3

Ktoś właśnie przekroczył granicę stojącą między ochroną interesów, a ewidentną cenzurą

Blokada The Pirate Bay na poziomie dostawcy internetu w Wielkiej Brytanii to nic nowego. Żadną nowością też nie są będące wręcz aktami desperacji próby walki z piractwem przez wytwórnie i wspomagające je organizacje. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy rykoszetem dostają serwisy w pełni legalne. Strach pomyśleć, dokąd te działania nas wszystkich oraz cały internet […]

Blokada The Pirate Bay na poziomie dostawcy internetu w Wielkiej Brytanii to nic nowego. Żadną nowością też nie są będące wręcz aktami desperacji próby walki z piractwem przez wytwórnie i wspomagające je organizacje. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy rykoszetem dostają serwisy w pełni legalne. Strach pomyśleć, dokąd te działania nas wszystkich oraz cały internet doprowadzą.

Nie chcę tutaj po raz kolejny rozwodzić się nad tym, że wytwórnie „są be”, gdyż nie potrafią stworzyć skutecznej przeciwwagi dla zjawiska piractwa komputerowego i uporczywie trzymają się systemu, który święcił triumfy ładnych kilkanaście lat temu. Problem jest bowiem o wiele bardziej poważny i należałoby tutaj raczej zadać pytanie – jak daleko może się posunąć walka z piractwem? Tydzień temu pisałem o trybie gry po sieci lokalnej, który wycięto z gier właśnie po części w myśl utemperowania wszystkich „crackujących”. Dziś okazuje się, że nie tylko gracze cierpią na tej bezowocnej walce, ale również internauci.

Zapewne część z Was kojarzy projekt The Promo Bay. To inicjatywa, która wystartowała w ramach popularnej Zatoki Piratów. Twórcy, początkowo wzorowali się na googlowskim doodle i podkładali pod logo TPB grafiki szukających popularności, zdolnych, niezależnych artystów. Wśród nich znalazło się nawet kilku Polaków (pisarz s-f i fantasy – Marcin Wełnicki oraz twórca gry McPixel Sos Sosowski). Warunkiem było udostępnienie za darmo czegoś, co pozwoliłoby społeczności serwisu zapoznać się z twórczością danej osoby i zdecydować, czy wesprze ją zakupem gry/książki/płyty etc. Projekt przerósł najśmielsze oczekiwania inicjatorów. Tylko w ciągu ostatnich kilku miesięcy zarejestrowało się w nim 10 tys. twórców chętnych do promowania siebie w ten sposób. Dlatego też australijski przedsiębiorca, Will Dayble we współpracy z TPB postanowił uruchomić nową, zupełnie odseparowaną od Zatoki witrynę, która będzie promowała artystów, a także zapewniała im szereg narzędzi, pozwalających dotrzeć do setek tysięcy internautów. I tutaj pojawił się problem.

Najwidoczniej według dostawców internetu w Wielkiej Brytanii każdy serwis z „bay” w nazwie to jaskinia wylewającego się na świat niczym epidemia piractwa, bo promobay.org szybko zostało zablokowane przez większość tamtejszych ISP. Na samej stronie zaś nie umieszczono ani jednego linku do treści chronionych prawem autorskim. Nie została ona też umieszczona na tym samym serwerze, co TPB oraz (co widoczne gołym okiem) ma zupełnie odmienną domenę. Gdzie zatem tkwi problem? To wiedzą już zapewne tylko odpowiedzialni za blokadę.

Można to oczywiście zrzucić na karb pomyłki, pochopnej decyzji etc. Ale czy wówczas Promo bay byłoby ciągle blokowane? Odnoszę wrażenie, że internet właśnie znalazł się w punkcie, w którym niewygodne treści się po prostu blokuje. Nie wiem tylko kto mógłby być tak naiwny, żeby wierzyć, że sprawa nie nabierze rozgłosu. Bo o ile blokadę na poziomie ISP stron pirackich jestem w stanie jeszcze jakoś sobie wytłumaczyć (obowiązującymi przepisami prawnymi, silnym lobby, względami ekonomicznymi – choć w przypadku tych ostatnich nie jest to sprawa taka prosta i oczywista), to ograniczanie dostępu do innych serwisów, które nie tylko z piractwem mają niewiele wspólnego (w tym przypadku nazwę), ale też promują kulturę, frustruje mnie.

Idąc tym tropem należałoby zablokować dziesiątki innych serwisów. Wezmę przykład pierwszy z brzegu – polską firmę Red Sky, która w swoim portfolio ma m.in. Filestube (wyszukiwarka kojarzona z piractwem ze względu na możliwość przeszukiwania serwisów hostujących pliki). Oprócz tego jednak rozwijanych jest wiele innych projektów. Czy z racji tego powinny ona również zostać poddane cenzurze (chyba to najbardziej odpowiednie słowo)?

Ktoś właśnie przekroczył granicę stojącą między ochroną interesów, a ewidentną cenzurą.