Półtora roku temu przeszedłem po wielu latach z Androida na iOS. Zrobiłem to w celach poznawczych i aby móc się wypowiadać na temat produktów Apple, wygląda jednak na to, że zostanę z iPhone na dłużej.

Można by powiedzieć: nuda… Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Tak można skwitować te półtora roku. Żadnych problemów z telefonem, nie wiesza się, nie restartuje, wszystko działa szybko i sprawnie, bateria trzyma do wieczora. Z czasem można więc się rozleniwić i może się to spodobać na tyle, że wspomnienia z czasów z Androidem powoduje lekkie wzdrygnięcie. Nie twierdzę, że korzystanie z Androida to od początku do końca droga przez mękę, ale oceniając z perspektywy czasu, muszę stwierdzić, że iPhone jest w zasadzie bezobsługowy, zwłaszcza po ostatniej aktualizacji do iOS 12.

Ale po kolei. Swoją przygodę z Androidem zaczynałem od HTC Hero, piękny telefon z charakterystycznym trackballem i kształtem, który robił wrażenie, ale w środku miał aktualnego Androida, z którego mogłem się cieszyć do następnej aktualizacji.

Nie mogąc się jej doczekać zrootowałem telefon i od tego czasu zaczęła się nieustająca zabawa z wgrywaniem, co rusz nowego romu.

Z każdym oczywiście były jakieś problemy, tu coś nie działało, tam niekompatybilne jeszcze, w następnej wersji zostanie rozwiązanie, itd, itp. Tak było z HTC Hero, tak było z HTC Desire Z, S i HTC M7, zatrzymałem się na Huawei P9, to był pierwszy i ostatni telefon z Androidem, w którym nie dobrałem się do jego oprogramowania – dość długo była aktualna wersja na ten model.

Nie powiem, sprawiało mi to jakąś przyjemność, ale to też było połączone z jakimś takim przeświadczeniem, że tak już jest i tak ma być, nie da się inaczej, i że pewnie pozostali użytkownicy smartfonów tak samo sobie z tym radzą, a każdy tak samo jest z tym pogodzony. Do czasu aż zacząłem korzystać z iPhone. Niezbyt dużo przez te półtora roku się zastanawiałem nad tym, z tego właśnie powodu, że nie było ku temu okazji.

Telefon w końcu zaczął mi służyć po prostu do tego, do czego został stworzony i z czasem zapomniałem o jakiś kombinacjach alpejskich związanych z korzystaniem ze smartfona.

Jednak ostatnia aktualizacja do iOS 12 wprowadziła pewną funkcję, która uzmysłowiła mi, jak to działa na użytkowników tych telefonów, że stoi za tym jednak jakaś filozofia, która sprawia, iż korzystając z tych telefonów czujesz się, nie wiem, może nawet zaopiekowany przez producenta.

Wcześniej w budziku włączenie dodatkowej funkcji Pora spać, niewiele powodowało w telefonie. Ot, o ustalonej porze przychodził komunikat, że jakbym się chciał wyspać, to może powinienem rozważyć położenie się już spać, a rano traktowałem to jako dodatkowy budzik. Telefon przed zaśnięciem po prostu wyciszałem bocznym przyciskiem, bo nie chciało mi się szukać w ustawieniach jakiegoś harmonogramu czasowego do tego.

Co zrobiło Apple? Uznało, że skoro chodzę spać o ustalonej porze i wstaję o tej samej, warto mi nie przeszkadzać zupełnie w tym i niejako samo ustawiło mi harmonogram. Nie mam teraz w tym czasie żadnych powiadomień (czasem już w łóżku, jak zerkałem na godzinę, to niektóre powiadomienia kusiły by kliknąć), jest czysty czarny ekran z jednym komunikatem, dopiero rano po przebudzeniu i odkryciu ekranu pojawia się nocna lista w centrum powiadomień.

Teraz już nawet nie trzeba sprawdzać aktualizacji, system sam się aktualizuje w nocy, a telefon od rana już z gotowym do działania, ze świeżym i aktualnym systemem.

Zaznaczam, że to nie jest hejt, ani zachęta do hejtu na Androida. Wydaje mi się, że przyszedł po prostu u mnie taki czas, w którym nabrałem potrzeby korzystania z rozwiązań, które po prostu działają wyjęte z pudełka i w ten czas doskonale wpasował się iPhone z iOS na pokładzie.