7

Google musi tłumaczyć, że nie zabiło sztandarowego projektu

Kto pierwszy, ten lepszy – ta zasada często rządzi w świecie nowych technologii. Firmy chcą szybko dostarczyć na rynek usługę czy towar nie tylko po to, by wyprzedzić konkurencję w wyścigu po portfele klientów, ale tez po to, by zwrócić na siebie światła reflektorów i powiedzieć: tak, byliśmy pierwsi. Prężenie muskułów i zadzieranie nosa dla […]

Kto pierwszy, ten lepszy – ta zasada często rządzi w świecie nowych technologii. Firmy chcą szybko dostarczyć na rynek usługę czy towar nie tylko po to, by wyprzedzić konkurencję w wyścigu po portfele klientów, ale tez po to, by zwrócić na siebie światła reflektorów i powiedzieć: tak, byliśmy pierwsi. Prężenie muskułów i zadzieranie nosa dla poklasku, chęć pochwalenia się światu tym, że zrobiło się coś dużego. Szybkiego i głośnego pochwalenia. Czasem przynosi to więcej szkód niż pożytku.

Trafiłem dzisiaj na artykuł dotyczący Google Glass. Kolejny już raz zapewniono w nim, że firma z Mountain view nie odpuszcza tego projektu, po prostu zamknięto jeden etap, by móc przejść do kolejnego. Dla internetowego giganta jest to podobno ważne urządzenie i korporacja nie zamierza na nim stawiać krzyżyka. Tak przynajmniej twierdzi Eric Schmidt – jedna z trzech najważniejszych osób w Google. Nie będę się zastanawiał, ile jest prawdy w słowach Schmidta i czy uda im się „dowieźć” ten produkt. Chciałbym raczej podkreślić, że pośpiech Google w przypadku okularów nie przysłużył im się zbytnio.

Od kiedy firma poinformowała, że w projekcie następują zmiany, kończy się program Explorer i sprawy bierze w swoje ręce nowy człowiek, nie milkną pytania w stylu czy to koniec? A korporacja opowiada, że nie. Różnymi ustami i kanałami, teraz padło na byłego CEO. Google musi się naprawdę starać, żeby zatrzeć złe wrażenie wywołane przez niedopracowanie produktu i przyznanie, że nie był on do końca gotowy. Gigant zaliczył falstart i teraz próbuje przekonać, że będzie lepiej, że błędy można jeszcze poprawić, a efekt będzie znacznie lepszy. Nie ma co ukrywać: to wizerunkowa wpadka.

Nie twierdzę, że Google Glass było totalnym niewypałem, że okazało się zupełnie nieprzydatnym urządzeniem. W niektórych branżach zastosowanie może znaleźć nawet pierwsza wersja. Jednocześnie był to impuls prowokujący rozwój rynku wearable. Z rzeczywistością rozszerzoną czy wirtualną ma niewiele wspólnego, ale technologie ubieralne skorzystały na rozgłosie, jaki powstał po premierze Google Glass i poprzez późniejsze promowanie tego tematu. Z tego punktu widzenia korporacja z Mountain View przysłużyła się branży, a nawet konkurencji. Sobie jednak zaszkodzili.

glass-157828

Początkowo projekt był odbierany jako bardzo futurystyczny, chwalono Google za niesztampowe podejście i wizję. Słowo innowator padało dosyć często. I tego chcieli pewnie decydenci firmy. Mniej lub bardziej świadomie. Pokazali niegotowy produkt, ale było warto – branża doceniła. Problem polega na tym, że zachwyt ustępował trudnym pytaniom, krytyce, a nierzadko nawet drwinom. I trudno było bronić okularów, które rzeczywiście miały poważne niedociągnięcia. Google wyszło przed szereg, ale ten pośpiech nie przyniósł im profitów.

Teraz patrzymy na firmę, która próbuje ratować sytuację. Może uda im się to zrobić, gdy na rynek trafią gotowe okulary po naniesieniu poprawek (albo totalnej przebudowie) i wszyscy zapomną o pierwszej wersji, znowu będą chwalić i kiwać nad nim głowami na znak uznania. Tak może być. Ale nie musi. Powinny o tym pamiętać inne firmy starające się przyspieszyć za wszelką cenę datę premiery produktu – HTC zapowiedziało, że Vive trafi na rynek pod koniec roku i będzie urządzeniem klasy premium. Trzymam kciuki. Jednocześnie radzę wstrzymać się ze sprzedażą i popracować jeszcze kilka kwartałów, gdyby okazało się, że coś nie działa tak, jak planował producent. Lepiej tłumaczyć opóźnienie, niż wybrakowany towar.