Militaria

MiG-29 i baterie Patriot. Sprzętowe zamieszanie na wschodniej flance...

30

Ostanie dni wojny ukraińsko-rosyjskiej są „medialnie” cichsze od poprzednich. Głośno zrobiło się za to wśród sojuszników Ukrainy, w NATO pojawił się pomysł, aby wspomóc ponoszące straty lotnictwo tego kraju poradzieckimi Migami-29, posiadanymi przez niektórych członków sojuszu.

Pozorna cisza i wrogie niebo

To pozorne uspokojenie i kwestia samolotów mają wspólne źródło. Rosjanie aktualnie liżą rany, przegrupowują siły i próbują ogarnąć logistykę, militarnie skupiając się na zbrodniczym ostrzeliwaniu otoczonych ukraińskich miast. Brak postępów terenowych, spodziewanych szturmów, czy większych operacji, powoduje właśnie taki „medialny dołek”.

Jednocześnie to bezkarne ostrzeliwanie jest możliwe między innymi dlatego, że lotnictwo ukraińskie, pomimo sporych sukcesów na początku wojny poniosło straty i musi być używane bardzo oszczędnie. Dostarczenie kilkudziesięciu maszyn, do których na miejscu są przeszkoleni piloci, mogłoby pozwolić na osłonięcie przynajmniej niektórych miejsc.

Saga o polskich Migach

Pierwszym kandydatem na dawcę Migów-29 jest nasze państwo, które posiada na dziś około 30 sprawnych maszyn tego typu. Cały pomysł niestety jak na razie zaliczył nieelegancki falstart. Choć głównym winnym tego stanu rzeczy są raczej Amerykanie, którzy wysyłali w tej sprawie bardzo niejednoznaczne sygnały, także i nasz rząd chyba niezbyt się popisał, stawiając ich na końcu pod ścianą z zaskoczenia.

Po pierwszej fali wypowiedzi na temat MiG-ów (zapoczątkowanej o dziwo przez cywilnych polityków UE, a podkręconych przez Ukrainę) o sprawie zrobiło się na tyle głośno, że włączyła się we wszystko Rosja. Ta wydała buńczuczne oświadczenie, że dostarczenie samolotów przez którykolwiek z krajów uzna za jego otwarte włączenie się w konflikt. To spowodowało chwilowe wycofanie się z tej propozycji i falę dementi.

Sprawa jednak szybko zaczęła być znów dyskutowana, a oliwy do ognia dolał Blinken, który w imieniu Ameryki dał „zielone światło”, cedując jednak odpowiedzialność za ten krok na posiadaczy tych samolotów. Kulminację tego wszystkiego obserwowaliśmy wczoraj, kiedy Polska zaoferowała możliwość przekazania samolotów... Amerykanom, oczekując jednocześnie umożliwienia zakupu używanych samolotów F-16, tak żeby nie ucierpiały nasze zdolności obronne.

Początkowo wyglądało, że wszystko zakończy się happy endem, a stanowisko jest uzgodnione z Amerykanami. Tak jednak nie było, a przedstawiciele Stanów Zjednoczonych zatrzymali całą sprawę, odpowiadając w niezbyt przemyślany sposób i mętnie, że sugerowane przez Polskę przebazowanie MiG-ów do bazy Ramstein i wysłanie ich z tamtego miejsca na Ukrainę może stanowić nieokreślone zagrożenie dla sojuszu.

Szkoda, bo pomysł na przeprowadzenie tego pod egidą NATO miał potencjał pokazania Moskwie stanowczości i jedności sojuszu w tej kwestii. Co ciekawe, później pojawiły się jeszcze przecieki o kontrpropozycjach amerykańskich, zastępujących temat F-16 obietnicą szybszej dostawy pierwszych F-35. To uwiarygadnia głosy mówiące o tym, że chaos komunikacyjny po stronie Amerykanów, może częściowo wynikać z wewnętrznych tarć na tle politycznym, dotyczących tego ile kosztów pomocy ma brać na siebie ten kraj, a ile sojusznicy z NATO.

Słonie w składzie porcelany

Generalnie cała ta hucpa, przez jej medialne nagłośnienie, wygląda bardzo nieprofesjonalnie, a przede wszystkim jest wybitnie szkodliwa. Jak na razie pokazano Kremlowi, że ich zastraszanie działa, w NATO da się znaleźć pewne pęknięcia, a Ukraińcy wciąż nie mają samolotów. Jednocześnie w Polsce środowiska „prorosyjskie” i poststudniccy „realiści” dostali wiatru w skrzydła, podnosząc narrację o tym, jakoby wpychano nas do samodzielnej wojny z Rosją.

