15

Laser hańby, czyli bat na osoby nadużywające telefonu

Smartfony wyciągane podczas koncertów muzyki popularnej irytują. Smartfony wyciągane w kinie, w trakcie seansu denerwują jeszcze bardziej. A gdy ten sprzęt pojawia się w filharmonii, teatrze czy operze, można już mówić o szczycie chamstwa. Mam nadzieję, że tego nie robicie. I nie życzę, by ktoś w ten sposób psuł Wam rozrywkę. Jednocześnie mam nadzieję, że takie przypadki staną się/pozostaną marginesem i nie trzeba będzie wprowadzać rozwiązań, jakie stosują Chińczycy.

Temat smartfonów wyciąganych podczas koncertów był już poruszany na AW. Pisał o tym Paweł, pisałem o tym ja. Przyznam, że nie potrafię zrozumieć ludzi, którzy patrzą na scenę za pośrednictwem ekranu smartfona. Może to ze mną jest coś nie tak, ale wolę patrzeć bezpośrednio w stronę artysty czy zespołu. Tego filmu i tak nie odtworzę, a jak będę chciał posłuchać jego piosenek, to skorzystam z płyty lub Internetu. Coraz częściej zdarza się też tak, że dane wydarzenie jest profesjonalnie nagrywane, więc mogę nawet film obejrzeć. Dlatego powtórzę: nie rozumiem.

Ekrany trzymane w górze podczas koncertów nogą denerwować, ale jeszcze bardziej irytują telefony wyciągane w kinie. Projekcja w pełni, a ktoś musi odpowiedzieć na posta na Facebooku czy smsa. Albo grzebie w Sieci, bo film mu nie przypadł do gustu i się nudzi. Trafiałem nawet na przypadki, gdy człowiek wyciągał telefon i zaczynał rozmawiać. Ludzie, którzy postępują w ten sposób powinni pamiętać o zdarzeniu, do jakiego doszło w USA – tam osoba korzystająca z telefonu w kinie została kiedyś zastrzelona. Nie twierdzę, że to będzie się powtarzać, zwłaszcza u nas, ale taki ancymon może np. zaliczyć cios od poirytowanego widza…

W operze czy filharmonii na razie nie jest aż tak źle. Przynajmniej w Polsce. Standard? Niekoniecznie – przypominam, że kilka lat temu Krystian Zimerman przerwał koncert, ponieważ był nagrywany przez jednego z widzów. Dzieje się tak mimo tego, że wspomniane instytucje kultury zazwyczaj proszą, by schować aparaty, tablety, kamery, telefony. Nie chcą, żeby koncert czy przedstawienie były nagrywane, nie chcą, żeby ktoś przeszkadzał innym widzom i artystom. Niestety, to nie dociera do wszystkich.

Do tematu wracam, ponieważ trafiłem na ciekawe doniesienia z Chin. Okazuje się, że tam od kilku lat stosuje się tam „bat” na niepokornych widzów (albo zwyczajnych chamów – jak kto woli). To nie jest powszechne rozwiązanie, ale używa go np. Teatr Wielki w Szanghaju. O co chodzi? Jeżeli podczas przedstawienia ktoś wyciągnie smartfon, to obsługa kieruje na niego promienie laserowe. Nazwano to „laserem wstydu” albo „promieniem wstydu”. Gdy kilka wiązek, kropek znajdzie się na jednym człowieku, ten najczęściej szybko chowa urządzenie. Ciekawa sprawa – wcześniej ludzie też musieli na niego patrzeć, gdy wyciągał telefon i jakoś mu to nie przeszkadzano a stygmatyzacja laserowa skłania do zmiany zachowania.

Pomysł nie jest idealny, pracownicy teatru zdają sobie z tego sprawę. Taka wiązka może być niebezpieczna, przeszkadza też w spektaklu. Wadą jest również fakt, że można wskazać niewinną osobę i zrobi się nieprzyjemnie. Albo wskazać właściwą i w ten sposób wywołać kłótnię. Ale alternatywą jest przedzieranie się do takich widzów, krzyk albo pozostawienie ich bezkarnych. Widzowie i artyści wolą podobno lasery i cieszą się z tego, że ta metoda jest stosowana wobec trudnych jednostek. Część artystów radzi wręcz, by takie rozwiązania wprowadzać w instytucjach na całym świecie.

Mam nadzieję, że to nie będzie konieczne, że ludzie się opamiętają, a potrzeba patrzenia w ekran przez cały czas, robienie zdjęć i filmów na każdym kroku jednak opuści ich w takich miejscach, jak teatr czy opera. A jeśli nie opuści, to jestem za tym, by zdawanie telefonów w szatni stało się obowiązkowe. To może być lepsze niż lasery…