Świat

Kierownictwo Google i Apple było szantażowane w Rosji. "Usuńcie to, albo kolonia karna!"

JS
Jakub Szczęsny
8

Gdy mleko się rozlało tak, jak chciał Putin - giganci technologiczni powiedzieli stop. (nie wszyscy i nie w takim stopniu jak trzeba). Rosja też powiedziała "stop" i pokrywa Internet nową generacją "żelaznej kurtyny", przy okazji ją co jakiś czas uszczelniając. Już wcześniej jednak grano o wysoką stawkę i próbę sił z Rosją przegrywało Google i Apple. Zachód też się nie wstawił. Był czas, by odpowiednio zareagować.

Aplikacja Smart Voting miała być kanałem komunikacji z przychylnym opozycji Rosjanami (i Białorusinami). Przed wyborami do Dumy, była ona w opinii organizacji Nawalnego działającego w Rosji, całkiem bezpiecznym sposobem kolportażu list kandydatów do poparcia - oczywiście takich, którzy działają poza organami terroru powiązanymi z partią Jedna Rosja. Wykazano, że Roskomnadzor, instytucja stanowiąca dzisiaj główną oś kremlowskiej cenzury, nie była w stanie skutecznie wpływać na blokowanie użytkownikom możliwości pobierania konkretnych treści w Google Play i AppStore. Organizacja Aleksieja Nawalnego nie doceniła jednak służb, które skorzystały z starych, kagiebowskich technik - takich, które pamiętają również polscy opozycjoniści.

Jak wskazuje The Washington Post, po prostu udano się do kogo trzeba - czyli kierownictwa Google i Apple, konkretnych ludzi. Człowiek z Google był także obywatelem Federacji Rosyjskiej, więc od razu postraszono go zarzutami o zdradę. Inaczej było w przypadku apple'owskiego managera. Ostatecznie, te metody podziałały: Google i Apple nie chciały ryzykować bezpieczeństwem swoich ludzi i niesamowitym skandalem. Ugięto się - jednak wszystko to było poprzedzone również innymi formami nacisku.

Roskomnadzor, nie przystąpił do akcji bez planu: najpierw Apple, Google i innym firmom nakazano zadbanie o to, by w żaden sposób nie oferowały one możliwości dostępu do informacji na temat Aleksieja Nawalnego. Czyli - chodziło o zablokowanie dostępu do czegokolwiek, co jest z nim związane: między innymi o aplikację. Google do tego musiało dorzucić wyniki wyszukiwania, które mogły wskazywać na więzionego obecnie opozycjonistę: Amerykanie i rodzima wyszukiwarka Yandex musieli działać tak, jakby Nawalny nie istniał - poprzez wyrok moskiewskiego sądu. Potem wezwano do Kremla amerykańskiego ambasadora, Johna Sullivana a powodem była "obca ingerencja w wybory w Federacji Rosyjskiej". No, tak. Ale jak Rosja innemu krajowi grzebie w wyborach, to nic złego się nie dzieje. Kabaret.

Sullivan twierdził, że oni o ingerencji nic nie wiedzą, a i też nie mają możliwości wpłynięcia na suwerennie działające firmy technologiczne. Wtedy jeszcze Google i Apple opierały się naciskom Kremla i nie robili w tej sprawie nic. Oczywiście, do momentu aż managerowie zostali brutalnie postawieni przed wyborem.

Google i Apple tańczyli tak, jak Kreml im kazał

Z aplikacji, organizacja Nawalnego zdecydowała się korzystać z innych metod - listy kandydatów publikowano w ramach narzędzi biurowych Google Docs, a także czytano ich nazwiska w filmach na YouTube. Oczywiście, Roskomnadzor miał tutaj sporo do powiedzenia i wszelkie niechciane przez reżim materiały szybko blokowano. Cały czas jednak próbowano przywrócić aplikację w AppStore oraz Google Play. Bezskutecznie. Google zrobiło to dopiero po wyborach, czyli w momencie gdzie publikowanie jakichkolwiek treści było już bez sensu.

I co najciekawsze, odbyło się to przy całkowitej ciszy ze strony Zachodu, który przyjął taktykę "niedenerwowania niedźwiedzia". Skoro stary niedźwiedź mocno śpi, nie ma co go budzić. Bo jak się tak stanie, to nas wszystkich zje. Cóż z tego, że będzie nas zjadał "po trochu".

Kiedy usunęliśmy aplikację Nawalnego, nikt nie odezwał się ani słowem. Miałem nadzieję, że zostaniemy wsparci przez Tony'ego Blinkena lub innych urzędników USA czy Unii Europejskiej. Ale nikt tego nie zrobił.

Manager Google dla The Washington Post

Obecnie, główną osią komunikacji grupy Aleksieja Nawalnego (która uciekła do Wilna) jest aplikacja Навальный (Nawalnyj) w Google Play i AppStore. To właśnie tam obecnie lądują wszelkie apele grupy oraz samego opozycjonisty do Rosjan. Mówi się, że antywojenne manifestacje młodych ludzi zostały zainspirowane przez treści obecne właśnie w tych aplikacjach. Jest jeden problem - o ile Rosjanie mogą pobrać program ze sklepu Google, tak w przypadku Apple - już nie. Pewna część użytkowników pozostaje niezagospodarowana.

Jednak teraz, obecnie za szerzenie "fake newsów" dotyczących "operacji militarnej" jaką jest według Kremla wojna na Ukrainie, można trafić na 15 lat do więzienia. Za ten tekst na Antywebie do kolonii karnej trafiłbym ja, trafiłby Grzesiek i wydawcy. Tak samo można zostać potraktowanym za antywojenny transparent, za okrzyki lub za wypowiedzenie się tak w pracy.

Opór świata Zachodu pojawił się jednak dopiero po wybuchu wojny na Ukrainie. Jednak już wcześniej było mnóstwo sygnałów świadczących o tym, że światowy pokój za chwilę zostanie wywrócony do góry nogami. Nikt nie próbuje dożynać redakcji, organizacji działających na rzecz praw człowieka, opozycyjnych stowarzyszeń gdy nie ma w tym żadnego interesu. Nikt nie próbuje fałszować wyborów i tłumić głosów sprzeciwu, jeżeli chce promować pokojowe postawy. I ostatecznie, nikt nie zastrasza managerów światowych firm, kiedy w kraju działa normalny, nieimperialny ustrój.

Dopiero teraz firmy informatyczne prezentują, jak bardzo są za pokojem. Nie mówiły jednak zbyt wiele w momencie, gdy brutalnie rozprawiano się z opozycją w Rosji. Wykonywały prikazy Roskomnadzoru - po co? Czy chodziło o silnie zakorzenioną politykę "niebudzenia niedźwiedzia"? A może jak zwykle - chodziło po prostu o biznes, który nie jest niczym złym - jednak dążenie do niego może implikować niekoniecznie etyczne ruchy? Być może to było połączenie wszystkich tych przyczyn. Pewne jest to, że moment w którym można było powstrzymać Rosję - przespano.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu