43

Oglądacie jeszcze „zwykłe” seriale? Czy stawiacie tylko na te najlepsze?

Kojarzycie taką frazę jak "quality TV"? Właśnie tak określane są przez krytyków i nie tylko seriale oraz mini-serie, które wyróżniają się na tle telewizyjnych produkcji pod względem stylu, poruszanego tematu czy treści. Upraszczając sprawę zapytam: czy oglądacie już tylko te najlepsze, pomijając produkcje niższych lotów?

Granica pomiędzy serialem „wyższej jakości”, a tym zwykłym nie jest już dziś tak łatwo widoczna, jak kiedyś, ale myślę, że każdy widz jest w stanie szybko rozpoznać serial, który zasługuje na takie miano i ocenić, który w ten sposób nie powinien być nazywany. Nie obowiązuje też reguła, że „lepsze” stacje telewizyjne tworzą tylko tego typu seriale, choć trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że są kanały, które specjalizują się w seriach niższych lotów.

Lata poprzednie to okres bicia rekordów – tego ogólnego pod względem liczby nakręconych seriali, jak również bardziej precyzyjnych, czyli dotyczących poszczególnych nadawców i twórców. Do gry, poza stacjami telewizyjnymi, włączyły się serwisy streamingowe, które ze względu na brak zobowiązań wynikających z ramówki, mają o wiele większą swobodę w planowaniu i emisji własnych premier. Ich zasięgi znacząco też różnią się od kanałów w telewizji, bo przecież nikt w Polsce nie ogląda regularnie na żywo FOX-a czy NBC, ale z dostępem do Netfliksa sytuacja jest zupełnie odwrotna.

W ostatnim czasie zorientowałem się, że to właśnie serwisy VOD i, w znacznie mniejszym stopniu, polskie kanały TV decydują o tym, co będę oglądał. Wynika to bowiem z zawartości ich ofert – jeśli jakiegoś serialu nie znajdę na HBO Go, Prime Video czy Netfliksie, to szanse na seans maleją. Brak emisji w polskiej TV je niemalże eliminują – niemalże, bo przecież dla niecierpliwych istnieje alternatywa w postaci wykupienia dostępu do VPN-a i oglądanie seriali na stronach nadawców lub w innych dostępnych, na przykład, tylko w USA. Na katalog wspomnianych trzech usług VOD nie powinniśmy narzekać, ale lista tytułów, które z wielką ochotą bym zobaczył, gdyby tylko była taka możliwość.

Zauważyłem, że w konsekwencji umykają mi, tak zwane przeze mnie, zwykłe seriale. Odnoszę się tak do produkcji, za którymi niekoniecznie stoją znani i cenieni twórcy, albo której nie poruszają bieżących, ważnych i poruszających (niepotrzebne skreślić) spraw, albo nie opowiadają (nie)znanej szerzej historii. W takie ramy trafiają najczęściej zwykłe procedurale, czyli seriale z powtarzającym się schematem w każdym z odcinków. Oczywiście nie oznacza to całkowitego porzucenia głównej fabuły i zmian w życiach bohaterów, ale pierwszorzędną rolę odgrywają np. sprawy detektywistyczne, wypadki czy medyczne zagadki. Z  takiego zaszufladkowania udało się wyrwać „Doktorowi House”, ale to jedna z niewielu takich sytuacji. O tym, jaką popularnością cieszą się starsze, zwykłe seriale świadczy na przykład początek listy najchętniej oglądanych na Netflix:

Ramówki stacji telewizyjnych, czy to w Polsce, czy w USA, są pełne tego typu produkcji. Nie znajdziemy ich w zestawieniach najlepszych seriali roku, a mimo to cieszą się sporą popularnością i mogą pochwalić się wierną widownią. Niedawno postanowiłem sprawdzić powrót serialu „Magnum” oraz tytuły „911” i „Rezydenci”. Są też takie seriale jak „Manifest”, „Przejście”, „Project Blue Book”, „Good Girls” czy „A Million Little Things”. Które z nich kojarzycie? Jeśli już, to niektóre, bo trafiły one do polskiej telewizji (a oglądacie przede wszystkim na VOD) albo w ogóle nie doczekały się premiery nad Wisłą. Poniżej widzicie zwiastun serialu, który wcale może nie być najlepszą produkcją w swoim gatunku w ostatnim czasie, ale nie oznacza to, że nie wpasuje się w moje zainteresowania i przypadnie do gustu na tyle, że będę chciał go obejrzeć.

Jak na razie History Polska nie zapowiedziało premiery „Project Blue Book”.

To tylko pierwsze przykłady z brzegu, a jeśli chodzi o starsze tytuły, to nie mógłbym nie przypomnieć o „The Event”, „FlashForward”, „Eureka”, „Haven”, „CSI: Miami”, „Revenge”, „Helix”, „Madam Secretary”, „Suits” czy ostatnio odkurzony przeze mnie „The Flash”. To nie są produkcje bijące się o najważniejsze nagrody, pełne gwiazd przed i za kamerą. To seriale, których seans był dla mnie i innych po prostu przyjemny, tylko trochę angażujący, ale nie wymagający.

Przy tak ogromnej liczbie powstających produkcji sam staram się oglądać tylko to, co naprawdę warto zobaczyć, a Wam sugerujemy na Antyweb Po Godzinach tylko te produkcje, które warte są Waszego czasu. W okresie świątecznym, który prowokuje do marnowania na coś czasu, przypomniałem sobie o niektórych tytułach, które wcześniej odkładałem na „później” (czyli raczej nigdy). „Flash” przypomniał mi, że frajdę i radość z seansu dają też te (z pozorów) nie najlepiej obsadzone, zagrane, zmontowane i napisane seriale. Jest pewna granica, której nie przekroczę, a piszę o tym wszystkim dlatego, że wiem, jak wiele osób wpadło w podobne błędne koło podczas wyboru serialu (czy filmu) na wieczór czy weekend. Te najwyżej oceniane mogą być najlepsze, ale to nie oznacza, że będzie Wam się je zawsze dobrze oglądać.