27

Jeśli sama zapomnę, kiedy wypada mi miesiączka, przypomni mi o niej Google. Chcą śledzić nawet moją macicę

Istnieją aplikacje niemal do wszystkiego. Niemal wszystko wie też o nas Google. Gdzie warto postawić ostateczną granicę?

Zdaję sobie sprawę, że będąc kobietą, jestem tutaj w mniejszości. I mówię tu zarówno o gronie redaktorskim, jak i o czytelnikach AntyWebu. Dlatego, drodzy panowie, musicie mi zaufać. Mi oraz swoim matkom, siostrom, przyjaciółkom, żonom, kochankom i sklepowym. Miesiączka to nic przyjemnego. Niemal każda kobieta musi się z nią mierzyć co (około) trzydzieści dni i większość z nas jest z tego powodu bardzo niezadowolona. Do tej pory skupiało się to jednak głównie na dolegliwościach fizycznych i psychicznych związanych z gospodarką hormonalną. Jak się okazuje, niektóre panie boją się jeszcze o swoją prywatność i bezpieczeństwo.

Google śledzi czas menstruacji

Pokolenie naszych mam do notowania własnych cykli używała zwykłych kalendarzy czy zeszytów. My dostałyśmy okazję do robienia wszystkiego w aplikacji. W sklepie Androida i iOS-a jest mnóstwo opcji do wyboru. Większość z tych apek pozwoli kobiecie nie tylko zanotować datę miesiączki, ale i objawy jej towarzyszące oraz częstotliwość przyjmowania antykoncepcji. To naprawdę przydatne i wygodne. Jak się jednak okazuje – zdaniem niektórych – niebezpieczne. Cała afera rozpoczęła się przez Fitbit. Urządzenie śledzi dokładnie przebieg miesiąca w życiu danej kobiety. Część z nich uznało, że śledzenie ich kwestii zdrowotnych jest przesadą. Oczywiście Fitbit twierdzi, że żadne zebrane dane nie są sprzedawane i wykorzystywane w reklamach Google.

Google kupuje Fitbit. Kwota transakcji zwala z nóg

Jak napisała Talia Shadwell dla Daily Mirror, może się jednak zrobić nieciekawie. Przyznała, że w pewnym momencie zobaczyła sporo sponsorowanego kontentu nakierowanego na kobiety w ciąży. Witaminy, ubranka, zabawki, te sprawy. Talia jednak nie ma dzieci. Początkowo założyła, że przypadkiem wrzucono ją do złego „wora” odbiorców. Jako trzydziestolatka mogła zostać uznana za kogoś, kto planuje własnie założenie rodziny, nawet jeśli nie miało to pokrycia w rzeczywistości. Cierpliwość Tali się jednak skończyła, kiedy skorzystała z aplikacji „kalendarzykowej”. Apka poinformowała ją, że jej miesiączka jest już mocno spóźniona. Nie było to jednak zgodne z prawdą, wynikało to ze zwykłego błędu – w poprzednim miesiącu zanotowała okres w nieodpowiednim tygodniu. Talia wszystko poprawiła, a reklamy „matkowe” niemal od razu zniknęły.

Gdzie kończy się prywatność, a zaczyna troska o bezpieczeństwo?

Talia ostatecznie przejrzała ustawienia prywatności aplikacji. Zauważyła, że aplikacja w sprytny sposób unika jasnych informacji o danych zagregowanych. Przykład tej kobiety to tylko jeden z wielu. Aplikacje wszelkiej maści śledzą nas na mnóstwo sposobów. Dlatego przypominam – zawsze warto przeczytać na co się zgadzamy, zanim zaakceptujemy wszystko, instalując nową rzecz na telefonie. Jeśli zależy nam na prywatności, musimy być po prostu rozsądni. A jeśli wy, drogie panie, nie wiecie, co teraz począć, bo głupio wam, że ten mistyczny, śledzący was agent FBI już wie, dlaczego akurat w połowie miesiąca kupujecie tyle słodyczy, by pod jego koniec zwijać się z bólu… cóż. Zainwestujcie w papierowe kalendarzyki.