107

Jakim prawem Google prześladuje polski byznes?

Ostatnio głośno zrobiło się na temat ograniczania wpływów Google. Korporacja stała się naprawdę potężna i coraz więcej osób zadaje sobie pytanie, co z tym zrobić. Podzielić? Narzucić kontrolę, która przypilnuje poczynania Amerykanów? A może po prostu dobrać się do ich portfela? Dyskusja trwa. I nie można odpuszczać, bo internetowy gigant już przegina – ucierpiała przez […]

Ostatnio głośno zrobiło się na temat ograniczania wpływów Google. Korporacja stała się naprawdę potężna i coraz więcej osób zadaje sobie pytanie, co z tym zrobić. Podzielić? Narzucić kontrolę, która przypilnuje poczynania Amerykanów? A może po prostu dobrać się do ich portfela? Dyskusja trwa. I nie można odpuszczać, bo internetowy gigant już przegina – ucierpiała przez nich polska firma, która zawiniła tylko tym, że znalazła się w polu rażenia złego Google. No, nie do końca.

Trafiłem na Facebooku na dyskusję dotyczącą tekstu opublikowanego w natemat.pl (to z niego pochodzą niektóre fragmenty cytowane we wpisie). Sprawa dotyczyła Google, więc kliknąłem – a nuż coś ciekawego. I było ciekawie. Tomasz Molga w artykule zatytułowanym Jak Google chciało zamknąć biznes Polakom. Kolejny powód, żeby ograniczyć wszechwładzę wyszukiwarki wskazał palcem na bandytę globalnej Sieci, firmę, która cały czas daje powody, by ich nie lubić. A najgorsze jest to, że z ich dyktaturą niewiele można zrobić. Wydawnictwa próbowały się bronić i o mały włos nie straciły kończyn. Poszkodowanym nie jest tylko Axel Springer – ofiary Google można znaleźć i na polskim podwórku. Przykładem Nokaut.pl.

Pan Molga wrócił do spawy z początku roku 2012, gdy Google uderzyło m.in. w polskie porównywarki cen. Co się wtedy stało? Przywołam fragment tekstu Grzegorza:

Ciekawe rzeczy dzieją się od wczoraj w sieci. Z wyszukiwarki Google zniknęła bowiem czołówka porównywarek cen na czele z Nokaut, Ceneo, Skąpcem. Nie wiem czy pamiętacie ale już kilka lat temu narzekałem na to, że w Google coraz trudniej coś znaleźć nie trafiając na małej wartości wyniki pochodzące właśnie z porównywarek cen.

Zniknięcie to oznacza tak naprawdę nałożenie filtra przez Google dzięki któremu porównywarki cen nie wyskoczą nam teraz przy wyszukiwaniach produktów które mają w swojej bazie opisane i porównane. OKazuje się, że Google w końcu zabrało się za radykalne porządki. Dlaczego teraz i dlaczego tak nagle tego nie wiem. Jest to natomiast śmiertelny cios dla tego typu serwisów.

Po kilku kwartałach widać, że to faktycznie był cios, a najbardziej ucierpiał Nokaut: drastycznie spadła liczba użytkowników, zdecydowanie pogorszyły się wyniki finansowe, konieczne były cięcia i zwolnienia. Wszystko to w czasie, gdy Nokaut planował wejść na giełdę. Tragedia. Nie dziwię się szefowi Nokautu, Michałowi Jaskólskiemu, że nie darzy sympatią Google. W pocie czoła budowali biznes, firma świetnie się rozwijała i nagle bam, cios w potylicę od wyszukiwarki. Za nic. Najlepiej obrazują to słowa z przywołanego artykułu: nie podskakujcie, bo możemy zadusić wasz biznes, o tak.

Czujny Czytelnik spyta: ale jak to? Ktoś podskakiwał? Dochodzimy do bardzo istotnego elementu układanki: porównywarki dostały po łapach, bo grały nieuczciwie. Wie o tym nawet Tomasz Molga:

Google uznało, że porównywarki cen produktów zbyt nachalnie korzystają z systemu wymiany linków. Narzędzie to sztucznie podbijało pozycję serwisów w wyszukiwarce. Aby ukarać polskie serwisy, Google zwyczajnie ograniczył ruch internautów na ich stronach

Teraz najlepszy fragment:

Można powiedzieć, że działania polskich firm to cwaniactwo, które okazało się mieć krótkie nogi i zostało ukarane. Problem jednak polegał na skali restrykcji giganta.

Czyli można powiedzieć, że Jaskólski i spółka kombinowali i chcieli przechytrzyć Google, kręcili na podwórku prywatnej firmy, dzięki której kosili kasę, ale trzeba od razu dodać, że to nie było kręcenie zasługujące na tak srogą reakcję Amerykanów. Przecież na działania Nokautu czy Ceneo internetowy gigant mógł zareagować inaczej: wysłać maila, napisać na swoim blogu, że to trochę nieuczciwe, upomnieć za pośrednictwem Google+, ewentualnie zadzwonić. Po co od razu filtry nakładać? Gdyby Google zastosowało mniej radykalne środki to Jaskólski pewnie od razu zacząłby stosować się do zasad narzuconych przez firmę z Mountain View. Bo przecież działa w oparciu o ich biznes. Jak mógłby grać nieuczciwie na podwórku Google, wiedząc, że Amerykanom się to nie podoba? No nie mógłby.

Wczoraj wieczorem pisałem o logice Kalego i dzisiaj chyba mamy kolejny jej przykład: dopóki Google nie ingerowało w działania porównywarek i pozwalało na „magię” w ich wykonaniu, było ok. Jak tylko skorzystali z rozwiązania, do którego mieli prawo (oczywiście w opinii niektórych to wyłącznie prawo silniejszego i trzeba je ukrócić), to patrzymy już na inną firmę: podłego monopolistę, który 30 Polakom zwolnionym z Nokautu odebrał źródło utrzymania. Chleb odjął od ust. Autor z natemat.pl ma rację: trzeba ograniczyć władzę wyszukiwarki.