111

Koniec gwarancji, koniec mojej lampki. Jak tu nie wierzyć w celowe postarzanie produktu

Jedni twierdzą, że to spisek producentów, przywołują nazwę kartelu, który ma to wszystko organizować i pustoszyć nam portfele. Inni zapewniają, że to jakiś mit, pomysł przywodzący na myśl speców od reptilian. Dyskusja wokół planowanego postarania produktów, bo to o nim mowa, trwa. I to na różnych szczeblach: od internetowych komentarzy po debaty parlamentarne. Temat śledzę […]

Jedni twierdzą, że to spisek producentów, przywołują nazwę kartelu, który ma to wszystko organizować i pustoszyć nam portfele. Inni zapewniają, że to jakiś mit, pomysł przywodzący na myśl speców od reptilian. Dyskusja wokół planowanego postarania produktów, bo to o nim mowa, trwa. I to na różnych szczeblach: od internetowych komentarzy po debaty parlamentarne. Temat śledzę nie bez przyczyny – właśnie zepsuła mi się lampka stojąca na szafce nocnej. Chyba nie muszę dodawać, że niedawno skończyła się gwarancja…

Zły dotyk

Byłem głupi. To przyznam bez bicia. Kilka lat temu kupiłem lampkę przytwierdzaną do ściany i uruchamianą pokrętłem. Z pomocą tego ostatniego nie tylko włączało się światło, ale też regulowało poziom jasności. Naprawdę fajne rozwiązanie. Do tego sprzęt nieźle się prezentował. Sęk w tym, że po trzech latach używania urządzenie odmówiło posłuszeństwa. Nie pozbyłem się go, miałem nadzieję, że uda się naprawić. Kiedyś podsunąłem ją elektrykowi, który przyjechał do większej awarii instalacji. Popatrzył i stwierdził, że mam sobie dać z tym spokój, bo lampka tak skonstruowana, że roboty sporo, koszt duży, a gra nie jest chyba warta świeczki. To znaczy lampki. Przestrzegł, by następnym razem kupić proste urządzenie bez pokręteł czy innych udziwnień.

Na czym polegała głupota? Ano na tym, że w lipcu 2013 kupiłem lampkę włączaną… dotykiem. Nie chodziło nawet o sam dotyk – po prostu pasował mi jej wygląd i moc. Reszta była za duża/za mała/jak do biura/jak do kancelarii/kiczowata/dla dziecka… Ta jedna wydawała się normalna. Tyle, że uruchamiana w mniej klasyczny sposób. Wszystko było dobrze do ostatniego weekendu. Zadziałał zły dotyk. Wymiana żarówki niewiele dała. Krótkie obliczenia i wszystko staje się jasne: jesteśmy kila tygodni po zakończeniu gwarancji. Więcej chyba nie trzeba dodawać.

To zjawisko ma wielu ojców

Patrząc na zepsuty sprzęt, którego naprawa prawdopodobnie nie będzie opłacalna, zacząłem sobie przypominać wątki dotyczące celowego postarzania produktu. Cóż to takiego? Osoby niewtajemniczone mogę wprowadzić do tematu krótkim fragmentem z Wikipedii:

Planowane starzenie (także: planowane postarzanie produktu, ang. planned obsolescence) – strategia producenta, mająca na celu takie projektowanie towarów, aby miały one ograniczony czas użytecznego życia, po tym zaś okresie stawały się niesprawne, a często nieopłacalne w naprawie. Towary te zwykle psują się zaraz po upływie gwarancji.[źródło]

Najczęściej mówi się o tym chyba w kontekście żarówek, ale „spisek żarówkowy” żyje już swoim życiem, a postarzanie produktów odnosi się do RTV i AGD. Gdzie należy doszukiwać się przyczyn tego zjawiska? Odpowiedź jest dość złożona.

Często wskazuje się przede wszystkim na chęć podkręcenia zysów przez producentów. Jeżeli stworzą trwały towar, to klient nie wymieni go przez lata, a to oznacza brak popytu. Jeśli jednak sprzęt zepsuje się po paru latach, to klient kupi nowe urządzenie. Mowa tu o budowaniu produktów w taki sposób, by po określonym czasie, najlepiej po zakończeniu okresu gwarancyjnego, przestały działać. Tu za krótki drut, tam plastikowy element zamiast metalowego…

Kolejny czynnik to pośpiech i szukanie oszczędności. Producent nie „programuje” awarii, ale też nie próbuje jej przeciwdziałać. By zwiększyć zyski tnie koszty i w efekcie powstają buble.

