32

Lenovo sprzedaje więcej smartfonów niż pecetów. Czy kogoś naprawdę to jeszcze podnieca?

Jeszcze jakieś pół roku temu wątek ery „Post PC” przewijał się w mediach z częstotliwością porównywalną do występów Krzysztofa Ibisza w teleturniejach Polsatu. Dziś już mało kto o niej pamięta, albo wręcz przeciwnie – spowszedniała i przestała budzić kontrowersje (czytaj: nie opłaca się o niej pisać). Tymczasem gruchnęła wieść, ze największy na świecie producent pecetów sprzedaje […]

Jeszcze jakieś pół roku temu wątek ery „Post PC” przewijał się w mediach z częstotliwością porównywalną do występów Krzysztofa Ibisza w teleturniejach Polsatu. Dziś już mało kto o niej pamięta, albo wręcz przeciwnie – spowszedniała i przestała budzić kontrowersje (czytaj: nie opłaca się o niej pisać). Tymczasem gruchnęła wieść, ze największy na świecie producent pecetów sprzedaje ich mniej niż… smartfonów.

Lenovo to przykład niesamowicie skutecznego prowadzenia biznesu i konsekwentnego podążania za wyznaczonymi celami. Chińczycy chcieli być liderami rynku PC i zrobili to – przejmując dział produkcji od IBM. Gdy realia rynkowe zaczęły się zmieniać, zweryfikowali plany i postawili na mobile – w ich ręce trafiła Motorola. I jak widać strategia ta przynosi efekty, bo choć Lenovo dziś ma w swoich rękach blisko 20 proc. rynku komputerów osobistych, piastując pozycję lidera, to w ostatnim kwartale rozliczeniowym zanotowało rekordowe wyniki sprzedaży smartfonów. Efekt – dział mobilny pod względem liczbowym przebił sprzedaż pecetów.

W zamkniętym 30 czerwca kwartale Lenovo mogło się pochwalić 15,8 mln sprzedanych smartfonów, a więc o 39 proc. lepszym wynikiem niż rok wcześniej. W tym samym czasie sprzedaż komputerów wyniosła 14,5 mln. Co ciekawe ten segment również notuje wzrosty, bo w skali roku Lenovo zanotowało poprawę rzędu 15 proc. Nie jest to może równie imponująca dynamika jak w przypadku rynku mobilnego, ale zamknięcie kwartału na plusie w obecnych realiach mimo wszystko stanowi wyczyn.

lenovo-mobiles

Tylko zastanówmy się, co te wyniki tak naprawdę mogą oznaczać. Szczerze mówiąc jestem daleki od doszukiwania się w nich jakiejkolwiek sensacji z kilku względów. Przede wszystkim rynek pecetów jest nasycony, a wymiana tego typu urządzeń przez klientów następuje o wiele rzadziej niż w przypadku smartfonów. A zatem sprzedaż komputerów utrzymuje się na względnie stałym (z małymi sukcesami, co widać powyżej) poziomie, kiedy segment mobilny nieprzerwanie rośnie. Nowe modele pojawiają się w zatrważającym tempie. Jeszcze rok temu za 500 złotych mogliśmy mieć dwurdzeniowego czterocalowca. Dziś za tą samą kwotę możemy już kupić budżetowy phablet. Szybko rosnące cyferki w wersji Androida też robią swoje. Wszystko to skutecznie napędza sprzedaż. Natomiast wydatek 500 złotych przychodzi o wiele łatwiej niż 1500 przeznaczone na nowego laptopa. Pomijam już tutaj abonamenty, oferty za złotówkę itd. których w świecie pecetów zwyczajnie nie ma (albo odgrywają marginalną rolę).

Zresztą na rynku pecetów rotacja jest zdecydowanie mniejsza, czego sam jestem doskonałym przykładem. We wrześniu 2011 roku kupiłem Vostro 3450, który wówczas był sprzętem ze średniej półki. Pracuje na nim do dziś. Mało tego, spokojnie udało mi się przejść całe Watch Dogs, Snipera III i Divinity: Original Sin na średnich detalach, a przy tym regularnie daję upust emocjom podbijając świat w Europie Universalis IV, zdobywając mistrzostwo świata w FIFIE 14 i zamiatając Ligę Mistrzów w Football Managerze. Niska wydajność? Wolne żarty – Core i5-2520 z Radeonem 6630 (kręconym do zegarów modelu 6770) spisują się bez zarzutów. Tymczasem nie wyobrażam sobie, żebym mógł dziś korzystać z Sony Ericssona Xperia X10i, którego posiadaczem byłem w tamtym okresie. Mam nadzieję, ze ta analogia jest widoczna dostatecznie dobrze?

Dlatego te wszystkie rewelacje o sprzedaży smartfonów i tabletów, która bije na głowę wyniki uzyskiwane przez dział komputerów osobistych polecam traktować z pewnym dystansem. Nie oznaczają one bynajmniej, że kupujemy smartfony zamiast laptopów. Nie oznacza też, że jakikolwiek tablet jest w stanie zastąpić notebooka (chyba, że ma ekran powyżej 10 cali i stację dokującą w postaci klawiatury – tylko czy to jeszcze tablet sensu stricto?). Jedyny wniosek, do którego można dojść, patrząc na te liczby, to taki, że producenci uczą się na błędach i efektywnie nakręcają sprzedaż, nie dopuszczając przy tym by jakikolwiek smartfon czy tablet zagrzał u nas miejsce dłużej niż 2 lata.