5

Inwazja mrówek na New Connect

Poniższy wpis to kolejny odcinek z serii artykułów związanych z sytuacją internetowych spółek na giełdzie. Teksty tworzone są przez specjalistów z StockWatch.pl. Autorem artykułu jest Marcin Przasnyski, który przyjrzał się bliżej statystykom debiutów na New Connect. Niby kryzys, niby posucha, a na małej giełdzie przybywa spółek. Ostatnio obrodziło też w takie z końcówką .pl, prowadzące mniejsze i większe […]

Poniższy wpis to kolejny odcinek z serii artykułów związanych z sytuacją internetowych spółek na giełdzie. Teksty tworzone są przez specjalistów z StockWatch.pl. Autorem artykułu jest Marcin Przasnyski, który przyjrzał się bliżej statystykom debiutów na New Connect.

Niby kryzys, niby posucha, a na małej giełdzie przybywa spółek. Ostatnio obrodziło też w takie z końcówką .pl, prowadzące mniejsze i większe serwisy internetowe. Dzięki temu przynajmniej na etapie debiutu, możemy im się bliżej przyjrzeć. Niestety – najczęściej po to, żeby się porządnie wystraszyć. Coś pcha na giełdę coraz mniejsze firmy, z których wiele nie wytrzyma konfrontacji z brutalnym rynkiem. Przyjrzałem się przy tej okazji, co się naprawdę dzieje na New Connect, o którym marzy prawie każdy startup.

Listę debiutów z bieżącego roku i z poprzednich lat można znaleźć na stronie NewConnect.

Chcąc sprawdzić obiegową opinię, że New Connect się popsuł, podsumowałem na początek trzy ostatnie pełne lata oraz kończące się właśnie półrocze. Powszechnie sądzi się, że mała giełda służy do sprzedaży coraz mniejszych spółek, którym dorabia się wielką ideologię i upycha akcje tak zwanej ulicy – czyli inwestorom indywidualnym. Nie wnikając na razie w sytuację poszczególnych firm, zobaczmy jak wygląda ogólny obraz rynku:

New Connect wciąż jest źródłem istotnego kapitału dla firm, a rok 2011 to było istne szaleństwo. W tym roku mamy jednak załamanie i jeżeli trend się utrzyma, spadniemy poniżej poziomu roku 2010. Czyli kryzys w pełni. Widać to też po medianie wartości oferty: spadła poniżej miliona złotych, czyli też poniżej poziomu z roku 2010. Nie widać natomiast w tym roku zjawiska wpychania na rynek coraz mniejszych spółek jak leci: minimalna wartość oferty wzrosła prawie dwukrotnie. Jednak trzeba pamiętać, że przy 200 tys. zł pozyskanych z emisji, nic nie zostaje w spółce, bo praktycznie całość rozchodzi się na koszty debiutu. A potem trzeba płacić za notowanie akcji, za przechowywanie ich w depozycie, realizować obowiązki informacyjne, prowadzić stronę relacji inwestorskich – czyli spółka jest na dobrą sprawę do tyłu.

Było kilka takich debiutów, w których sprzedawano akcje istniejące, tj. nie było podniesienia kapitału i pozyskania środków. Z jakichś powodów spółce zależało na upublicznieniu i pokryła jego koszty – wiadomo z jakich, aby akcjonariusze zyskali możliwość sprzedaży akcji. Nie zawsze prowadzi to do wodospadu, czasem taki debiut jest przygrywką do pozyskania kapitału na lepszych warunkach, po wyższej wycenie i od poważniejszych akcjonariuszy, którym giełda daje możliwość wyjścia. No i tych wyjść jest stopniowo coraz więcej, patrząc po stopie zwrotu w zaledwie pierwszym dniu notowań: w 2009 r. 80 proc. spółek wzrosło, w 2010 r. wzrosło 70 proc. spółek, w zeszłym roku i w 2012 pierwszego dnia na plusie było 65 proc. spółek. Dalej jest gorzej, ale to zupełnie inny temat, zahaczający o sposób i wiarygodność wycen przed debiutem.

