3

Człowieka można dzisiaj uśmiercić jednym tweetem…

Łatwo dzisiaj uśmiercić człowieka. Co prawda, piszę o świecie wirtualnym, ale dla niektórych ta przestrzeń jest już równie ważna, co "analogowa" rzeczywistość. Czasem wystarczy jeden tweet czy wpis na Facebooku i zaczyna się żałoba. A wraz z nią cyfrowe show. I nie ma znaczenia, że doniesienia nie zostały potwierdzona, że wiadomości są sprzeczne, że pojawiły się już sprostowania - plotka o śmierci i tak obiega glob...

Na czas Świąt postanowiłem wyłączyć się z cyfrowego świata. Tym samym straciłem kontakt ze źródłami informacji. Telewizora nie mam i telewizji nie oglądam, stacja radiowa, której słucham, w czasie Bożego Narodzenia nie miała serwisów informacyjnych, więc odcięcie od Internetu oznaczało odcięcie od bieżących wydarzeń. Efekt? Przy bożonarodzeniowym stole dowiaduję się od rodziny, że spadł samolot z Chórem Aleksandrowa. Przy tym poznaję kilka wersji tej historii i powstaje dość rozmyty obraz zdarzenia. Ale nie wyciągam natychmiast telefonu, by to sprawdzić – poczekam dwa dni, dowiem się więcej, gdy pojawią się jakieś wyjaśnienia, minie pierwszy szok.

Kolejnego dnia sytuacja się powtarza: znowu świąteczny posiłek i znowu szok, tym razem informacja o śmierci George’a Michaela. W tym momencie zacząłem się zastanawiać, czy takie odcięcie od newsów jest słuszne – dwa dni i człowiek nie wie, co dzieje się na świecie. Bo oprócz strasznej katastrofy oraz zgonu znanego artysty wydarzyła się masa innych rzeczy. A ja to przeoczyłem. Będę musiał nadrabiać. Może już lepiej śledzić na bieżąco, sprawdzać te serwisy co kilka godzin, przerzucić się na stację radiową, która jednak przygotowuje co godzinę wiadomości?

Takie myśli towarzyszyły mi do dzisiejszej nocy. Gdy zacząłem już robić prasówkę z poprzednich dni, dowiedziałem się, że… Britney Spears żyje. To jedna z tych sytuacji, gdy do człowieka najpierw trafia sprostowanie, a dopiero potem informacja wyjściowa. Łatwo się domyślić, że w tym przypadku wyjściowy news uśmiercał Amerykankę. Wszystko za sprawą tweeta umieszczonego na profilu Sony Music – wynikało z niego, że gwiazdka pop miała wypadek. Lawina ruszyła. Wiadomość była powielana, przekazywana dalej, dorabiano do niej kolejne historie, uaktywnił się zastęp internetowych trolli. Nie miało przy tym większego znaczenia, że Sony Music poinformowało, że ich konto padło ofiarą ataku, że Britney Spears żyje – plotka rozkręcała się mimo tego.

„Pomocne” w tym przypadku okazały się np. media internetowe, nie piszę tylko o tych społecznościowych. Po wpisaniu w Google frazy „Britney Spears” moim oczom ukazały się tytuły, z których nie wynikało, że to plotka, że zhackowano konto. Przekaz był dość jasny: Sony Music podaje, że Britney Spears nie żyje. Dopiero po kliknięciu okazuje się, że to jednak nie jest prawda, że to taki żarcik. Jeśli jednak ktoś nie kliknął, to za sprawą Google potwierdził, że Amerykanka rzeczywiście odeszła w młodym wieku. No chyba, że ktoś zaczął tak, jak ja: od końca. Najpierw dowiedział się, że Britney żyje, a potem sprawdzał, o co w tym wszystkim chodzi.

Przypadek tej „śmierci” nie jest oczywiście odosobniony, wcześniej mieliśmy już podobne historie, uśmiercono sporo znanych osób ze świata rozrywki, sportu czy polityki. Zazwyczaj wystarczał właśnie jeden tweet czy wpis w jakimś serwisie. Media ruszały z tematem, bo bały się, że zostaną w tyle, ludzie też nie chcieli być gorsi i musieli jak najszybciej wyrazić swoją opinię w social media. Jedni pisali, że szkoda i Michaela i Spears, inni porównywali obie kariery… Działo się i dziać się pewnie będzie jeszcze przez kilka godzin. Ot, taka specyfika współczesnego świata.

W tym kontekście człowiek przestaje żałować, że nie śledzi na bieżąco serwisów informacyjnych, przynajmniej w czasie świąt, że na te kilka dni wyłącza się z obiegu – i tak będzie można to nadrobić, znika przy tym zagrożenie w postaci przyswajania i powielania nieprawdziwych doniesień. Te ostatnie zostaną zweryfikowane, nasz umysł nie będzie nimi zaśmiecany. Inną sprawą jest to, że trafi do niego mnóstwo innych danych, które są prawdziwe, lecz nadal „śmieciowe”…