29

Tryb gry po sieci lokalnej padł ofiarą walki z piractwem. Boję się kolejnych kompromisów, na jakie pójdą producenci…

Piątkowy wieczór, za oknem parszywa pogoda, a w mieszkaniu jak na złość zabrakło internetu. Pada więc pomysł – zagrajmy w coś po sieci. Wygrzebuję więc z półki Worms: Reloaded. Gra nieszczególnie nowa, ale nawiązująca do klasyki i cholernie grywalna. Chwila instalacji, uruchamiam i… nie ma trybu gry po LAN. Tego wieczoru nie znaleźliśmy żadnej relatywnie […]

Piątkowy wieczór, za oknem parszywa pogoda, a w mieszkaniu jak na złość zabrakło internetu. Pada więc pomysł – zagrajmy w coś po sieci. Wygrzebuję więc z półki Worms: Reloaded. Gra nieszczególnie nowa, ale nawiązująca do klasyki i cholernie grywalna. Chwila instalacji, uruchamiam i… nie ma trybu gry po LAN. Tego wieczoru nie znaleźliśmy żadnej relatywnie nowej gry, która by takowym dysponowała…

Jak to jest, że zamiast iść ciągle do przodu i rozwijać się, w niektórych kwestiach zdarza się nam solidnie cofać? Wiedzą o tym pewnie niektórzy pracownicy Mozilli, która właśnie zamknęła Firefoksa x64 dla Windows. Być może wie to i HP, które zniechęcone kiepskimi wynikami szybko pozbyło się WebOS. Podejrzewam, że przemknęło to też niektórym product managerom Nokii, po rezygnacji z MeeGo. Ale czy ktokolwiek z branży gier poczuł cokolwiek, kastrując swoją najnowszą produkcję z trybu gry po sieci lokalnej? Pewnie nie, bo i po co?

Nie wydaje mi się, żebyśmy mieli w domach mniej komputerów niż przed kilkoma laty. Nie sądzę również, abyśmy grali mniej z przyjaciółmi (wręcz przeciwnie). Ci, co jeszcze pamiętają (lub nawet ciągle aktywnie organizują) imprezy w stylu LAN-party, gdzie gromada geeków zbierała się z laptopami (miałem kolegę, który przytargał desktopa… – dop. Zgadza się, nie jestem z tego pokolenia, które właśnie desktopy zwoziło do garażu. Te fantastyczne i prawdziwie rasowe LAN party znam tylko z opowieści starszych kolegów, nad czym ubolewam.) i siadała wokół routera, sprawiając wrażenie wyznawców pogańskiego bóstwa, wiedzą, co mam na myśli. Gdzie zatem leży problem? W piractwie, a właściwie nie tyle samym tym zjawisku, tylko sposobie walki z nim.

Kilkanaście lat temu świat był prosty. Nie dlatego, że miałem (tak ja, jak i pewnie Wy) kilkanaście lat mniej, choć pewnie ma to jakiś wpływ na to nostalgiczne spojrzenie. Po prostu na przełomie XX i XXI wieku nikt nie miał wątpliwości, co do tego, że w większości produkcji tryb gry po sieci jest wręcz niezbędny. Wyobraźcie sobie Worms: Armagedon, w które można byłoby tylko grać przy jednym komputerze albo z obcymi ludźmi przez (luksusowy wówczas) internet. Gorzej, pomyślcie to samo o protoplastach serii Heroes of Might & Magic albo (o zgrozo!) takich produkcjach, jak Total Annihilation czy Command & Conquer (choć to akurat o wiele starsze gry).  To było wręcz oczywiste, że jeśli gra posiada tryb multiplayer, jedną z dostępnych opcji jest gra po LAN. Dziś tak już nie jest.

Ale, żebym nie był gołosłowny. Weźmy ostatnie odsłony serii Worms. Reloaded – brak trybu LAN, Revolution – podobnie. Nie usunięto oczywiście trybu gry na jednym pececie, ale czy na to czekaliśmy 12 lat? Żeby zmieniać się co chwila przy biurku i uważać, żeby znajomi ie podglądali na monitorze, jakie power-upy zebraliśmy? Podobnie sytuacja wygląda w innych segmentach. Weźmy na przykład wyścigi. Nie pamiętam już, kiedy w Need for Speed można było grać po LAN. Czy to nie był może poczciwy Shift z 2009 roku? Nie wspomnę już o bardziej casualowych produkcjach (w stylu Mario Kart), w które mógłbym zagrać z dziewczyną. Tutaj jest tak biednie, że aż nie warto szukać.