Swoje robią także przepisy, które zakazują używania np. niektórych metali. Producent jest skazany na stosowanie zamienników, a te nie są równie dobre.

technology-computer-chips-gigabyte

Problemem jest również pogoń klientów za nowościami – często pasuje im postarzanie, bo mogą wymienić sprzęt na nowy i zdobywają do tego sensowny powód: nie kupuję nowego telefonu dlatego, że jest nowy, lecz dlatego, że stary nie działa lub działa opornie. Zwycięstwo marketingowców, którzy obudzili w ludziach żądzę ciągłej wymiany sprzętu na nowy.

Do tego trzeba też dorzucić skąpstwo, podejście „na chytrusa”. Ludzie czasem nie rozumieją, że za daną sumę nie można oczekiwać produktu dobrej jakości. Produkuje to nieznana firma gdzieś na końcu świata i robi to źle. Dlatego cena jest niska.

Urządzenia są trudne w naprawie, ciężko wymienić pojedynczy element, czasem trzeba się go naszukać, by szybko stwierdzić, że jest… drogi. A cała naprawa raczej się nie opłaca.

Na koniec zgodzę się z producentami, że to także efekt postępu: sprzęt jest coraz bardziej zaawansowany, spełnia coraz więcej funkcji, więc i ryzyko awarii rośnie. Kiedyś lodówka po prostu chłodziła, dzisiaj ma być też komputerem, domowym centrum zarządzania i rozmawiać z piekarnikiem. Różnica dość poważna.

Sytuacja mogłaby się pewnie zmienić, gdyby wprowadzić większą odpowiedzialność za produkcję elektrośmieci. Pisałem jakiś czas temu, że dzisiaj ten rynek przypomina Dziki Zachód, możliwe, że kontrola tego biznesu i jego transformacja, włączenie w to np. producentów sprzętu, przyniosłyby korzyści. Nam wszystkim.

Wymieniam to, by pokazać, że problem nie leży jedynie po stronie producentów zacierających ręce na myśl o telewizorze czy lampce psujących się dwa tygodnie po zakończeniu gwarancji. Każdy dokłada tu swoją cegiełkę. Nie zmienia to faktu, że największa odpowiedzialność i „wina” spoczywa na barkach producentów. Nie oszczędzałem na lampce, nie chciałem jej wymieniać na nową, nie rzucałem nią o ścianę. A mimo to przestała działać zaraz po zakończeniu okresu gwarancyjnego. Jakiś producent na tym skorzysta, bo wybiorę się do sklepu.

Co dalej?

Kilka miesięcy temu temat powrócił i narobił sporo szumu w mediach, a przyczyną był raport (wstępny), jaki pojawił się u naszych zachodnich sąsiadów

Alarmujący raport w tej sprawie wydała ostatnio niemiecka Federalna Agencja Ochrony Środowiska, czyli centralny urząd administracji rządowej ds. ochrony środowiska. Naukowcy pracujący na jej zlecenie twierdzą, że szczególnie skrócił się czas użytkowania telewizorów, lodówek i zmywarek.[źródło]

night-television-tv-theme-machines

Zjawisko przestało być postrzegane w ramach mitu, zaczęto je opisywać i to dorzucając liczby, konkretne dowody. Krok naprzód, ale nadal mało to zmienia. Sprawą zajmują się urzędnicy unijni, lecz na razie niewiele z tego wynika. Lokalnie działają Francuzi, to o ich przepisach i walce z celowym postarzaniem produktu jest najgłośniej. Nie wiadomo tylko czy szum przełoży się na realne zmiany. A jeśli się przełoży, to klienci muszą mieć świadomość, że urządzenia mogą stać się droższe. Pytanie, czy finalnie będą zadowoleni z tej walki o ich interes?

Jednego jestem pewien: nie kupię już udziwnianej lampki…