84

Nie sądziłem, że nowe technologie mogą wykończyć język w europejskim kraju

Islandia to dla przeciętnego Europejczyka miejsce intrygujące. Oddalone od reszty kontynentu, zmagające się z trudnym klimatem, a jednak należące do naszej kultury i pod wieloma względami wysoko rozwinięte. Ów rozwój ma swoje zalety, lecz Islandczycy wskazują też na wady - jedną z nich jest zagrożenie języka. Im szybciej postępuje globalizacja, im bardziej do ludzi trafia angielski we wszelkich nowinkach, tym rzadziej używa się islandzkiego.

Język odgrywa kluczową rolę w rozwoju kultury, tego pewnie nie trzeba nikomu tłumaczyć. Dzisiaj mieszkańcy naszej planety posługują się tysiącami języków, ale od dawna powtarza się, że ta liczba ulega zmniejszeniu: niektóre po prostu zanikają, ludzie przestają ich używać, społeczności wymierają, bezpowrotnie jest coś tracone. Byłbym skłonny stwierdzić, że nowe technologie mogą tu pomóc – dzięki nim łatwiej będzie zarchiwizować zagrożone języki. Zarówno w mowie, jak i piśmie. Za sprawą rozwoju sztucznej inteligencji, wszelkich translatorów, taka mowa mogłaby się nawet rozwijać, nie stałaby się martwa. Ludziom łatwiej będzie się porozumiewać, nowe rozwiązania zniosą bariery językowe, a jednocześnie nie ucierpi kulturowy fundament. Rzeczywiście nie ucierpi?

Zaczynam mieć wątpliwości, a wszystko za sprawą Islandczyków – część z nich obawia się, że język islandzki znalazł się w tarapatach m.in. wskutek rozwoju. Sprawa jest oczywiście bardziej złożona: to niewielki naród, liczb osób posługujących się islandzkim jest mocno ograniczona. Jednocześnie mieszkańcy wyspy dobrze znają angielski i często się nim posługują – kraj czerpie wielkie korzyści z rozwoju turystyki, co jeszcze bardziej skłania do uczenia się i używania angielskiego. Podobno dochodzi już do tego, że uczniowie szkół między sobą rozmawiają w języku Szekspira. Obcy nie uczą się islandzkiego, wszystko jest w rękach (ustach) tubylców. Co mają z tym wspólnego nowe technologie?

Islandczycy od nich nie stronią. Internet jest tam powszechny (z sukcesem działa nawet Partia Piratów), ludzie posiadają komputery, smartfony, coraz więcej inteligentnych urządzeń. Te obsługiwane są jednak… po angielsku. Asystenci głosowi nie rozpoznają islandzkiego, Alexa czy Siri wymaga angielskiego. Producenci po macoszemu traktują mowę znacznie większych narodów, więc Islandczycy nie mają co liczyć na to, że Amazon czy Apple nagle zaczną o nich dbać. Język ojczysty nie jest też dostosowywany do zmian we współczesnym świecie, więc specjaliści, np. informatycy, chcąc się dogadać, przechodzą na angielski.

Ktoś stwierdzi, że niektóre rozwiązania, np. wspomniani asystenci głosowi, nie obsługują też polskiego – czy to oznacza, ze nasz język jest zagrożony? Niekoniecznie, paradoksalnie nieznajomość angielskiego wśród milionów obywateli jest tu plusem. Na Północy mają „gorzej”, bo zdecydowana większość społeczeństwa mówi płynnie w tym języku. A jeżeli weźmie się pod uwagę, że to właśnie mowa ma stanowić przyszłość komunikacji na linii człowiek-maszyna, pojawia się pytanie, czy islandzki przetrwa, jeśli nie zostaną wprowadzone jakieś zmiany?

Ciekawa kwestia, wcześniej nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak rozwój technologiczny może wpływać na język. Widziałem w nim „pomocnika”, wsparcie i ochronę, tymczasem może być gwoździem do trumny. Przecież obok islandzkiego wymienić można kilka innych języków (w samej tylko Europie), które mogą mieć podobny kłopot. Czy to ma jakieś znaczenie? Ma – stracimy część kultury. Globalizacja ma swoje plusy, ale nie musi oznaczać unifikacji. Islandia nie stanie się ciekawsza, jeśli będzie bardziej przypominać kraje anglosaskie…