Warto jednak spojrzeć jeszcze na rozkład wartości ofert w każdym roku, bo tutaj też coś widać i już z daleka pachnie grozą – mimo że słupki dotyczące 2012 roku obejmują tylko połowę roku, już wiadomo że nie da się powtórzyć skali z 2011 r., a wyzwaniem będzie dogonić poziom z roku 2010.

W każdym roku liczba spółek, które wchodzą bez pozyskania ani grosza jest podobna i wynosi około 5. Rośnie natomiast liczba spółek, które pozyskały mniej niż pół miliona złotych. Najczęściej są to małe startupy, które wydają większość tych pieniędzy na obsługę debiutu i późniejsze wydatki. Czyli mówiąc wprost, ponoszą koszty umożliwienia swoim akcjonariuszom sprzedaży akcji. Takich było już w tym roku 14.

W poprzednich latach silnie rosła liczba spółek, które pozyskują od 0,5 mln do 1 mln zł, natomiast w tym roku udało się to zaledwie ośmiu. Tąpnięcie mamy natomiast w najważniejszym dla New Connect segmencie: od 1 mln do 5 mln zł. Są to spółki, które wyszły już z fazy startupu i potrzebują kapitału na sfinansowanie szybkiego wzrostu ze sprawdzonym modelem biznesowym. To ich zyski i majątek tworzą trzon rynku. Niestety, w tym roku przybyło ich na razie tylko 13. Ostatni słupek to spółki, które pozyskały powyżej 5 mln zł, a pamiętamy że rekordziści przyszli tutaj po kilkadziesiąt milionów złotych. Tych firm zawsze jest niewiele i wykorzystują one New Connect jako pomost na główny parkiet – co trochę trwa, ale kosztuje wielokrotnie mniej niż debiut od razu na GPW.

W takim razie na poziomie ogólnym nic się wielkiego nie dzieje, natomiast moją uwagę zwróciły debiuty z tego roku, w których często pojawiają się nazwy serwisów internetowych: Fachowcy.pl, PlayMakers.tv, Kinomaniak.pl, MyCenturio.com, StockInfo.pl, Dictionary.pl, Triceps.pl, AlejaSamochodowa.pl, Rafiner.pl, Alfamen.pl, Ostatniemiejsca.pl, Reklamofon.pl, Programs.pl – to niektóre spośród tegorocznych debiutantów. Wszystkie debiuty śledzimy tutaj.

Zważywszy, że żadnego z nich nie kojarzę z pierwszej dwudziestki MegaPanelu, a na biznesie internetowym się nie znam, postanowiłem tym razem zamiast ryby dać wędkę i stworzyć drogowskaz do własnych analiz poszczególnych podmiotów – gdyby ktoś chciał zajrzeć głębiej. I tak, biorąc na warsztat przykładową spółkę, interesuje nas:

  • Wyniki finansowe i prognozy: ile firma zarobiła w ostatnim roku i ile planuje zarobić w kolejnym są to namacalne kwoty i jak wygląda rentowność sprzedaży i rentowność kapitałów własnych
  • Porównanie zysku rocznego do wartości rynkowej: po jakim mnożniku C/Z są wyceniane jej akcje wartość zbyt daleka od średniej powinna dać się uzasadnić prognozami wzrostu
  • Jaką kwotę pozyskała z emisji na poziomie netto, czyli ile zostanie jej w kasie po zapłaceniu kosztów upublicznienia inwestycje zwykle trwają dłużej i pochłaniają więcej niż się planowało, więc jeśli środki są bagatelne, to z planów będą nici
  • Jakie ma cele emisyjne, czyli na co zamierza wydać posiadane środki czy ma to naszym zdaniem biznesowy sens
  • Jaką ma tkankę majątkową, czyli ile jest warta netto na poziomie księgowym, także w porównaniu do aktualnej wartości rynkowej mnożnik C/WK daleko od średniej rynku może niepokoić
  • Jaką część majątku stanowią wartości niematerialne im mniej tym wartość księgowa jest bardziej konserwatywna, bezpieczniejsza
  • Jaką część pasywów stanowią zobowiązania im mniej tym lepiej, bo zadłużenie generuje koszty i może rodzić problemy płynnościowe