Tymczasem moim zdaniem sprawa jest znacznie prostsza, choć mniej atrakcyjna dla tropicieli spisków. Do samotnej wojny nikt nas nie wpycha, tyle że nikt nie chce brać za wybuch konfliktu NATO - Rosja osobistej politycznej odpowiedzialności. Stąd zapewne podobna do wypowiedzi Blinkena reakcja Bena Wallace'a, brytyjskiego ministra obrony. Takie alibi wobec wyborców, jeśli pójdziemy na wojnę z Rosją przez Polskę, to nie przeze mnie, ale przez ich ryzykanctwo.

To nie oznacza jednak, że jeśli Putin okazałby się na tyle zdesperowany, żeby zaatakować kraj NATO, artykuł 5 paktu nie zadziała. Nie ma tam gwiazdki wyłączającej zobowiązania członków, „bo przecież Rosja się komuś odgrażała”. Brak reakcji na atak na Polskę oznaczałby faktyczny koniec tej organizacji, w co trudno uwierzyć, patrząc na to ile pakt, a szczególnie Amerykanie zainwestowali na Ukrainie przeciw Rosji.

Politycy zachodni muszą jednak zrozumieć, że ich odpowiednicy myślą podobnie o swoim politycznym losie i nie będą się tak łatwo podkładać. Najprościej byłoby więc uzgodnić wewnątrz NATO jasny i prosty komunikat dla Putina, np.:

„Rosja nie ma prawa wtrącać się w to co, gdzie i za ile wysyłają członkowie sojuszu swoim przyjaciołom, do których należy Ukraina. Jeśli ten kraj pod jakimkolwiek pretekstem zaatakuje członka sojuszu, NATO natychmiast odpowie zbrojnie”.

Wtedy nie trzeba będzie robić fikołków, a Polska będzie mogła sama przekazać MiG-i, T-72 i co tam jeszcze Ukraina potrzebuje, w dokładnie taki sam sposób jak przekazuje dziś Pioruny i inny sprzęt.

Pozostaje mieć nadzieję, że strony szybko się ogarną, bo najbardziej cierpią na tym wszystkim Ukraińcy. Ewentualny sukces Rosji cały czas jest przecież możliwy, a to byłoby to wybitnie niekorzystne przede wszystkim dla naszego kraju. Powtórzę, jeśli Rosja zaatakowałaby w jakimkolwiek momencie Polskę (i w efekcie NATO) np. Kalibrami próbując przerwać dostawy, nie będzie to spowodowane MiG-ami, tylko całością pomocy NATO. Samoloty posłużyłyby wyłącznie jako wygodny pretekst.

Zamiast MiG-ów na Ukrainę, Patrioty do Polski

O takim scenariuszu nie piszę bez powodu, pojawiły się w ostatnich godzinach głosy mówiące, że wywiad amerykański nie wyklucza uderzenia Rosji w linie przerzutowe NATO - Ukraina. To byłoby wybitnie głupie posunięcie, ale Putin jest w narożniku, więc kto wie, do czego jest w stanie się posunąć, szczególnie gdy będziemy okazywać taką słabość.

Jakąś wiarygodność tym plotkom dają najświeższe decyzje i wypowiedzi w szeregach NATO. Amerykanie, pomimo MiG-owego spięcia postanowili wysłać do Polski dwie baterie pocisków ziemia-powietrze systemu Patriot. Jednocześnie ostro w kierunku Moskwy wypowiedział się sekretarz NATO Jens Stoltenberg:

„If there is any attack against any NATO country, NATO territory, that will trigger Article 5”.

Powiedział więc to, co powinno być jasno postawione po rosyjskich groźbach, pomimo, że teoretycznie sprawa MiG-ów została utrącona.

Podsumowując, Amerykanie łatają nam jedną z naszych największych dziur w defensywie*. Może więc poza wewnętrznymi tarciami, o wstrzymaniu (miejmy nadzieję tylko opóźnieniu) całej operacji zdecydowała chęć lepszego zabezpieczenia korytarza polsko-ukraińskiego przy pomocy porządnego systemu OPL?

Zobaczymy, pierwszą rzeczą, która będzie bardzo interesująca jest to, jak szybko baterie Patriotów pojawią się w naszym kraju. O tym, co naprawdę spowodowało cały ten rozgardiasz, przekonamy się za jakiś czas, albo w ogóle. Jedno jest pewne, przez najbliższe tygodnie Ukraina na samoloty z Polski liczyć niestety nie będzie mogła.

* Polska co prawda zamówiła ten system w ramach programu „Wisła”, ale nasze Patrioty dotrą do nas dopiero na przełomie 2022/23, a zdolność operacyjną wyposażone w nie jednostki osiągną jeszcze później.

Zdjęcia: wikipedia / depositphotos.
Główne: Chris Lofting / GFDL 1.2

Stock Image from Depositphotos.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu