Kryptowaluty

Kryptowaluty. Czy dwutlenek węgla i polityka zabiją spekulacyjnego smoka?

KK
Krzysztof Kurdyła
46

Historia nowoczesnych kryptowalut, zapoczątkowanych przez wprowadzenie na rynek Bitcoina, ma w swoim micie założycielskim idee bardzo mi bliskie. Jako osoba, której poglądy najlepiej określa: „platoniczny libertarianin i praktyczny klasyczny liberał”, każdą inicjatywę, która chce ograniczyć państwową władzę nad pieniądzem, traktuję z ostrożną sympatią. Kiedy więc zrobiło się o nich głośno, poczytałem... i machnąłem ręką. Blockchain ma ogromny potencjał, ale kryptowaluty w takiej formie nie wyglądały na coś, co będzie w stanie zastąpić państwowe pieniądze. Tego jednak, że na ich bazie wyrośnie niebezpieczna bańka spekulacyjna, która zdestabilizuje także rynek nowych technologii, nie przewidziałem.

Czym jest pieniądz?

Antyweb nie jest portalem ekonomicznym, więc postaram się ten temat opisać maksymalnie skrótowo, ale chcę pokazać fanom krypto, że ich Bitcoiny, Etherum etc. nie spełniają warunków, aby móc być środkiem płatniczym, którego da się powszechnie używać.

Pieniądz jest narzędziem ułatwiającym wymianę jednych towarów na inne, z czego wynika, że pełni też rolę, mówiąc dzisiejszym językiem, porównywarki wartości. Z przyczyn praktycznych musi być trwały, podzielny i trudny do podrobienia. Szczególnie ważną cechą jest też jego stabilność w dłuższym okresie.

Złoto (wspierane srebrem), którego ilość w obiegu przez wieki była regulowana możliwościami i opłacalnością wydobycia doskonale spełniało ten warunek. Fałszerstwa były w miarę proste do wykrycia, a ich skala mocno ograniczona. Większe wahania podaży zdarzały się tylko kilka razy w historii, Ziemia nie miała zbyt wielu nowych kontynentów do odkrycia, czy jedne imperia innych do zniszczenia.

Oczywiście wraz z rozwojem instytucji silnych państw, ograniczona ilość pieniądza stawała się dla rządzących coraz większym problemem. Po próbach „rozwiązania” tego problemu pozostały nam m. in. wycena żartu w tynfach czy prawo Kopernika-Grishama. To wszystko było i tak niczym, w porównaniu do wariactwa, z jakim mamy do czynienia dzisiaj.

Nawet jednak dziś każde państwo chcące się rozwijać musi dbać o względna stabilność swojej waluty. Jeżeli z lubością stosowana polityka osłabiania pieniędzy wymyka się spod kontroli, wali się wszystko, rząd, gospodarka, przemysł. Historia XX wiecznych finansów to właściwie jedna wielka próba znalezienia bezpiecznego mechanizmu, pozwalającego bezkarnie drukować pieniądze.

Najlepiej udało się to Stanom Zjednoczonym przy pomocy mechanizmu „petrodolara”, jednak to przykładów nieudanych mamy znacznie więcej. Absurdalne banknoty węgierskich Pengu, dolarów Zimbabwe czy ciągłe denominacje w dzisiejszej Wenezueli są tego świetnymi przykładami. Także nasz kraj ma na tym polu pewne „sukcesy”, swój pierwszy komputer kupowałem jeszcze za miliony.

Stabilne krypto? Wolne żarty

Powstaje więc pytanie, jakim cudem będące zaprzeczeniem stabilności kryptowaluty miałyby stać się pieniądzem? Patrząc na ich kurs, wyglądający jak projekt kolejki dla wesołego miasteczka, można stwierdzić, że już pierwiastki z samego końca tabeli Mendelejewa wyglądają bardziej stabilnie.

Wyobraźcie sobie, że macie podejmować jakąkolwiek decyzję finansową, w jakiejkolwiek skali, gdzie płatność jest rozłożona na raty lub odroczona w czasie. Ot, podpisujecie umowę na zakup abonamentu na internet...

W dniu 20 marca 2021 r. płacicie za łącze 0,004 BT na miesiąc czyli równowartość 100 zł. Mija 12 miesięcy... opłata za ten sam internet w pieniądzu którym zarabiacie to już 860 zł. Słaby interes, ale umowa jest umową.