Jak widać, ani przez chwilę nie zastanawiamy się nad oferowanym produktem. Komfort inwestora polega na tym, że – przynajmniej teoretycznie – zatrudnia fachowców w postaci zarządu, łączą ich wspólne interesy czyli wzrost wartości, a tenże zarząd powinien – też teoretycznie – pod groźbą rozlicznych kar oraz ze strachu przed pręgierzem środowiskowym, po prostu mówić prawdę w prognozach oraz raportach i uczciwie prowadzić biznes. Zasady są proste, z realizacją bywa różnie, przy czym nie piję do żadnej konkretnej spółki, a już na pewno nie do wyżej wymienionych. Zakładam, że w każdej pracują ludzie, którzy dają z siebie wszystko, poświęcają dzień, kawał nocy i weekendy na rozwój swojego wymarzonego biznesu i po prostu chcą być bogaci, a giełda daje możliwość bezbolesnego uczestnictwa w wybranym przez siebie jako wspólnik – i jak trzeba, to zmianę tej decyzji w przeciągu kilku minut.

W praktyce naszym celem jako potencjalnego inwestora jest oddzielić ziarno od plew. Na giełdzie jest dużo ziarna i dużo plew, a na dobrą sprawę każda spółka jest inna. Jej całościowa ocena jako targetu inwestycyjnego powinna być zakończona wnioskiem: kupować czy zrezygnować, ale taką ocenę możemy sformułować wyłącznie sami dla siebie. Składamy ją z dwóch części: twardej czyli informacje oraz miękkiej czyli opinie. W tym celu możemy i powinniśmy sięgać wszędzie, a najlepiej wczuć się samemu w rolę rozpatrywanej spółki i zapytać: czy w danej chwili zainwestowalibyśmy na takich warunkach pieniądze w ten właśnie biznes z tymi ludźmi, którzy go prowadzą. Oprócz przesłanek fundamentalnych istotne są też cele poszczególnych akcjonariuszy, tj. warto określić, dlaczego spółka debiutuje i czy można spodziewać się dużej podaży starych akcji. Przewaga podaży nad popytem zawsze ściąga cenę w dół, aż do zrównoważenia i w ten sposób nawet na świetnej spółce możemy stracić pieniądze.

Źródłem kluczowych danych o spółce jest przede wszystkim Dokument Informacyjny, który spółka ma obowiązek opublikować po zamknięciu oferty i po debiucie. Jest to zwykle sto kilkadziesiąt stron, mocno podkolorowanych i zawoalowanych, z których istotne jest parę tabelek i kilkanaście zdań niosących kluczowe informacje. Reszta to obowiązkowe zapisy, głównie przypominające o rozlicznych ryzykach związanych z inwestowaniem w akcje. O tym że to ryzyko istnieje i jest niemałe, mówi wykres kursu NCIndex od początku istnienia.

Indeks wprawdzie jeszcze nie przebił dna z poprzedniej fali kryzysu, ale pamiętajmy, że przez ostatnie trzy lata na ten rynek trafiło około 300 nowych spółek. Wartość fundamentalna niby powinna rosnąć, ale wartość rynkowa nie chce słuchać tych argumentów. Jest strukturalny problem: inwestorzy odpuścili sobie NC, co widać też po malejących obrotach. Nawet jeśli nic nie byłoby do zarzucenia poszczególnym spółkom, oprócz tego że w większości sprzedano je zbyt drogo, to jest ich już po prostu za dużo i nie sposób ich rozróżnić. Rynek zadławił się tą obfitością, ale nie przestaje jeść, mimo że już od dłuższego czasu boli go brzuch. Oby tylko nie skończyło się wymiotami.

Zastrzeżenie: jestem zaangażowany w kilka serwisów internetowych nie notowanych na żadnej giełdzie. Występuję też w akcjonariacie jednej ze spółek z branży digital notowanej na New Connect.