2

Kiedy organizacje antypirackie wykorzystują swoją pozycję do łamania prawa, które powinny chronić

Organizacje antypirackie w teorii pilnują wszystkich, żeby nie wykorzystywali twórczości artystów bezprawnie. Pytanie, kto będzie pilnował te organizacje? W Holandii wyszedł na jaw skandal, w jaki zamieszana jest taka właśnie instytucja. W kampanii antypirackiej został bezprawnie wykorzystany utwór muzyczny pewnego artysty. Jakby taka ironia losu była niewystarczająca, inna organizacja obiecała swoją pomoc w zamian za 1/3 całego odszkodowania artysty, argumentując, że […]

Organizacje antypirackie w teorii pilnują wszystkich, żeby nie wykorzystywali twórczości artystów bezprawnie. Pytanie, kto będzie pilnował te organizacje? W Holandii wyszedł na jaw skandal, w jaki zamieszana jest taka właśnie instytucja. W kampanii antypirackiej został bezprawnie wykorzystany utwór muzyczny pewnego artysty. Jakby taka ironia losu była niewystarczająca, inna organizacja obiecała swoją pomoc w zamian za 1/3 całego odszkodowania artysty, argumentując, że jeśli nie ich interwencja, nie będzie miał nic. Nic więc dziwnego, że coraz więcej podmiotów mających coś wspólnego z walką z piractwem kojarzy się coraz bardziej z  korupcją i mafią.

Sens istnienia instytucji, mających odgórnie chronić artystów poprzez bezwzględną walkę z piractwem, ponownie został wystawiony na ciężką próbę. Być może najcięższą do tej pory. Historia którą pisał serwis Torrent Freak wygląda następująco:

Muzyk Melchior Rietveldt, na potrzeby festiwalu filmowego godził się skomponować muzykę jak podkład do antypirackiego wideo. Zgodnie z umową materiał miał być wykorzystany tylko na lokalnym festiwalu filmowym i tylko pod takim warunkiem Rietveldt przystał na taki układ.

Mimo to utwór został wykorzystany bez wiedzy i zgody artysty w szeroko zakrojonej kampanii antypirackiej. Rietveldt przekonał się o tym kupując film Harry Potter na DVD, na którym to nośniku znalazło się wspomniane wideo wraz z jego muzyką. Jak się okazało, nie był to odosobniony przypadek, filmów zawierających ten materiał było znacznie więcej. Zgodnie z wyliczeniami doradcy finansowego muzyka, uwzględniając miliony sprzedanych DVD zawierających pracę Rietveldta, za którą nie otrzymał żadnego wynagrodzenia, strata została oszacowana na 1,3 mln dolarów. Działo się to w 2007 roku.

Torrent Freak zwraca uwagę, że w Holandii istnieje zarówno doskonałe prawo autorskie, które reguluje takie kwestie, jak i  agencje zajmujące się podobnymi sytuacjami, tak więc artysta powinien otrzymać stosowną pomoc mającą na celu uregulowanie zaległego wynagrodzenia. Niestety, sprawa miała przyjąć jeszcze gorszy obrót.

Początkowo sprawa Melchiora Rietveldta została zignorowana, jednak w tym roku jeden z przedstawicieli agencji Buma/Stemra zgłosił się do artysty i zaproponował swoją pomoc w zamian za 33% kwoty wynagrodzenia należnej muzykowi, czyli niebagatelne 430 000 dolarów. Całą rozmowa pomiędzy przedstawicielem Buma/Stemra, a doradcą finansowym Rietveldta została nagrana przez Pownews. Na pytanie, czemu nie cala kwota trafi do artysty, tak jak się dzieje zazwyczaj, przedstawiciel odparł:

It could be because a lot of people in the industry know that they are in trouble when I get involved

Doradca finansowy muzyka jeszcze raz upewnił się, czy na pewno artysta ma przekazać jedną trzecią odszkodowania w zamian za pomoc. Okazało się, że tak ale w zmian za to muzyk dastanie przecież 858 000 dolarów odszkodowania, a teraz nie ma nic.

Po szczegóły całej sprawy zapraszam do źródła.

Jest to nie pierwszy przypadek wykorzystywania swojej pozycji wszelakich instytucji mających rzekomo bronić praw autorskich. Przypomina się chociażby sprawa Hotfile pozywającego Warner Bros za nadużycia.

Po raz kolejny wchodzi na jaw, że nie chodzi o walkę z piractwem, ochronę artystów, tylko zwyczajnie o robienie pieniędzy, wszelkimi sposobami, pod przykrywką szlachetnej działalności, w którą wierzy coraz mniej osób, w tym również artystów.

Organizacje antypirackie zamiast dbać o przestrzeganie prawa, chcą się postawić ponad nim. Powstaje pytanie, kto ma kontrolować takie instytucje i czy są one w ogóle potrzebne? Wszak zgodnie z artykułem Michała Majchrzyckiego, piractwo niekoniecznie musi generować szkody, może wręcz przynosić zyski. Zatem mnożenie bytów ponad konieczność, bytów, których pracownicy muszą się utrzymać, mając do dyspozycji demoralizująca ilość władzy, musi stanąć pod znakiem zapytania.

Doszliśmy do absurdu, kiedy opłaca się straszyć fikcyjnymi pozwami oczekując, że zastraszeni ogólną antypiracką atmosferą ludzie zechcą na wszelki wypadek pójść na ugodę i wpłacić określoną kwotę. Walka z piractwem już dawno wymknęła się spod kontroli.