22

Kłótnia na Facebooku może być ciężkim przeżyciem – zwłaszcza dla laika

„Straciłem przyjaciół”. Od wczoraj zastanawia mnie to zdanie, a przeczytałem je w tekście Tomasza poświęconym rozszerzeniu dla przeglądarek, informującym o tym, że ktoś usunął nas z listy znajomych na Facebooku. Podejrzewam, iż jeszcze kilkanaście dni temu wzbudziłoby ono mój gromki śmiech, bo do sieci społecznościowych podchodzę ze sporym dystansem. Przynajmniej do niedawna podchodziłem – dlatego […]

„Straciłem przyjaciół”. Od wczoraj zastanawia mnie to zdanie, a przeczytałem je w tekście Tomasza poświęconym rozszerzeniu dla przeglądarek, informującym o tym, że ktoś usunął nas z listy znajomych na Facebooku. Podejrzewam, iż jeszcze kilkanaście dni temu wzbudziłoby ono mój gromki śmiech, bo do sieci społecznościowych podchodzę ze sporym dystansem. Przynajmniej do niedawna podchodziłem – dlatego teraz przywołane zdanie budzi raczej niepokój.

Facebook nigdy nie był moją pasją i podchodziłem do tego serwisu ze sporym dystansem. Użytkownikiem stałem się dość późno, w znacznej mierze wynikało to z przymusu niż z wewnętrznej potrzeby. Zresztą, po rejestracji nie zmieniło się zbyt wiele – nie wpadłem w wir szukania znajomych, rozsyłania im zaproszeń, lajkowania, szerowania, udostępniania treści itd. Raz na jakiś czas wykazuję się jakąś aktywnością, ale dla imperium Zuckerberga jestem chyba użytkownikiem dziesiątej kategorii. FB służy głównie jako narzędzie do pracy i ograniczonej komunikacji (głównie czat) – na tym koniec.

Do zeszłego tygodnia nie brałem udziału w żadnej większej dyskusji na Facebooku. Wcześniej obserwowałem co prawda te internetowe wymiany zdań (czasem bardzo ostre), ale sam jakoś nie dałem się w nie wciągnąć. Dlaczego? Trudno powiedzieć – chyba nie podam zwięzłej i jednocześnie wyczerpującej odpowiedzi. Zmienił to weekend poprzedzający miniony tydzień. I to zmienił w sposób radykalny – nie dołączyłem do już trwającej dyskusji, ale w dużej mierze sam ją sprowokowałem i ciągnąłem przez dwa dni. Przyznam szczerze, że po tej słownej szermierce długo dochodziłem do siebie. Zdawałem sobie sprawę z tego, iż niewinne sprzeczki w Sieci mogą się przerodzić w ostre batalie, ale nie spodziewałem się, że wywołują one aż tak duże emocje. Czytając internetowe kłótnie innych, podchodziłem z dystansem i spokojem do argumentów obu stron. Gdy sam wziąłem udział w takim starciu, nie mogłem spać przez dwie noce i byłem wyczerpany – Internet kolejny raz udowodnił mi, że nie stanowi świata równoległego, lecz jest integralną częścią rzeczywistości, w której funkcjonuję.

Niejednokrotnie pisałem na AW, że rozdzielanie świata wirtualnego od tego rzeczywistego jest błędem. Za słowa i czyny popełnione w cyberprzestrzeni trzeba brać odpowiedzialność w realu – może brzmi sztucznie i patetycznie, ale taka jest prawda. Przy użyciu Sieci można człowiekowi zniszczyć życie lub przynajmniej poważnie je skomplikować, doprowadzić do jakiegoś nieszczęścia, wywołać lawinę, której efekty będą bardzo widoczne w realu. Można ją oczywiście wykorzystać do wykreowania czegoś dobrego, ale tym razem skupię się na negatywnych emocjach.

Pomówienia, szkalowanie i nakręcanie spirali nienawiści w Sieci nie są dla mnie żadną niespodzianką. Obserwuję to każdego dnia i przyznam, że w znacznej mierze stałem się już ofiarą znieczulicy. Pomyje wylewane na innych przestały na mnie robić większe wrażenie, nie wywołują zdziwienia, chęci powiedzenia veto, nawet odraza do tych praktyk stała się mniejsza. Może dziwnie to zabrzmi, ale po prostu przyzwyczaiłem się do tego obrazu rzeczywistości. Nie tylko internetowej, bo coś strasznego dzieje się z całym otaczającym nas światem – zwłaszcza na gruncie lokalnym. Człowiek inaczej zachowuje się jednak, gdy czyta czyjś krzyk wymierzony w polityka, aktora czy biznesmena, a inaczej, gdy sam jest adresatem nieprzyjemnych słów. Niby nic odkrywczego, ale jeszcze dwa tygodnie temu nie przypuszczałem, iż dam się tak ponieść emocjom w sprzeczce na Facebooku.

Jak już pisałem, było to dla mnie novum. I to w wymiarze wielowątkowym: nie widziałem adwersarzy, a wydawało mi się, że do mnie krzyczą, siedziałem sam przed komputerem, a głośno komentowałem odpowiedzi na moje posty, miałem problem z opanowaniem emocji, które wcześniej wydawały mi się właściwe raczej dla starcia na ulicy, niż dla pisania w Sieci. Po całej tej historii byłem wycieńczony psychicznie i fizycznie. Czułem się jak po bójce poprzedzonej skandowaniem swojego stanowiska, a nie po wyklinaniu na klawiaturze kilkudziesięciu zdań. Dodam, iż sama rozmowa nie była naszpikowana wulgaryzmami, inwektywami czy personalnymi wycieczkami. To w miarę kulturalna dyskusja – po prostu przepaść między dwiema stronami okazała się nie do zasypania. I chyba każdy uczestnik sporu w jakimś stopniu w nią wpadł.