W drugą stronę nie wygląda to lepiej. Załóżmy, że tym razem dostarczacie taką usługę i umowę z klientem podpisaliście 19.12.2017 r., 100 zł ma wtedy wartość ~0,001 BT. Rok później prawdopodobnie siedzisz na ławce w parku myśląc co dalej ze sobą zrobić po bankructwie firmy. Zamiast otrzymywać równowartość 100 zł, dostajesz od klientów marne 18 zł, ZUS Bitcoinów przyjąć nie chciał...

Niezależnie jakie kwoty podstawicie, jakich transakcji nie użyjecie, wynik będzie tak samo absurdalny. Nawet przestępcy, często wymieniani jako beneficjenci istnienia krypto, zostali w ten sposób trafieni. Amerykańska prasa opisywała casus wielu dealerów narkotykowych, którzy nie zdążyli sprzedać trzymanych w BT środków przed ostatnim krachem... Nie muszę dodawać, że w tym środowisku niewywiązanie się z zobowiązań wobec dostawców może być bardzo bolesne.

Nawet zakładając, że kurs Bitcoina będzie rósł w nieskończoność, transakcje przy jego pomocy musiałyby ograniczać się tylko i wyłącznie do operacji bieżących. W takiej sytuacji nikt przy zdrowych zmysłach nie weźmie na siebie zobowiązań w takim „pieniądzu”. Ktoś chętny na kredyt mieszkaniowy denominowany w krypto?

Na stabilizację tego spekulacyjnego wehikułu szans nie ma, struktura posiadania wygląda tak, że zdecydowanej większości krypto nie ma w obrocie. W przypadku Bitcoina ocenia się, że z dostępnych jednostek nawet do 80% jest zachomikowane, z czego większość przez dużych graczy. Pojawią się za to na rynku wtedy, gdy „wieloryby” zaczną realizację zysków kosztem drobnicy.

Kasyno wyższego poziomu

Ktoś może w takim razie zapytać, skąd w takim razie dzisiejsza wartość krypto. Odpowiedź jest o tyle prosta, co dla fanów krypto, szermujących często idealistycznymi pojęciami, trochę szokująca. Krypto jest logiczną konsekwencją zamiany pieniądza i rynku kapitałowego w kasyno. Nie jest wcale żadną nową ekonomią, a kolejny etapem upadku starego systemu. To, że krypto jest prywatną inicjatywą, nie ma tu żadnego znaczenia.

Przede wszystkim kryptowaluty wbrew nazwie i retoryce zwolenników nie są traktowane jak pieniądz, ale jako kolejny instrument inwestycyjny. Historia zaś pokazuje, że w ich przypadku ludzie kompletnie nie uczą się na błędach, co więcej, odpowiedzią skompromitowania się prostszych instrumentów, jest pojawienie się boomu na takie, których zasady działania inwestujący nie rozumieją już w ogóle.

Kiedy opowiecie komuś o mechanizmie krachu na akcjach Kampanii Mórz Południowych z 1720 r., zapewne pokiwa głową z politowaniem nad naiwnością jej ówczesnych akcjonariuszy. Jeśli jednak zrobicie to samo, tłumacząc powody krachu z 2008 r., gdzieś przy opowiadaniu o zasadach sprzedaży „nagich” ubezpieczeń od papierów wartościowych, których się nawet nie posiada, uzna was za wariata.

Z tego zjawiska, kompletnego niezrozumienia zasad działania instrumentów które się kupuje korzystają instytucje i ich pseudodoradcy sprzedający „nowoczesne” produkty finansowe. Większość z Was zna zapewne kogoś, kto wpuścił się w jakąś poliso-lokatę opartą o egzotycznie złożone jednostki inwestycyjne. Czy rozumiesz te mechanizmy czy nie, po stracie kasy zaufanie do instytucji je firmujących spada.

Kryptowaluty z Bitcoinem na czele, ze swoim libertariańskim backgroundem, nimbem technologicznej tajemnicy i opinią czegoś, co uratuje nasze środki przed zakusami państwa, banków i złych korporacji trafiło na dobry czas. Po 2008 r. „stara ekonomia” wyglądała bardzo źle, zaufanie do produktów bankowych spadło, a do tego Bitcoin okazał się niezłą alternatywą w czasie kryzysu cypryjskiego, gdy tamtejszy rząd ordynarnie ukradł ludziom część ich pieniędzy leżących na kontach.

To wszystko spowodowało, że ludzie dali kryptowalutom pewien kredyt zaufania, a na pewno wzbudziły ich ciekawość. Sporo osób zaczęło traktować krypto z parareligijną wręcz atencją, zapewniając szeptany marketing. Szczególnie Bitcoin i Etherum stały się bardziej akceptowalne, nawet w Polsce pojawiła się spora ilość „krypto-matów”. Pojawiły się też pierwsze odważne instytucje, które zaczęły je akceptować.

Tyle, że przy wspomnianej wcześniej strukturze posiadania i niewielkiej podaży na Bitcoinie szybko pojawiły się duże wzrosty, a te przerodziły się w bańkę spekulacyjną. To zakończyło „pieniężny” epizod krypto, zanim ten zdołał się tak naprawdę rozpocząć. Co gorsza, na zasadzie owczego pędu do bańki dołączały także inne, pojawiające się jak grzyby po deszczu, altcoiny, których jedyną „wartością” było najczęściej to, że podobnie jak Bitcoin były kryptowalutą.

Wtedy też pojawiły się oznaki tego, że techniczna strona obsługi kryptowalut też może okazać się problematyczna. W czasie pierwszej bańki drastycznie podskoczyły ceny GPU, które stały się podstawą ich infrastruktury. Pierwszy raz, choć jeszcze nieśmiało, zwracano też uwagę na zużycie prądu, a co za tym emisję CO2 jaką całą ta zabawa generuje. Ponieważ jednak bańka dość szybko pękła, tamat przestał być aktualny.

Wodospad pustego pieniądza

To, jak doskonale wiecie, nie był jednak koniec całej historii. Ponieważ widmo kolejnego kryzysu finansowego cały czas wisi nad rządami, a te nie mają interesu w uzdrowieniu instytucji pieniądza, wraz z bankami centralnymi, próbują go odsuwać jedyną metodą jaka im pozostała w arsenale, „drukiem” pustego pieniądza na niespotykaną w historii skalę.

Ludzie mający dostęp do tego wodospadu pieniędzy inwestują je w co się tylko da na rynku kapitałowym, co z jednej strony odsuwa od nas groźbę inflacji, ale powoduje jednocześnie, że bańka puchnie coraz bardziej. Kryzys, który nadejdzie po jej pęknięciu będzie znacznie groźniejszy, niż poprzednie.

W każdym razie rynek akcji w Stanach znalazł się ze swoimi kursami gdzieś za orbitą Jowisza, a kryptowaluty ponownie zaczęły piąć się w górę. Wydaje się też, że wielcy gracze mając po akcji z 2018 r. więcej doświadczenia realizują zyski spokojniej, unikając wywoływania większych spadków. Do tego w kluczowym momencie w zabawę włączył się Elon Musk, który na niebotyczne poziomy wywindował nawet założonego dla żartów Dogecoina.

Kryzys na innych frontach

Ponieważ ceny krypto wskoczyły na równie absurdalne poziomy jak akcje, także infrastruktura potrzebna do ich utrzymania zaczęła się gwałtownie rozrastać. To wygenerowało problemy zupełnie innego rodzaju, kopacze wydrenowali już rynek GPU, teraz zaczynają pojawiać się problemy z pamięciami, dyskami SSD, a nawet klasyczne dyski twarde. Ceny wariują, dostępność urządzeń jest kiepska, zaczynają się pojawiać nawet oszustwa z nimi związane na całkiem dużą skalę.

Powrócił też temat zużycia prądu i emisji CO2, tym razem już na poważnie. Według ostatnich szacunków kopanie tylko samego Bitcoina zużywa rocznie więcej prądu niż całą Argentyna. Całościowe zużycie prądu przez krypto przekracza to, co produkujemy dziś przy użyciu odnawialnych źródeł energii. Ślad węglowy jest duży, ponieważ większość koparek działa dziś w Chinach, gdzie źródłem, subsydiowanego dodajmy, prądu są w dużej części paliwa kopalne.

Powstała specjalna strona, założona przez Uniwersytet Cambridge, o nazwie Cambridge Bitcoin Electricity Consumption Index. Znajdziecie ją pod adresem: cbeci.org. Wynika z niej, że sam Bitcoin odpowiada dziś za zużycie 0,48% z całkowitej produkcji prądu na świecie. Roczne zużycie energii przez infrastrukturę tylko tego jednego krypto szacowane jest na prawie 120 TWh rocznie.

