasa jest... George Lucas.

I na ten temat napisano już całe książki, a nawet powstał film "The People vs. George Lucas". Warto sięgnąć po niektóre pozycje, by dowiedzieć się, jak bardzo zła była pierwsza wersja scenariusza "Nowej nadziei", jak nie spisali się na początku spece od efektów specjalnych i jak życie projektowi uratowała... żona George'a, dokonując remontażu fatalnie posklejanej pierwotnej wersji. Głośny też był konflikt między Lucasem a Irvinem Kerschnerem, reżyserem "Imperium kontratakuje". Tylko dzięki uporowi tego drugiego film funkcjonuje w obecnym kształcie i jest zdecydowanie najlepszą częścią sagi, kochaną tak przez fanów, jak i krytyków.

O tym wszystkim jednak w latach osiemdziesiątych w Polsce nie wiedzieliśmy, więc nasza pierwsza, czysta, nieskalana miłość przetrwała dłużej niż w krajach cywilizowanego świata.

Krach przyszedł wraz z nową trylogią. Najpierw świętowaliśmy powrót starej na wielkie kinowe ekrany. Potem czule gładziliśmy pierwsze w Polsce oryginalne wydanie na kasetach VHS. Wszystko to wraz z zapowiedzią trzech prequeli sprawiało, że czekaliśmy z zapartym tchem, a ja, już jako dorosły, żonaty człowiek, wróciłem do zbierania zdjęć i zapisałem się na pierwszą internetową listę dyskusyjną poświęconą "Gwiezdnym wojnom".

Aż w końcu nadszedł czas, gdy, kolokwialnie mówiąc, dostaliśmy z liścia. Miast kolejnej epopei rzucono nam w twarz głupawą historię z tanimi efektami komputerowymi. Wszystko poszło w... niebyt (by nie powiedzieć, odbyt). Lata, które fani poświęcili na analizę niedopowiedzeń w pierwotnej trylogii, poszły na marne, bowiem w obliczu kolejnych części cała misternie utkana historia zawaliła się z hukiem, a miejsce doskonałego, subtelnego humoru starej serii zastąpiły żenujące, niewybredne dowcipy w nowej. Za to George był w siódmym niebie, bo w końcu mógł zrealizować wszystkie swoje infantylne pomysły.

Czy "Gwiezdne wojny" umarły? Stanowczo nie. Niestety, w wielu miejscach trupem podśmierdują. Nie pomógł serial "Wojny klonów", choć w przedostatnim sezonie wzniósł się na poziom niemalże wybitny. Nie pomogły coraz gorsze gry komputerowe, które w żaden sposób nie były w stanie uchwycić klimatu. Świętokradztwo zostało popełnione, dziewictwo zostało utracone - a wszystko to w momencie, gdy Jar Jar Binks... wdepnął w "poodoo", co strąciło "Gwiezdne wojny" do poziomu słynnych "Bawarskich przypadków", gdzie widzowie śmiali się, gdy krowa defekowała na głowę mężczyźnie podglądającemu kopulującą parę.

Co dziś zostało? Otóż został Disney. I wbrew głosom pogardy powiem, że po tylu latach suchych to nasza... nowa nadzieja! Dlaczego? Przede wszystkim nikt nie jest w stanie dokonać większego zniszczenia niż sam George Lucas. Poza tym właśnie ta znienawidzona wytwórnia Disneya, która tak bardzo niesprawiedliwie kojarzy się nam tylko z myszką Mickey, udowodniła, że w kinie SF może stawiać nowe filary.

Dowód? A proszę bardzo. "Piraci z Karaibów", "John Carter" czy "The Avengers" to naprawdę udane tytuły. Nawet jeśli nie rzuciły nas na kolana, pokazały, że "myszkowcy" są w stanie robić solidne kino. A komu mało, dostanie zadanie domowe. Pamiętacie horror "Event Horizon"? Świetnie! Na pewno jednak nie wiecie, że to remake... filmu z wytwórni Disneya. Kto wie, jakiego, niech śmiało wpisuje poniżej komentarz.

Umarł Lucas, niech żyje Disney. Znów zbieram zdjęcia, plakaty i kolekcjonerskie karty. Znów wierzę!

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu