9

Po co kupować oryginalne produkty, skoro podróbki są tańsze i lepsze…

Wiele firm cieszy się pewnie z tego, że nastały czasy "globalnej wioski", bo to daje możliwość cięcia kosztów, np. w procesie produkcyjnym i szybkiego zwiększania przychodów za sprawą ekspansji postępującej nawet na kilku kontynentach. Ale ma to także swoje ciemne strony: szybciej rozwija się m.in. rynek podróbek - on także zmienił skalę, korzysta z nowych narzędzi i staje się coraz większym zagrożeniem dla mniej lub bardziej znanych marek. Starcie obu stron pewnie będzie postępować w najbliższych latach, a sporą rolę mogą tu odegrać giganci e-commerce. Przykładem Alibaba - ta korporacja stanie w mocnym rozkroku.

Jack Ma to jedna z gwiazd chińskiego biznesu: nie dość, że trafił do grona najbogatszych ludzi świata, że jego majątek wycenia się na dziesiątki miliardów dolarów, a firmy uznawane są za godnych przeciwników zachodnich korporacji, to jeszcze przeszedł drogę od zera do miliardera i stał się przykładem zaradności. Zrealizował kapitalistyczny sen w komunistycznym kraju. I będzie go pewnie realizował nadal, bo ambicje ma olbrzymie, chce, by jego firmy stały się globalnymi hegemonami. To jednak wywołać może sporo zgrzytów.

Plany są ambitne. Bardzo ambitne

Nie jest tajemnicą, że Alibaba chce się rozwijać w skali globalnej. Firma już dzisiaj jest duża, nawet bardzo duża, ale nakręca ją głównie rodzimy rynek. Na nim też można jeszcze sporo zdziałać, gigant e-commerce postara się np. dotrzeć do mieszkańców wsi, lecz na tym sprawa się nie kończy – drugim celem jest rozwój poza Chinami. Zarówno w innych azjatyckich krajach, jak i w świecie zachodnim. Aby zobrazować te plany, wystarczy przywołać kilka liczb: obecnie Alibaba ma ponad 420 mln klientów, za dwie dekady liczba ta ma wzrosnąć do 2 mld. Firma zakłada, niebezpodstawnie, że pokaźny odsetek mieszkańców naszej planety będzie robił zakupy korzystając z chińskich serwisów e-commerce.

Gdy spojrzymy na obecne wyniki finansowe i na prognozy, można się złapać za głowę – podejrzewam, że tak właśnie robią decydenci zachodnich molochów e-commerce (ale też tradycyjnego handlu), którzy muszą poważnie podchodzić do poczynań Chińczyków. Tu nie ma miejsca na ignorancję, o której pisałem kilka dni temu. Alibaba sama w sobie jest silna i ma spory potencjał, a przy wsparciu państwa może to być machina nie do zatrzymania. Tak przynajmniej wydaje się na pierwszy rzut oka – jeżeli przyjrzymy się bliżej, to zauważymy, że w ten mechanizm można wbić kij, który spowolni firmę.

Zjeść ciastko i mieć ciastko

Napisałem we wstępie, że Alibaba stanie w mocnym rozkroku i teraz to powtórzę. Problem firmy polega na tym, że chce być jednocześnie chińska i międzynarodowa, nawet zachodnia. A to póki co nie musi iść w parze. Problem widać doskonale w przypadku podróbek. Chiny są z nimi mocno związane i kojarzone, lokalny rynek aż puchnie od towarów ze znanymi logo, które można kupić za kilka dolarów. Znam ludzi, którzy podróbki drogich zegarków czy torebek kupowali w Chinach na walizki. Problem nie jest świeży, ale był w miarę tolerowany dopóki wszystko to działo się w Państwie Środka: firmy z Zachodu może i traciły część zysków, ale jednocześnie korzystały z taniej produkcji – ostatecznie i tak wychodziły na swoje.

Teraz kłopot staje się większy – przybywa firm, które chcą sprzedawać podróbki na Zachodzie i wykorzystują do tego nowe narzędzia, m.in. biznes internetowy. To czasem te same fabryki, które tworzą dla zachodnich marek – dywersyfikują swoje przychody. Taki rozwój wypadków już mniej odpowiada Europejczykom czy Amerykanom. Walka z tymi fabryczkami może być swoistą walką z wiatrakami czy starciem z hydrą, więc celem stają się pośrednicy. A największym z nich jest Alibaba. Pojawia się tu swoiste ultimatum: chcesz u nas robić interesy? Ok, działaj, ale zadbaj też o nas, zwalczaj piractwo. Jack Ma i spółka stają przed następującym dylematem: uderzyć w producentów i klientów w swoim kraju, jednocześnie w nabywców, którzy są zainteresowani podróbkami poza Chinami czy narażać się firmom, organizacjom i władzom w krajach, w których chce się rozwijać? Trudno będzie pogodzić działania w obu kierunkach, ale szef Alibaby próbuje.

Jack Ma chwali podróbki i mówi o nowym modelu biznesowym

Sprawę przywołuję akurat teraz, ponieważ komentuje ją szef chińskiego giganta. I stara się to zrobić w sprytny sposób, wykonuje niezłe akrobacje. Z jednej strony przekonuje, że Alibaba stara się zrobić wszystko, by wyeliminować piractwo i podróbki, że zajmuje się tym sztab ludzi, że ten biznes nie będzie „zagłębiem lewizny”. Z drugiej jednak strony próbuje tłumaczyć rynek podróbek i pokazać go w korzystnym świetle. Stwierdził, że dzisiaj podróbki mogą być nie tylko tańsze, ale też lepsze jakościowo niż oryginały. Tani wykonawcy pracując dla zachodnich marek nauczyli się biznesu i dzisiaj dywersyfikują przychody. Owszem, ze szkodą dla zachodnich firm, ale te ostatnie przez lata korzystały przecież z „bonusów”, jakie dawała produkcja w Chinach. Niektórzy stwierdzą, że teraz przyszedł czas zapłaty za krótkowzroczność.

Jack Ma tłumacząc ten proceder i próbując osłabić jego negatywny odbiór, mówił nawet o „nowym modelu biznesowym”, a nie po prostu o piractwie. Chińczycy stali się sprytniejsi, przestają płacić „frycowe” i na Zachodzie wypada to chyba wziąć pod uwagę. Przynajmniej tak można rozumieć słowa Ma. Przyznam, że nie dziwi mnie taka postawa, nawet ją rozumiem – Alibaba chce się rozwijać i woli nie prowokować zachodnich partnerów, jednocześnie nie może sobie jeszcze pozwolić na to, by zlikwidować lub przynajmniej mocno ograniczyć handel podróbkami w swoich serwisach, bo to oznaczałoby dla firmy ostre hamowanie. Taktyka może i ciekawa, ale zastanawiam się, jak długo Alibaba może ją stosować?

Innym aspektem sprawy jest to, czy należy się zgodzić z szefem Alibaby: czy podróbki rzeczywiście potrafią być dzisiaj lepsze? Spodziewam się odpowiedzi pozytywnych, a to prowadzi do wniosku, że firmy obniżając jakość i wykorzystując wyłącznie rozmiar, markę czy wiek, okazują brak szacunku wobec klienta. Może zatem przyda im się zimny prysznic, jaki może nadejść wraz z rozpowszechnianiem się chińskiego e-commerce i towarzyszącego mu piractwa? Może to będzie niezła motywacja do pracy.