Są oczywiście i pozytywne przykłady. Ze znanych mi produkcji mogę wymienić Torchlight II, Football Managera, Civilization V, a także wiele FPS-ów (tutaj, protest graczy mógłby być ogromny, bo to jednak esencja tej konwencji). Ale z przykrością obserwuję, jak jest ich coraz mniej. Przykładowo nie tak dawno EA Sports wyrzuciło LAN z FIFY, podobnie zresztą jak Blizzard, który całkowicie wypiął się na granie po sieci lokalnej.

Częściowo winić można programy, które pozwalały na wykorzystywanie trybu LAN do gry przez internet. I tak oto gra była oszukiwana, że łączymy się z komputerem w sieci lokalnej. W rzeczywistości jednak sieć była emulowana i mogli do niej dołączać użytkownicy z całego świata. W ten sposób posiadacze pirackich kopii gier mogli w pełni cieszyć się z uroków gry wieloosobowej. Bez żadnych ograniczeń. Programy te wyrastały swego czasu jak grzyby po deszczu i do dziś cieszą się ogromną popularnością. Nic dziwnego, że w końcu zwróciły uwagę producentów gier.

A Ci wbrew pozorom są bardzo cwani. Nie dość, że udaremnili pirackie praktyki, to jeszcze zmusili graczy do kupowania kilku, a nie jednego egzemplarza gry, żeby zagrać ze znajomymi z pokoju (zakładając, że gra nie wymaga płyty w napędzie do działania). I trudno z tym polemizować, bo prawo (przynajmniej polskie) jest po ich stronie. Otóż programy komputerowe (czyli m.in. gry) są wyłączone z dozwolonego użytku osobistego, a więc nie możemy (chyba, że licencja użytkownika mówi inaczej) pożyczać ich znajomym. W zasadzie, gdyby wziąć prawo bardzo dosłownie, nie powinniśmy znajomym nawet pozwalać grać w nie na naszym komputerze. Nic zatem dziwnego, ze takie perełki, jak wydana przed kilkoma dniami w Polsce F1 Stars Racing działają tylko w oparciu o Steam. Takich praktyk jest coraz więcej. Sam mam na półce pudełka, z którymi nie mogę zrobić nic więcej, bo przypisałem ich klucze do swojego konta.

Tym samym nie powinno teoretycznie dziwić, że producenci w miejsce trybu LAN inwestują w bardziej rozbudowane możliwości gry przez internet. I opłaca się im to o wiele bardziej niż inwestowanie w single’a. Wybitnym tego przykładem jest Spec Ops: The Line. Gra ma przyzwoity tryb dla pojedynczego gracza i widać, że właśnie z myślą o nim ją stworzono. W związku z tym tryb multiplayer w grze przygotowało inne studio, bo tak zażyczył sobie wydawca. W rezultacie multi stało się piętą achillesową tej produkcji, co krytykowali wszyscy – począwszy od graczy, przez recenzentów, a na samych twórcach kampanii skończywszy.

Ale wydawcy dalej brną w multi i będą to robić, bo to jeszcze długo będzie bastion niezdobyty przez piratów komputerowych. Myślę, że to właśnie dla trybu wieloosobowego, rankingów i ogromu miodnych dodatków tyle osób kupuje kolejne części Call of Duty, Battlefielda i im podobne produkcje. Te gry przecież mają dość przeciętne (przynajmniej z mojego punktu widzenia), wtórne i liniowe kampanie, ale ich serwery żyją jeszcze przez wiele miesięcy po premierze. Na całkowitą rezygnację, z single’a, jeszcze za wcześnie i dowodem na to jest wiele niewypałów (np. Star Wars: The Old Republic, Starvoid), które przeszły na bardziej popularny i akceptowalny w segmencie MMO tryb free-to-play.

Chcąc tego czy nie, musimy się pogodzić, ze tryb gry po sieci lokalnej staje się powoli reliktem minionej epoki. Można to tłumaczyć coraz szybszymi łączami szerokopasmowymi, które niwelują potrzebę jego istnienia, ale chyba wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że to mocno naciągany argument. Brak trybu LAN to dodatkowe pieniądze dla twórców – pieniądze, które właściwie leżą na ulicy. A jeśli tak jest, to tylko dureń by ich nie podniósł.

Tego wieczoru, o którym wspomniałem na początku, sięgnąłem do pudła z grami w szafie na najwyższej półce. Znalazłem tam Worms Armagedon i… Toon Car. Gry z odpowiednio 1999 i 2001 roku. Początkowo mieliśmy problemu z kompatybilnością, ale po krótkiej walce się udało. Noc upłynęła zaskakująco szybko… ;)