67

Touchbar w MacBooku to dla mnie pomyłka. Więcej mi utrudnia, niż ułatwia

Macbooki z Touchbarem obecne są na rynku już od kilku lat. Apple szczyci się swoim rozwiązaniem które miało przyczynić się do wygodniejszej pracy użytkowników. W praktyce jednak... dla mnie jest wręcz przeciwnie.

Obecna generacja Macbooków wzbudziła sporo kontrowersji. Pojawiły się elementy, które nie tylko zdążyły rozzłościć dotychczasowych użytkowników urządzeń Apple, ale też okazały się dobrym elementem zaczepnym wszystkich hejterów. Mam tu na myśli motylkową klawiaturę, brak portów innych niż USB-C, no i (nie)sławny Touchbar. Pasek zastępujący jeden rząd klawiszy, czy… po prostu miejsce, w którym możemy zamieścić zestaw dogodnych komend i skrótów. I choć  dość szybko zdążyliśmy zakumplować się z dwoma pierwszymi, to Touchbar pozostaje dla mnie elementem zbędnym. Przy zakupie komputera długo wzbraniałem się przy wyborze modelu właśnie z nim, jednak wakacyjna rewizja z 2018 nie pozostawiła mi wyboru. To on dostał ulepszoną klawiaturę i nowszy procesor. Poza tym oferował nie dwa, a cztery porty Thunderbolt 3, a wisienką na torcie była technologia TrueTone, z którą to polubiliśmy się od wejścia.

Touchbar: ocean możliwości, z których… nie korzystam

Założenia Apple nie są może i głupie — zrezygnować z zestawu przycisków funkcyjnych, a w ich miejsce dorzucić interaktywny pasek którego zawartość zmieniać się będzie w zależności od aplikacji. I faktycznie — w zależności którą z nich otwieram, mogę sobie zmodyfikować zawartość Touchbara. Problem polega jednak na tym, że żaden z programów po które na co dzień sięgam nie ma jakiś super opcji, do których sprawniej dotrę za pośrednictwem skrótu na pasku, niż klawiszowym skrótem na klawiaturze. Jeżeli ich potrzebuję — to prawdopodobnie doskonale je znam. Nie brakuje jednak obrońców Touchbara, którzy chwalą twórców programów którzy wszystkie najważniejsze funkcje serwują tam na widoku. Mają one pomóc nawet zielonym użytkownikom łatwo poznać aplikację i dotrzeć do wszystkich ich funkcji — problem polega jednak na tym, że jeżeli nie znam programu, to nie znam także jego skrótów, więc na niewiele mi się one zdadzą.

Ale gdyby pasek w Macbooku wyłącznie dawał nowe możliwości z których nie korzystam — to pół biedy. Jednak raczej rzadko zdarza mi się spoglądać na klawiaturę gdy piszę — mój wzrok przez większość czasu spoczywa na monitorze. I choć z dotarciem do klawiszy nie mam specjalnych problemów (choć fakt — po przesiadce z klawiatury wyspowej na motylkową musiałem przywyknąć do tego, że nie tak łatwo jest „wyczuć” przyciski), to za każdym razem kiedy potrzebuję skorzystać z Escape — jestem zły. Bo w Macbookach z Touchbarem nie jest on już przyciskiem, a jedną z opcji, które właśnie tam widnieją. Prawdą jest, że właściwie zawsze kiedy jest potrzebny — czeka tam, ale trafienie w niego bez zerkania to dla mnie czarna magia. Moje palce automatycznie kieruję ku górnej lewej krawędzi, a tam ani przycisku, ani pola, które by reagowało. Jego pole jest jednak około centymetra przesunięte, przez co — nie będę ukrywał — nie jest to wygodne.

Minęło już ponad pół roku od kiedy korzystam z Macbooka z Touchbarem — i z perspektywy czasu mogę już z pewną śmiałością napisać, że to jedna z tych innowacji, które więcej rzeczy utrudniają, aniżeli faktycznie ułatwiają. No nic, może w kolejnej generacji swoich laptopów Apple zaproponuje mi usprawnienie, które zamiast irytować — faktycznie przyczyni się do usprawnienia pracy.