22

Internet, czyli czasopożeracz

Czas na tekst z cyklu „problemy pierwszego świata”. W Sieci ich nie brakuje, ale postanowiłem dorzucić swoje trzy grosze. I nie będę ukrywał, że mam w tym pewien interes – liczę na to, iż ktoś zaproponuje sensowne rozwiązanie, dzięki któremu przestanę marnować cenny czas na przetrząsaniu Sieci i zajmowaniu się rzeczami dziwnymi, bardzo dziwnymi albo […]

Czas na tekst z cyklu „problemy pierwszego świata”. W Sieci ich nie brakuje, ale postanowiłem dorzucić swoje trzy grosze. I nie będę ukrywał, że mam w tym pewien interes – liczę na to, iż ktoś zaproponuje sensowne rozwiązanie, dzięki któremu przestanę marnować cenny czas na przetrząsaniu Sieci i zajmowaniu się rzeczami dziwnymi, bardzo dziwnymi albo zwykłymi głupotami. Postawię sprawę jasno: jak w pracy, skupić się na pracy?

Zaraz po porannym odpaleniu komputera zabieram się za oganianie spraw bieżących, czyli odpisuję na ważne maile, wykonuje zadania, które miałem wykonać tydzień wcześniej (najlepsze efekty pracy przynosi presja czasu), nanoszę poprawki w przeróżnych tekstach i wdaję się w dyskusję z Czytelnikami. Zazwyczaj zajmuje to kilkadziesiąt minut do godziny. Potem czas na śniadanie, a następnie herbatę (rzadziej kawę, bo po niej zasypiam) i… przejrzenie ciekawostek z Sieci. Tu zaczyna się problem, ponieważ z jednej strony, człowiek chce wiedzieć, co dzieje się w kraju i na świecie, a drugiej strony zdaje sobie sprawę z tego, że to droga do zatracenia.

Zaczyna się od jednego newsa, za chwilę następny i kolejne. Przyznam się, że nie odpuszczam też wpisów okraszonych dziwnymi tytułami, które mają po prostu przyciągać uwagę Czytelników i generować odsłony z powodu skandalu (o to coraz trudniej) i mrożenia krwi w żyłach (zdarza się naprawdę rzadko). Samą treść wpisu zazwyczaj omijam i skupiam się na komentarzach internautów – to jest prawdziwy skarb. Nierzadko trafiają się tam wspaniałe perełki, które powinny być katalogowane i przechowywane dla przyszłych pokoleń.

Niestety, takie klikanie, czytanie i będące ich konsekwencją kiwanie głową z nieskrywanym podziwem dla gatunku ludzkiego, mogą pochłonąć sporo czasu – kilkanaście minut, kilkadziesiąt, a nawet więcej. Z transu wyrywa człowieka dźwięk dzwonów kościelnych (12.00) albo wiadomości w radio (czasem hasło minęła… potrafi wywołać wstrząs). Prasówka z tematów wszelakich jest porzucana na rzecz… podobnego zajęcia, ale tym razem wyłącznie na technologicznym podwórku. Chciałbym napisać, że to ma już ścisły związek z moją pracą…

Zmotywowany faktem, że czas leci i trzeba pisać, szukam ciekawych treści, którym warto poświęcić uwagę. Czasem same podchodzą pod nos, czasem trzeba poszperać. Co przynosi szperanie? Chyba nietrudno się domyślić: badania amerykańskich naukowców (nic nie sprawia takiej frajdy), małpa grająca na konsoli, top menedżer robiący z siebie błazna (czasem w pozytywnym, a czasem w negatywnym znaczeniu), świeża reklama sprzętu wielkiej korporacji, dziesięć tysięcy smartfonów Apple ustawionych i puszczonych w stylu kostek domino, nowa moda na YouTube, nowa moda na Facebooku… Jest tego trochę. A skoro już o serwisach społecznościowych mowa.

twitter

Kiedyś na próbę wyłączyłem Facebooka w czasie pracy, by nie rozpraszał, ale pojawił się problem, ponieważ to dzięki niemu załatwiam sporo rzeczy związanych z… pracą. Z nim źle, bez niego jeszcze gorzej. Ktoś może oczywiście napisać – zrób co masz zrobić w ramach pracy i znikaj z tego miejsca. Jeżeli macie na tyle silną wolę, by nie skusić się na spędzenie tam dłuższej chwili, to zazdroszczę. Zresztą, nawet silną wolę są w stanie złamać inni: znajomy, którego nie widziało się od lat, mieszkający na drugim krańcu świata, odezwie się nagle i będzie chciał pogadać o skończonej właśnie książce, a inny kolega podeśle link do jakiegoś filmu/artykułu/teledysku, z którym konieczni trzeba się zapoznać. Skoro to konieczne, to nie protestuję i szybko daję się namówić.

Ostatecznie człowiek zabiera się do pracy, ale co kilka zdań czy akapitów ją przerywa, a powodów jest mnóstwo: bo przypomniała się piosenka, której warto posłuchać, bo trzeba napisać maila, bo Czytelnicy polemizują z tekstem, bo trzeba poszukać jakiejś informacji. Ta ostatnia opcja jest najgorsza i zazwyczaj przybiera podobny kształt: zaczęło się od szukania informacji dotyczącej Billa Gatesa, budowy procesora albo roku założenia HP i za sprawą Wikipedii skończyło się na podbojach Justyniana Wielkiego albo watykańskiej liście 45 filmów. Takie rzeczy tylko w Internecie.

Pokusy tego typu czekają na internautę o każdej porze dnia i nocy i trudno im nie ulec. Przynajmniej mnie jest trudno. Podejrzewam jednak, że nie stanowię wyjątku i znajdzie się jeszcze ktoś, kto w pracy zderzył się z podobnym problemem i… znalazł rozwiązanie, które pozwala uciec od „ciemnej strony Sieci”. Jak już wspomniałem we wstępie – „problem pierwszego świata”, ale nie zmienia to faktu, że trudno od niego uciec, a potrafi pochłonąć cały dzień i to w mgnieniu oka…

Źródła grafik: hotteahotbooks.wordpress.com, policymic.com