Po całym zajściu, reasumując na spokojnie to, co zaszło, doszedłem do wniosku, że taka internetowa wymiana zdań ma swoje zalety. Po pierwsze, nie dojdzie do rękoczynów – nawet, gdy sprawy potoczą się bardzo źle (no chyba, że mowa o sąsiadach, którzy nagle postanowią dać upust swoim emocjom na placu zabaw czy w ogródku jednego z nich). Dzięki temu dyskusja staje się bardziej cywilizowana – usuwamy z niej pierwotne zachowania, a to powinno się wszystkim przysłużyć.

Po drugie, po napisaniu swojej odpowiedzi, można ją jeszcze raz (albo pięć razy) przeanalizować. Czasem wydaje się to zapewne trudne, bo w głowie aż huczy i trzęsą się ręce położone na klawiaturze, ale nic się nie dzieje, nim palec nie naciśnie entera. Piszesz, czytasz, zastanawiasz się, czy to nie przesada, czy argument jest słuszny, czy na pewno chcesz to powiedzieć. W rozmowie twarzą w twarz znacznie trudniej o takie zahamowania. A raz wypowiedzianych słów nie można już wykasować z pomocą backspace. Nie wiem, czy to jedynie moje odczucie, ale język trudniej powstrzymać, niż palce na klawiszach (anonimowych wypowiedzi pisanych w Sieci nie liczę i nie powinno się na nie zwracać uwagi). Zresztą, zawsze można odejść od komputera, wyjść na balkon i przewietrzyć się przed kolejnym postem. Jeżeli dwie osoby dyskutują zacięcie przy stole, to wydaje się mało prawdopodobne, by ktoś wstał i poszedł się przewietrzyć. A jeśli do tego dojdzie, to druga strona wcale nie musi pozytywnie zareagować.

Trzecia zaleta to możliwość szybkiego wynajdywania i dodawania do wpisu argumentów dla potwierdzenia swoich racji. Kończą się hasła w stylu pokazałbym ci, są na to dowody, można to łatwo udowodnić. Przynajmniej przestają być hasłami bez pokrycia. Tym razem sprawa jest prosta: skoro jest tak, jak mówisz, to udowodnij – wyślij link lub przynajmniej napisz, gdzie szukać informacji. Niestety, to ma także swoją ciemną stronę, jeśli trafisz na przeciwnika, który bezkrytycznie przyjmuje wszystkie materiały dostępne w Sieci. W takim przypadku argumentem w dyskusji nie będą już twarde dane zebrane i opracowane przez specjalistów, zgodnie z przyjętymi normami i zasadami, ale np. wiralowo rozpowszechniane obrazki zawierające informacje, które mógł tam wpisać każdy, bez brania odpowiedzialności za treść. Bezkrytyczne rozpowszechnianie takich materiałów i używanie ich w dyskusji może zbić z tropu, bo na nie po prostu nie ma kontrargumentu, a przynajmniej trudno komuś wytłumaczyć, że to zwykły farmazon. Skoro już o minusach mowa.

Wspomniałem przed momentem, że za sprawą Facebooka sprzeczka może przybrać cywilizowaną formę. Warto jednak pamiętać, iż gdyby nie było Facebooka… to do kłótni zapewne by nie doszło. W wymianie zdań, w której uczestniczyłem, brali udział ludzie mieszkający nie tylko w różnych regionach Polski, ale też osoby, które obecnie żyją w innych państwach. Ci ludzie zapewne nie trafiliby na siebie w realu, a co za tym idzie, nie doszłoby do kłótni. Nawet, gdybym spotkał się w realu z osobą, z którą poprztykałem się w Sieci (a dochodzi do tego raz na jakiś czas), to nasza rozmowa prawdopodobnie nie zeszłaby na temat, który doprowadził do scysji.

We wstępie wspomniałem, że hasło „straciłem przyjaciół” w kontekście wyrzucenia z grona znajomych na Facebooku kiedyś wywołałoby u mnie śmiech, a dzisiaj podchodzę do sprawy inaczej. Bo chociaż pokłóciłem się z kimś w świecie wirtualnym, to konsekwencje tego zdarzenia będą widoczne w realu. Zastanawiałem się przez kilka dni czy po tej ostrej wymianie zdań wylecę z grona znajomych na Facebooku, co oczywiście byłoby równoznaczne ze „spadaj i więcej się do mnie nie odzywaj”. Pół biedy, gdy mowa o osobie, którą widziało się raz w życiu, a która z niewiadomych przyczyn zaprosiła do grona znajomych. Gorzej, gdy mówimy o tych „prawdziwych” znajomych. Kolejny już raz przekonałem się, że wydarzenia w Sieci mogą mieć (i mają) wpływ na nasze codzienne życie, na sytuację w realu. Dowód bolesny, ale przyda się chyba każdemu, kto twierdzi, iż internetowa rzeczywistość dzieje gdzieś tam, a nie tu i teraz.

Źródło grafiki: ipost.wordpress.com