Dochodzi więc do absurdalnych sytuacji, gdzie przykładowo Tesla, która pochwaliła się posiadaniem sporej ilości BT oraz rozpoczęła sprzedaż samochodów przy ich pomocy, może zarobić więcej na samym wzroście wartości tego instrumentu, niż na marży z Tesli. Jednocześnie, jeśli rządu zdecydowałyby się na wyliczanie śladu węglowego dla posiadaczy i obracających Bitcoinem i te wartości trafią do bilansu Tesli, najczystsza firma samochodowa może okazać się... mocno zabrudzona.

Patrząc na ilość poważnych analiz, jakie w ostatnim czasie pojawiają się w tym temacie, całkiem możliwe, że to nie spekulacyjny charakter, a właśnie ekologia i polityka może pokonać dzisiejsze kryptowaluty. Kluczowe decyzje zapadną zapewne w Chinach, ale także kraje „zachodnie” mogą dołożyć swoje trzy grosze.

Około 70% hashy „generowanych” jest w Chinach, co przekłada się według analityków na około 80% udział tego kraju w zużyciu prądu. Już dziś pojawiają się w Państwie Środka, narazie nieoficjalnie, głosy, że kopalnie mogą uniemożliwić Chinom realizację wyznaczonych do 2030 r. celów klimatycznych. Niektóre regiony na własną (albo i nie) rękę już zaczęły działania przeciw górnikom. Czego by o Chinach nie myśleć, z jakichś powodów politykę klimatyczną zaczęły w ostatnich latach traktować poważnie.

Co więcej, kraj ten jest w trakcie wdrażania własnej, scentralizowanej elektronicznej waluty o nazwie e-Juan. Rozproszone, pozostające poza kontrolą władz krypto w stylu Bitcoina może im niedługo zacząć przeszkadzać. Czy scenariusz w którym rząd zakaże kopania, znacjonalizuje koparki i wyrzuci prywatne kryptowaluty ze swojego terenu jest nierealny? Moim zdaniem nie, nawet taki potentat jak Google przekonał się, że Chiny nie żartują, gdy chcą mieć nad czymś pełną kontrolę.

Taki ruch spowodowałby ogromne problemy infrastrukturalne dla krypto, sieć farm jest potrzebna do prowadzenia autoryzacji wszystkich „ruchów” na Bitcoinie, które będąc działaniami kryptograficznymi potrzebują dużych mocy obliczeniowych. Kopania nie wymyślono z przyczyn marketingowych, to nagroda za udostępnianie zasobów.

Równocześnie dyskusja o ekologicznych aspektach krypto trwa już dziś także na „Zachodzie”. Państwa które inwestują ogromne pieniądze w ograniczanie zużycia CO2, zauważają ten rosnący w szybkim tempie problem, a umówmy się, kryptowaluty dla banków centralnych wygodne raczej nie są. Oznacza to tyle, że można spodziewać się w najbliższym czasie jakichś prób wyliczania kosztu ekologicznego używania krypto, co może odstraszyć od jego używania nawet tych, którzy ze spekulacyjnych przyczyn zgodzili się to robić teraz.

Podsumowanie

Idea przyświecająca powstaniu Bitcoina jako niezależnego pieniądza była tyleż piękna, co nierealna. Żeby kryptowaluty mogły pełnić tego typu rolę, musiałyby być w inny sposób dystrybuowane, tak aby uniknąć pułapki zbyt dużej koncentracji w rękach niewielkiej grupy „inwestorów”. Jednak nawet wtedy istniałaby realna groźba, a wręcz prawie pewność, że rządy taką niewygodną dla nich walutę szybko zdelegalizują.

W realnym świecie krypto stało się niczym więcej jak wehikułem spekulacyjnym, tym groźniejszym, że w warunkach nadmiaru pustego pieniądza mogą wygenerować naprawdę ogromną bańkę. Altcoiny da się przecież tworzyć właściwie bez ograniczeń. Wydaje się, że jeśli obcna bańka szybko nie pęknie, kryzys który nadejdzie może być naprawdę duży i nie ograniczy się tylko do sfery finansów.

Jednocześnie już dziś kryptowaluty dewastują rynek komputerowy i półprzewodnikowy, co wyraźnie odróżnia je od poprzednich narzędzi „inwestycyjnych”, a także generują ogromne koszta ekologiczne. Dlatego największe szanse na zabicie tego smoka ma sojusz CO2 i chińskiej polityki walutowej. Ograniczenie emisji CO2 będzie dla nas korzystne, co do chińskiego planu tej pewności już nie ma.

Źródła: [1], [2]

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: