12

Internetowy serial od Netflix potwierdza słabą formę zwykłej telewizji

Najciekawsza premiera telewizyjna tak zwanego „mid-season”, czyli okresu rozpoczynającego się na początku roku kalendarzowego już za nami. „House of Cards” zadebiutował 1-ego lutego na platformie Netflix, gdzie udostępnione zostało wszystkie 13 odcinków pierwszego sezonu. Na efekty nie trzeba było długo czekać – serial stał się najczęściej oglądaną produkcją w rankingach Netflixa, a kolejna seria została […]

14964_511640962192008_1809635518_nNajciekawsza premiera telewizyjna tak zwanego „mid-season”, czyli okresu rozpoczynającego się na początku roku kalendarzowego już za nami. „House of Cards” zadebiutował 1-ego lutego na platformie Netflix, gdzie udostępnione zostało wszystkie 13 odcinków pierwszego sezonu. Na efekty nie trzeba było długo czekać – serial stał się najczęściej oglądaną produkcją w rankingach Netflixa, a kolejna seria została już zapowiedziana. Co zaważyło o jego sukcesie? Serial sam w sobie, czy odmienne podejście do widza?

Około 40 minut lub do godziny – właśnie tyle czasu otrzymuje każdy serial w ramówce stacji telewizyjnej każdego tygodnia (nie biorąc pod uwagę powtórek). Widzowie muszą więc co najmniej 12 razy zmierzyć się z tak zwanym „cliff hangerem”, czyli dosłownym „zawieszeniem akcji”, by utrzymani zostali oni w niepewności i z zaciekawienie zasiedli tydzień później przed telewizorem. Opisywane wczoraj przez mnie usługi jak Hulu czy Netflix mają swój udział w procesie odrzucania takiego modelu, lecz dotyczy to produkcji mających zakończenie serii za sobą. Zdaniem Teda Sarandos z Netflix, znacznie lepszym rozwiązaniem jest udostępnienie wszystkich odcinków jednocześnie: „Oczywiście nie chcemy by widzowie odbywali czegoś w rodzaju maratonów, ale obejrzane jeden po drugim epizody zostawiają o wiele lepsze wrażenie”. Takie rozwiązanie w pewnym sensie wymusza na scenarzyście, reżyserze i producencie stworzenie ciągłej, reprezentującej równy poziom produkcji. Nie ma wtedy miejsca na „sztuczne zawieszenia akcji”, by zatrzymać przy sobie widza.

Internet zmienił tak wiele rzezy, że aż ciężko je wszystkie przywołać – przyzwyczaił nas do multizadaniowości, o jakiej do niedawna nie myśleliśmy. Sam borykam się z problemem zbyt wielu otwartych kart w przeglądarce, czy zbyt wielu prowadzonych jednocześnie konwersacji. Przyłapuję się także na ciągłym odkładaniu wszystkiego na później, ponieważ co chwilę, to na portalu społecznościowym, to w skrzynce mailowej, pojawiają się kolejne informacje i interesujące treści, z którymi chciałbym się zapoznać.

Tradycyjna telewizja nie wkomponowuje się więc w tworzoną przez Internet rzeczywistość – dlatego tak bardzo uwielbiamy serwisy VOD, ponieważ dosłownie „oglądamy kiedy chcemy”, a nie o porze wyznaczonej przez stację telewizyjną. Niestety nie jest jeszcze tak, że wszystkie programy, seriale i filmy możemy odnaleźć później w Sieci czy kupić na DVD, dlatego przegapienie emisji czegokolwiek w telewizji bardzo często oznacza zdanie się na łaskę ramówki, w której być może kiedyś program zostanie uwzględniony.

Nie jest też tak, że telewizja nie ma żadnych zalet – największą z nich jest brak potrzeby interakcji. Wystarczy wybrać jeden z kanałów i możemy odłożyć pilot, żadnego klikania w linki, przeglądania ostatnich informacji i przewijania stron. Telewizja musi jednak zacząć ewoluować, jeszcze bardziej zaznaczać swoją obecność w Sieci i wykorzystywać ją na kolejne sposoby.

Źródło grafiki: House of Cards.